Publikujemy trzeci i ostatni odcinek zapisu, przeprowadzonej w 1992 roku, rozmowy ze zmarłym w sierpniu 2003 r. Tadeuszem Gumińskim, znakomitym historykiem, Honorowym Obywatelem Łowicza. Dziś o jego pracy po ukończeniu studiów i po wyjeździe z Łowicza na Wołyń oraz o okupacyjnych doświadczeniach na Zamojszczyźnie. We wspomnieniach, mimo że dotyczą terenów od nas odległych, przewijają się liczne wątki łowickie.

 

WOŁYŃ


Trudne to były czasy. Byłem w 1929 roku na zlocie skautowym w Anglii i tam zobaczyłem kraj, gdzie konia już tylko gdzieniegdzie się widziało. A Polska? W Polsce było w chwili wybuchu wojny raptem 35 tysięcy samochodów. W Łowiczu cały targ był konny, morze wozów chłopskich. To samo było na Wołyniu, wszędzie, w całej Polsce.

  • A mimo wszystko, gdy wyniósł się Pan na Wołyń, Łowickie w porównaniu z Wołyniem wydało się Panu dużo lepiej rozwinięte?

Lepiej. Gdy się znalazłem na Wołyniu, to wie Pan czym przede wszystkim byłem zaskoczony? Dzieciństwo spędziłem w Żychlinie i na terenie powiatu  gostynińskiego. Więc w Żychlinie na stacji kolejowej widziało się zawsze karety i powozy ziemiańskie – mimo że były to majątki niewielkie. Przyjeżdżając do Łucka wyobrażałem sobie, że zobaczę magnatów, tyle się przecież naczytałem o wielkich majątkach ziemskich, jakie tam Polacy posiadali. Przecież połowa majątków ziemskich na Wołyniu należała do Polaków, mimo tych wszystkich konfiskat carskich i rozmaitych przymusowych sprzedaży. Otóż byłem zdumiony, że nie ma żadnego powozu, żadnej karety. Na stacji kolejowej tylko jakieś wózki stoją. To mnie zaskoczyło.

  • Właściciele tymi wózkami przyjeżdżali?

Tak. Miał 1000 hektarów jakiegoś lasu, a nie miał pieniędzy – wózkiem jechał. Zresztą tam były bezdroża i te karety by się chyba połamały. A wóz wszędzie przejechał i resory mu się nie potrzaskały. Zresztą różnice były widoczne wszędzie. Pod Łowiczem, gdy chłop przyjechał na targ, to konie wyprzęgał, dawał obrok albo siano. Koń był wyprzęgnięty, czyli w razie jakiegoś popłochu można się było w tej ciżbie w jakiś sposób ratować. Gdy ktoś chciał opuścić targ, to mógł swobodnie wyjechać między rzędami obok siebie ustawionych wozów. W Łucku natomiast przyjechał chłop, wóz postawił, koniom rzucił siano czy obrok na ziemię, ten koń połowę tego zjadł, połowę rozdeptał. Nikt konia nie wyprzęgał. W razie jakiegoś popłochu co tam się działo…

 

Zupełnie inny świat zobaczyłem. Chłop łowicki miał na przykład poczucie honoru do tego stopnia, że gdy było w rodzinie dwóch, trzech synów, to czasami się zdarzało, że dwóch się nie żeniło wcale, żeby nie dzielić gospodarstwa. Jeden dziedziczył gospodarstwo, tych dwóch jakoś spłacał,  utrzymywał przy sobie, bo i nie honor był jechać w jednego konia do kościoła. Musiał mieć parę koni. Dla chłopa ukraińskiego te rzeczy były zupełnie obce.

 

Ziemianie wołyńscy, mimo posiadania licznych hektarów, byli bardzo biedni. Nie bez przyczyny zresztą, tamtędy przewaliła się wojna światowa, to był teren walk armii austriackiej i niemieckiej z rosyjską. Następnie rewolucja przeszła, poniszczyła te dwory, majątki zostały bez inwentarza, bez budynków. Wszystko się musiało odbudowywać.  Więc dlatego brak było owych karet, powozów. Były tylko niektóre wielkie latyfundia, które dobrze stały, jak ordynacja łucka, mająca chyba  30 tysięcy hektarów  lasów, czy w powiecie sarneńskim majątek Platerów – też kilkadziesiąt tysięcy hektarów, powiat prawie cały.

 

Możliwości zarobku w takim majątku były ogromne. Urzędnik państwowy w ósmym stopniu służbowym, z wyższym wykształceniem otrzymywał 220 zł miesięcznie. U Platera plenipotentem został były komisarz ochrony lasów, niejaki pan Muczkowski, którego Plater najpierw obserwował jako komisarza ochrony lasów. Spodobała mu się jego działalność i zaproponował, żeby przeszedł do niego na generalnego plenipotenta dóbr. Na początek otrzyma pan 2000 zł – mówi Plater. Tu jestem na posadzie państwowej, mam 200 zł , znaczy 2400 zł rocznie, a tam prywatna posada, niepewna – wahał się Muczkowski. W głowie mu się nie mieściło, że można otrzymać 2000 zł miesięcznie, on myślał, że mu Plater proponuje to rocznie! Do tego proponuje mu Plater, że da takie a takie mieszkanie, samochód do dyspozycji itd. Po pewnej chwili się dopiero zorientował. A właściciel widząc konsternację mówi: proszę Pana, Pan się jeszcze zastanawia? To nie jest moje ostatnie słowo. Gdy poznam Pana jeszcze bliżej i Pana ocenię , to będzie można podnieść…  2000 zł to była ogromna suma.

 

Ta szkoła (na Blichu) nie miała wcale powodzenia. Chłopi nie widzieli potrzeby uczenia się, zresztą pieniędzy może nie mieli, bo za pobyt trzeba było płacić. Kazał więc Maćkowski poszczególnym gminom ustanowić stypendia i zapełnił tę szkołę. Gminy się bały – to pieniądze dały. Takie miał właśnie metody działania.

 

 

WOJNA

  • Pracował Pan w Urzędzie Wojewódzkim w Łucku aż do wybuchu wojny?

Tak, do wybuchu wojny.

  • Jak się dla Pana  wojna zaczęła?

Uciekałem przed Rosjanami. 17 września gdy Rosjanie wkroczyli do Polski, ja byłem delegowany do starosty do Włodzimierza. Miałem kierować jakimś urzędem zaopatrzenia. Starosta myślał raczej, że ja przybyłem jako mąż zaufania „góry”, żeby jego po prostu kontrolować, patrzył na mnie podejrzliwie. Cała Polska waliła przez ten Włodzimierz na wschód, jedyną wolną szosą. Do czasu. Przyszedł dzień, że Niemcy zaczęli podchodzić i pod Włodzimierz. Miasto zaczęło się wtedy ewakuować. Ja z tego Włodzimierza wróciłem piechotą, 70 kilometrów do Łucka, gdzie spotkałem swoją żonę.

  • Państwo byliście już wtedy małżeństwem?

Tak. 3 września braliśmy ślub. I momentalnie rozjechaliśmy się w dwie strony. Żona pojechała do Lublina jako siostra pogotowia Czerwonego Krzyża, ja do Włodzimierza. Żona wróciła do Łucka z transportem rannych z Lublina. Już nie prostą drogą, bo mosty były zbombardowane, tylko przez całe Polesie i od drugiej strony, od wschodu przyjechała do Łucka przez Łuniniec, Sarny, Równe, takie koło zatoczyła. Szpital był zaimprowizowany, w nowym gmachu Gimnazjum Krawieckiego. Ledwo wyładowali rannych, a już był nalot, szyby powylatywały, żonę przewrócił podmuch powietrza.

  • Niemiecki nalot?

Tak. Ja wtedy spotkałem się z żoną. Wynajmowałem jeden pokój w gmachu nad Styrem, a że formowano tam jakąś placówkę do obrony mostu na rzece, więc pomyślałem sobie – to było w niedzielę, 17-go -że przy pierwszej charataninie, to diabli od razu wezmą ten dom, bo to przy tej przeprawie. No więc się przeprowadziłem do swojej teściowej, która mieszkała na drugim końcu Łucka. Tam też o godzinie drugiej przychodzi młoda panienka, uczennica gimnazjum i powiada, że Ruski weszli. Przedtem pokazały się jeszcze samoloty bez znaków nad Łuckiem, które zaczęły rzucać ulotki. Od wschodu leciały te samoloty i do nich zaczęła strzelać artyleria przeciwlotnicza, ale po pewnym czasie przestała, bo była zdezorientowana: nie wiedzieli co to w ogóle znaczy, kto to jest, a przecież były wypadki, że polska artyleria zestrzeliwała swoje samoloty. Tak się zdarzało kilkakrotnie. No więc przyszła do nas tu dziewczyna i przyniosła ulotkę, którą z tych samolotów zrzucono, w języku ukraińskim, mówiącą: „Bracia Ukraińcy, przychodzimy was z niewoli polskiej wyzwolić, bierzcie kosy i bijcie swoich ciemiężców”.

  • Pan nie miał karty mobilizacyjnej?

Nie, nie miałem, bo miałem kategorię „C”. Dlaczego? Na sześciotygodniowym obozie przysposobienia wojskowego w 1924 roku dostałem przepukliny. Później jako uczeń się operowałem. Po tym pojechałem na kolejny obóz wojskowy. Tam były bardzo forsowne ćwiczenia i nastąpiła recydywa. Na komisji wojskowej  zaliczono mnie do pospolitego ruszenia z bronią. Później, na wiosnę 1939 roku,  Niemcy zajęli Czechosłowację,  mówię sobie: „Bez wojny ta zabawa się nie skończy”. Napisałem podanie do Ministerstwa Spraw Wojskowych o wcielenie mnie do szkoły podchorążych. Koledzy i koleżanki w biurze, a było tam prawników czternastu,  powiedzieli: „Ten Gumiński zwariował – ma dobrą posadę (bo ja miałem  najwyższą pensję), a wojska mu się jeszcze zachciewa”.

Pojęcia nie mieli, dlaczego to robię, tym bardziej że ja się nie kryłem z poglądem, że ta wojna będzie  dla Polski przegrana. Miałem opinię defetysty, bo powiedziałem, że dziesiątego najpóźniej dnia działań Niemcy będą pod Warszawą. Byli  już ósmego… Czytałem Mały Rocznik Statystyczny,  porównałem liczby Niemcy – Polska – to przecież  wszystko było jasne.

  • Mimo to tak się Pan pchał do wojska?

Pchałem się. Tylu ludzi pójdzie, a ja tu będę siedział? Gdy ogłoszono mobilizację i ci ludzie w Łucku, z którymi blisko żyłem, jak wojewódzki konserwator zabytków pan Kirewski, sekretarz Towarzystwa Przyjaciół Nauk, archeolog i kierownik muzeum – jak oni  wszyscy zostali zmobilizowani i pojechali na front, ja odczuwałem rodzaj jakiegoś dosłownie fizycznego bólu: że ja tu siedzę, a oni są  w tej chwili, tam, w tym piekle. Zdawałem sobie przecież sprawę czym ta wojna jest. A ja tu siedzę jak baran w tym Łucku. Byłem taki nierealny. Całe życie byłem nierealny… Nie mówię, żebym siebie idealizował, ale to jest fakt: dosłownie jakiegoś bólu. Tym bardziej, że miałem takie a nie inne tradycje rodzinne, że tylu ludzi było zaangażowanych w niepodległość, cierpiało z tego powodu. Tak byłem wychowany. I nic, nie wzięli mnie do wojska…

 

Jak więc przyszła ta młoda panienka i przyniosła tę ulotkę, to ja myślę sobie na początek: może to jakieś nieporozumienie, jakaś prowokacja, może to Niemcy rzucają te ulotki. Pójdę do województwa i dowiem się jaka jest sytuacja. Wojewody już nie było, wicewojewody też, został tylko naczelnik wydziału społeczno-politycznego, z którym ja miałem pewną historię, bo mianowicie wypowiedzieli mi pracę, gdy kandydowałem do Rady Miejskiej z listy opozycyjnej w Łucku, na wiosnę 1939 roku. Wspólnie zresztą na jednej liście  z autorem słów Pierwszej Brygady rejentem Chałacińskim kandydowałem. Jego przenieśli gdzieś po tej całej historii, a ja otrzymałem zwolnienie, ale mnie kuria biskupia uratowała, że mi je cofnęli w ostatniej chwili. Bardzo ciężko to przeżyłem.

 

Poszedłem więc tam, do Urzędu Wojewódzkiego. Pełno urzędników, policji, był też mój szef. Mówię mu o tej ulotce, czy on wie. Wiedział. Na to ja mówię, że chcę Łuck opuścić, bo doszedłem do wniosku, że my na Wołyniu nie mamy co robić: nas jest tutaj 13% wszystkiego, 10 razy możemy ten Wołyń stracić i 10 razy odzyskać, a Polska będzie istniała, czy Wołyń będzie polski, czy nie. I mówię mu, że chcę iść do tego naczelnika wydziału, który zastępuje wojewodę, żeby się poinformować. On na pewno jakieś informacje posiada. Łączyńki, mój szef (później wywieziono go do Kazachstanu) odparł: No oczywiście, niech Pan idzie, słusznie. I od razu mi w głowie program zaświtał. To ciekawe: pierwszej nocy usiadłem na otomanie, klapnąłem dosłownie, nogi się pode mną załamały, jak usłyszałem, że Moskale przeszli granicę – tego nie przewidywałem. Później nadeszła jednak chwila jasnowidzenia, chyba w obliczu niebezpieczeństwa. Poszedłem więc do tego naczelnika, Tadeusz Nieszankowski się nazywał. Siedział w swoim gabinecie w fotelu. Czy Pan naczelnik wie o tych ulotkach? – pytam. Wiem, rzeczywiście, oni przeszli granicę, zajęli już Równe, ale się przyzwoicie zachowują. Ja nawet – mówi – rozmawiałem z naszym komendantem garnizonu, nie przerwali mi rozmowy. Ja na to sobie myślę: Ty baranie, oni ci nie przerwali rozmowy, bo chcieli wiedzieć na jaki temat będziesz z nim rozmawiał. Oczywiście tego nie powiedziałem. Gdzie Pan sam wobec tego się udaje?  – pytam. Przypuszczam, że Pan w Łucku nie zostanie? On mówi – wie Pan co, sytuacja jest taka: mam wiadomości z Włodzimierza, że Niemcy się od Bugu cofają. Rzeczywiście oni się cofali, bo granica miała być na Wiśle. Tam są nasze oddziały- mówi.

  • To się zgadza, pod Tomaszowem Lubelskim była wtedy jeszcze koncentracja naszych wojsk.

Tak. Była bitwa pod Tomaszowem Lubelskim. Co Pan naczelnik robi? Ja – mówi – udaję się  tam gdzie polskie wojsko. Ręce tak rozłożył, pamiętam, na poręczach fotela położył. Myślę sobie, jeżeli tam jest jeszcze wojsko polskie, to znaczy nie wszystko jeszcze stracone, trzeba się kierować na Włodzimierz, przyłączyć się. Ostatecznie strzelać jako tako umiem, żona ma kwalifikacje pielęgniarskie i odbyła praktykę w Lublinie w szpitalu, no to razem się kierujmy na Włodzimierz, z powrotem. A gdzie Pan się udaje? – pytam. Ja też  gdzie wojsko polskie, ale w kierunku Lwowa. Była droga z Łucka na Lwów przez miasto powiatowe Chorochów. Pogoda tego dnia pod wieczór się zaczęła psuć. Ja myślę sobie, jak ja tam pojadę to ugrzęznę, bo tam drogi nie ma, glina tylko. Mogę kawałek drogi ujechać i będzie koniec zabawy.

 

A droga bita jest w kierunku Włodzimierza, więc wybieram  kierunek na Włodzimierz.Trzeba cudu, że akurat do Łucka przyjechał pod wodzą jakiegoś Ukraińca z Chełma mój szwagier, a brat żony, oficer rezerwy. Był chory, a szpital wojskowy w Chełmie się ewakuował i ta podwoda go przywiozła do Łucka. Jak bomby zaczęły spadać na Łuck, to ten Ukrainiec zostawił wóz i konie i ja stałem się ich posiadaczem. Gdyby nie to, może bym się z Łucka nie ruszył, bo nie miałem środka lokomocji. No ale jak wóz jest, no to dalej ładować na ten wóz i jechać w stronę Włodzimierza. Nieszankowski natomiast, jak się potem okazało, nie udał się bynajmniej tam gdzie wojsko polskie, lecz na wschód, naprzeciw bolszewików, do Krzemieńca. Jakieś miał wśród Żydów koneksje, żona jego była Żydówka i tam go ci Żydzi przechowali. Później się znalazł w Lublinie w PKWN-ie.

 

Ruszyliśmy o godzinie dziewiątej wieczorem. Swoje rzeczy przewiozłem końmi do teściowej, zniszczyłem wszystkie listy, całą korespondencję. Fala uchodźców, która jeszcze do południa płynęła na wschód, wieczorem wracała z powrotem na zachód. Z tym, że nie kierowano się na Włodzimierz, a raczej na Chorochów. Jeszcze w mieście, koło nam zawadziła tankietka i uszkodziła je. Ledwośmy się dowlekli 20 km do miasteczka Truczyn i tam udało mi się koło kupić od jakiegoś żołnierza, wymienić i pojechaliśmy dalej.

 

Podjeżdżamy pod Włodzimierz. Nie wiem ile to było kilometrów przed miastem, ale widać że się wszystko rozprzęga. Żołnierze jedni idą na wschód bez broni, inni z bronią, inni na zachód się wycofują przed bolszewikami. Tak się to państwo polskie kończy i nasza władza na Wołyniu, takim męczeństwem, krwią okupiona… I ta Polska, nie wiadomo co będzie… Przerażenie mnie ogarnia. Jest ciemna noc. Spotykam jakiegoś pułkownika z Virtuti Militari, otoczonego podchorążymi, podnieconymi, zdenerwowanymi. Zostali ostrzelani przez kogoś. Okazuje się, że to strzelano na wiwat. Broń leżała wszędzie. Widać, że po prostu też ich rozpacz ogarnia jako żołnierzy. Mówię temu pułkownikowi to, co się dowiedziałem od Nieszankowskiego. Ten właściwie nic się nie odzywa, słucha, tylko papierosa w ustach przesuwa z końca do końca i mówi: Uspokójcie się dzieci, czy Polska raz tylko była w takiej sytuacji?.. Uspokójcie się…

 

Sam nie wiedział co robić, czy na wschód iść, czy na zachód, czy może na południe. A jednak ktoś zdołał nad nimi zapanować. Noc zapadła, zebrało się więcej wozów, więcej rozmaitych żołnierzy  i oficerów, zaczęto mobilizować grupę. Włodzimierz jest podobno opanowany przez milicję komunistyczną – rozeszła się wieść – organizują więc grupę, żeby otworzyć siłą wjazd do miasta. Żeby się dostać na zachodni brzeg Bugu, trzeba było przez Włodzimierz przejść. Nabrałem ochoty do tej grupy.  Miałem pistolet w ręku. Pytam się, kto tu dowodzi. Widzę błysk latarki, rozmawiam z jakimś rotmistrzem. No, mówię – jak już taka sytuacja, że rotmistrze dowodzą, to już jest niedobrze. No i ten rotmistrz, kawalerzysta – zawsze bardziej ognisty, zorganizował grupę, załadowali się na ten samochód. Brali z sobą każdego, kto miał granaty ręczne. Ja nie miałem i oczywiście odpadłem. Pojechali do tego Włodzimierza. Oczywiście otworzyli drogę. Jak spotkali jakiegoś  milicjanta żydowskiego z czerwoną kokardką to go w łeb i sprawa załatwiona. Gdy wjechałem do Włodzimierza, było jeszcze ciemno, ale zakaz zaciemniania miasta już nie był przestrzegany, wszystko się skończyło, światła się paliły, ulice na nowo przyozdobione polskimi flagami. Ulice poprzecinane barykadami, na barykadach działa, amunicja obok nich, bo bronił się Włodzimierz przed Niemcami, a Szkoła Podchorążych Artylerii dla całej Polski tam była. Serce mi pękało jak zobaczyłem te działa stojące na barykadach, pozbawione zamków, ale z amunicją leżącą w nieładzie obok. Myślę sobie: koniec wszystkiego.

 

Miałem tam pokój wynajęty przedtem, zajechałem tam z żoną. Zostawiłem ją i poszedłem do starostwa. Starosta się nazywał Weberg, referuję mu wydarzenia, jakie zaszły w Łucku i na drodze. On mówi, że tu przyszła wiadomość, że w Niemczech rewolucja, a Hitler zabity. Pod wpływem tego impulsu nastąpiła przemiana w mieście, gdzie przecież przedtem Żydzi czerwone flagi już powywieszali. Nasza policja, która straciła ducha zupełnie, wyszła z koszar, jeśli gdzieś złapali z karabinem Żyda i z czerwoną kokardką to go w łeb. Nad Bugiem  Żydów spędzili po prostu na kupę i rozstrzelali. Ukraińcy zachowali się zupełnie spokojnie. Nie było żadnych wrogich wystąpień z ich strony.

  • Tylko Żydzi więc występowali przeciwko polskim władzom?

Tak. Z miasta tylko Żydzi. Okazuje się, że jakiś wariat, bo tak trzeba go nazwać, z Wilna nadał depeszę o tej niby rewolucji w Niemczech. Chciał widocznie po prostu zgalwanizować te resztki wojska. To było oczywiście kłamstwem, absolutną bzdurą. No, ale jeśli tak, to chyba zaczynam urzędowanie – mówię. No, wie Pan – starosta na to – może poczekamy.

 

Miał rację. Ponieważ całą noc nie spałem, bośmy jechali, więc poszedłem do mojego mieszkania. Rano się budzimy, a tu śladu nie ma po „rewolucji” w Niemczech i po polskiej władzy. Czołgi sowieckie są już w mieście i usiłują prowadzić agitację. Jak tam w kołchozach – pytają chłopi. Ano wsjakaja kultura: tam radio, tam patiefon – powiada czołgista. To pierwsze co usłyszałem po rosyjsku. Co tu robić – myślę? Pokazały się od razu pisma sowieckie, w których była nowa granica wyznaczona między Niemcami a Związkiem Radzieckim na Narwi, Wiśle i Sanie. Jeśli oni idą na tamtą stronę Bugu, do Wisły, no to trzeba się zastanowić czy się warto wycofać, bo idziemy w to samo. Czy nie lepiej może wrócić do Łucka? I tak żeśmy w tym Włodzimierzu zostali czekając na wyjaśnienie sytuacji. Dopiero gdy Hitler i Stalin zrobili tą drugą ugodę w końcu września i postanowili, że granica będzie na Bugu, no to wtedy myśmy konie uruchomili i przejechaliśmy Bug.

 

ZAMOŚĆ

Dostaliśmy się tedy do Zamościa. W pewnym stopniu byłem z tego zadowolony,  myślałem tak: nikt mnie tu nie zna, jestem obcy,  będę miał swobodę działania, jeśli konspiracja, to idealne warunki. Poza tym,  okolice Zamościa są w sensie rolniczym bogate, urodzajne, to zdawało mi się łatwiej będzie tę wojnę przeżyć. Ciągle pamiętałem o I wojnie światowej, w którą się głodu najadłem. I tak wszyscyśmy w tym Zamościu przycupnęli, no i zaraz do konspiracji. Nikogo w mieście nie znałem, poza nazwiskiem prezesa miejscowego PTTK rejenta Rosińskiego, a to też  tylko ze sprawozdań Zarządu Głównego PTTK. Starałem się zdobyć jego zaufanie, co trwało dość długi czas, bo ludzie się bali, wielu  się volksdojczyło.

  • Nawet tam, w Zamościu?

Tak, naturalnie. Tam było sporo kolonistów z Niemiec, wielu było też wysiedlonych z Poznańskiego Zdobyłem jednak w końcu zaufanie Rosińskiego.  W jego mieszkaniu zostałem zaprzysiężony. Czy to było w końcu marca 1940 roku, czy początku kwietnia to mi trudno powiedzieć, bo zapomniałem. Pamiętam tylko, że dzień był  pochmurny, wilgotny bardzo. Ten Rosiński zaraz w czerwcu został aresztowany i zginął w obozie koncentracyjnym, w ramach akcji niszczenia inteligencji polskiej. Był kwatermistrzem komendy, ale Niemcy o tym nie wiedzieli i nie za to zginął. Ja nie wiedziałem z początku do jakiej organizacji w ogóle wstąpiłem, tylko pytałem czy to jest wojskowa… Jak było pewne, że wojskowa to już mi wystarczyło. Ponieważ jednak nie byłem oficerem, więc powiedziałem od razu do czego się nadaję: najlepiej to propagandę  robić, redagować miejscowe pismo. Rosiński na to: wie Pan co, nam to do głowy zupełnie nie przyszło. Matka moja mieszkała pod Warszawą, więc zacząłem zwozić papier cyklostylowy do powielacza. Kupiłem w Warszawie powielacz rotacyjny, niemiecki GH.

  • Jak go Pan przywiózł?

Koleją. I długo u mnie stał w mieszkaniu, a miałem przez ścianę jakiegoś volksdeutscha, aktora z Katowic. Był pijakiem i w nocy jak się upił to żonę swoją nazywał „Die polnische Tichura”. Pan wie co to znaczy po niemiecku? To było wszystko słychać. Dopiero jak Niemcy uderzyli na Francję i na Belgię, przyszedł rozkaz, żeby puścić to pisemko.

  •  Jak się nazywało?

„Wiadomości Polskie”. To była amatorszczyzna, ciągle zresztą wstrzymywano wydawanie tego ze względu na aresztowania.

  • Ale nie drukował Pan u siebie w domu?

Nie, odsyłałem tylko matryce. Ale i tak żyliśmy w ciągłym stanie zagrożenia. Nierzadko nocowałem poza domem. Ludzie jednak bali się przyjmować, bo podejrzewali, że może za mną chodzą, a jeśli tak, to mogą przyjść  i wziąć  przy okazji jego z rodziną. W czerwcu 1940 roku aresztowano i wywieziono 60 osób, wśród nich Rosińskiego. Był wtedy pierwszą ofiarą z komendy obwodu. Drugiego z rzędu kwatermistrza, mierniczego, niejakiego Stefanka aresztowali także. Jak jego aresztowali to ja mówię, że już nie ma co robić, na wszelki wypadek trzeba się z Zamościa usunąć przynajmniej na pewien czas. Tym bardziej, że dziecko nam się urodziło w 1940 roku i umarło w lutym 1941 roku. Żona była dlatego zniechęcona.

 

MAĆKOWSKI

Zanim jednak opuściliśmy Zamość, zdążyłem poznać byłego starostę łowickiego, pułkownika Zdzisława Maćkowskiego.

  • W konspiracji?

Tak, działał w ZWZ-AK, ale to był przede wszystkim radykał, chłopski radykał, chłopoman nawet. W powiecie łowickim był tylko rok. Dzięki niemu w  rok stanął w Łowiczu Dom Ludowy. Energię miał niespożytą, ale łamał ludzi, łamał prawo. Jeżeli obmyślił sobie jakiś cel, to do tego celu wszystkie drogi były dobre. Napisał książeczkę „Droga do Polski Ludowej”. Nawet mi ofiarował z dedykacją, później mi gestapo to zgarnęło.

  • On to napisał w czasie wojny?

Nie. Przed wojną napisał, ale ja w czasie okupacji od niego ją otrzymałem.

  • Co się stało z Maćkowskim?

Wpadł,  był nieostrożny. Czasami do niego zachodziłem, bo do niego właśnie przynoszono biuletyny i materiały z nasłuchów radiowych. On miał mieszkanie trzy- czy czteropokojowe, otóż w każdym po kilku chłopów siedziało, głównie wiciowców. Żona patrzyła na to przerażona. Ja do Rosińskiego mówiłem, żeby mu zwrócili uwagę, że to się musi skończyć wsypą. Mimo to udawało się aż do 1941 roku. Został  aresztowany, wtedy gdy ja już opuściłem Zamość. Zabrali go do Oświęcimia i tam rozstrzelali. Bo tak przywozili, z wyrokiem: rozstrzelać  w takim a takim terminie. Rozstrzelali też jego dwóch synów, nieletnich uczniów gimnazjum. Używał ich jako gońców po mieście.

  • Nieodpowiedzialny człowiek…

 Tak. I strasznie gwałtowny. Za czasów swego pobytu w Łowiczu był ostro zwalczany przez Stronnictwo Ludowe. Jeszcze przed Łowiczem był starostą w Siedlcach, wysiudał go biskup, który miał jakieś wpływy u Piłsudskiego. Później był w Radomiu. Tam też go ktoś załatwił. Ale nie ma co się dziwić. On mi sam powiedział, że miał 35 wyroków skazujących za bezprawia jakich się dopuścił, sam mi  to mówił!

 

W Łowiczu także miał śledztwo. Poszło o ognisko kultury księżackiej stworzone w Złakowie. Był jego kierownikiem niejaki pan Garczarczyk, nauczyciel. Ja go nie znałem. On temu Maćkowskiemu nie odpowiadał, po prostu nie podobał mu się. Taki był Maćkowski: gdy ktoś mu się nie podobał, to go wyrzucał z posady, w ogóle bez dania racji. Postanowił zlikwidować tego Garczarczyka, wyrzucić go z mieszkania i z ogniska. Kiedy ten był nieobecny, posterunek policji w Zdunach otrzymał polecenie telefoniczne, żeby go wyrzucić. Policjant powiada, że to jest bezprawie, więc odwołali się do swojego komendanta powiatowego. Komendant powiatowy, Zychler, jak się dowiedział, że ten posterunek otrzymał takie polecenie bezpośrednio od starosty, pojechał do starostwa i mówi: Panie starosto, czy Pan starosta wydawał takie polecenie, bo doniósł mi komendant. On mówi – Tak. Panie starosto – Zychler na to – niestety, brak podstawy prawnej takiego działania. My możemy rozkaz pana wykonać, ale jeżeli Pan da na piśmie taki rozkaz. Maćkowski złapał kawałek papieru, napisał im polecenie wyrzucenia i dał Zychlerowi.

Garczarczyk nie był takim pokornym człowiekiem i chciał  się oczywiście bronić. Wytoczył więc sprawę. Sędzia wezwał Maćkowskiego i pyta: Czy Pan dawał policji polecenie usunięcia tego Garczarczyka? Komendant posterunku zeznał, że polecenie takie dostał, ale że później się odniósł do komendanta powiatowego i komendant powiatowy powtórzył mu to zlecenie jako otrzymane od starosty na piśmie. Maćkowski się zaparł: – Nie, ja takiego polecenia wcale nie wydawałem. Sędzia wezwał więc Zychlera. Musiał go wzywać z Pułtuska, dokąd w międzyczasie zdołał mu „załatwić” przeniesienie Maćkowski. Pyta się go sędzia – Czy Pan otrzymał taki rozkaz? Starosta twierdzi, że go nie wydawał. No jak to Panie Sędzio – mówi – ja mam przecież to na piśmie, tu mam tę kartkę, na której mi pan Maćkowski to polecił… Tego rodzaju był to jegomość. Bywało, że dzwonił do urzędnika  w magistracie, kazał zrobić to i to i nie pytał przy tym wcale burmistrza. Albo jaka była historia z  napędzaniem uczniów do męskiej szkoły rolniczej…

  • Na Blichu?

Tak. Ta szkoła  nie miała wcale powodzenia. Chłopi nie widzieli potrzeby uczenia się, zresztą pieniędzy może nie mieli, bo za pobyt trzeba było płacić. Kazał więc Maćkowski poszczególnym gminom ustanowić stypendia i zapełnił tę szkołę. Gminy się bały – to pieniądze dały. Takie miał właśnie metody działania. Był przy tym obcesowy, na pewnej naradzie mówi do dyrektora Blichu, który nazywał się Kufak – Pan jest mój przyjaciel, niech Pan siada tu przy mnie, a Pani –  to do dyrektor śmielińskiej ze Zdun – a Pani niech siada tam – na końcu stołu  pokazał  jej miejsce. Do kobiety, do kierowniczki szkoły rolniczej w ten sposób publicznie się odezwał. Doprowadził w końcu do tego, że ją wylał z dyrektorstwa szkoły, mimo że miała komplet uczniów, a Kufak na Blichu kompletu nie miał. Takimi metodami się posługiwał ten człowiek. I dlatego rok tylko był.

  • Zwalczało go Stronnictwo Ludowe – mówi Pan. Dlaczego, skoro był chłopomanem?

Zwalczano go mimo to za jego metody. Miał na przykład pomysł budowania szkół. Wszystkie sprawy poszły w kąt, cały budżet gminy, wszystko zostało przekreślone, wszystkie pieniądze na budowę szkoły. Ktoś mu tam zwrócił uwagę z województwa, że drogi są zaniedbane. No to przerzucił się  na finansowanie dróg. W ten sposób administrować nie można. Doszło do tego, że po roku musiał Łowicz opuścić.

 

I z tym człowiekiem w Zamościu się spotkałem. Miałem wielkie obawy. Myślę sobie: jak ja, znając wszystkie jego wyczyny na terenie Łowicza, ułożę sobie z nim w ogóle współpracę? Okazało się oczywiście, że nie tylko ja miałem problemy, nie mogli sobie z nim poradzić i w Komendzie Obwodu. On był najwyższy stopniem, więc żeby im nie bruździł obiecali mu dowództwo dywizji na wypadek działań wojennych i tym go jakoś uspokoili… Maćkowski zajmował się tylko polityką. W Zamościu działał wśród młodych chłopów, wiciowców. Zachwycał się nimi, biadolił za to na inteligencję, jaka to ona jest  do niczego niezdolna. Przeciwstawiał jej właśnie wieś, wiejską krzepę. Faktycznie, inteligencja była zgnębiona, pozbawiona warunków do życia, w najtrudniejszym położeniu. Nie było przecież urzędów państwowych, wylewano Polaków z poczty, ze wszystkiego co ważne. Nic dziwnego więc, że inteligencja nie miała takiego ducha jak miał chłop, któremu, szczerze  mówiąc „za Niemca” lepiej się powodziło,  niż „za Polski”, bo ceny artykułów rolniczych poszły w czasie wojny w górę. Wieś jako całość lepiej się miała niż za polskich rządów. Niektórzy chłopi mówili, że teraz dopiero prawdziwy gospodarz przyszedł. Ciężaru okupacji wieś nie odczuwała wcale.

 

Maćkowski nie tylko z chłopami miał kontakty. Także z komunistami – tam w Zamościu komuna była dosyć mocna.

Raz przyszedł na pogrzeb jakiegoś komunisty, który uciekł najpierw na Wołyń przed Niemcami, ale tam się rozczarował do tego porządku i wrócił z powrotem do Zamościa. W Zamościu oczywiście gestapo miało wywiad,  aresztowało go i zatłukło. Maćkowski był tym ogromnie poruszony i poszedł na  jego pogrzeb. Ja wtedy na pogrzeb komunisty nigdy bym nie poszedł. A on poszedł, co było straszną nieostrożnością, bo przecież tam na pewno byli agenci gestapo. Jakoś mu to minęło bezkarnie. Jeszcze ten raz…

 

 

…przyszła wiadomość, że w Niemczech rewolucja, a Hitler zabity. Pod wpływem tego impulsu nastąpiła przemiana w mieście, gdzie przecież przedtem żydzi czerwone flagi już powywieszali. Nasza policja, która straciła ducha zupełnie, wyszła z koszar, jeśli gdzieś złapaliz karabinem żyda i z czerwoną kokardką to go w łeb.
BRAT

  • Pan wyprowadził się z Łowicza na Wołyń, a rodzeństwo?

Matka z siostrami osiedliły się pod Warszawą, młodszy brat Eugeniusz też tam trafił. Ten to miał burzliwą przeszłość. W gimnazjum w Łowiczu się nie utrzymał, później był w korpusie kadetów i też się nie utrzymał. Z gimnazjum go wylali, w korpusie nawet niezłe miał stopnie, ale za to sprawował się fatalnie. Wie Pan, za co go  stamtąd wylali? Był tam taki zwyczaj, że gdy najmłodszych kadetów, przyjmowali to klasa wyższa urządzała im taki „chrzest” – w nocy z pasami tam szli i lali tych młodszych kolegów. To było kategorycznie zabronione, uczestników podobnych akcji wyrzucano z korpusu. Druga kompania, w której był mój brat, mimo to „chrzest” urządziła. Oczywiście nie pozostało to tajemnicą. W tej kompanii dwóch było  prowodyrów: mój brat i syn komandora Korytowskiego, szefa sztabu Marynarki Wojennej, obaj zagrożeni wydaleniem. Kadeci ustalili między sobą, chcąc ich chronić, że cała kompania się przyzna, iż brała w tym udział, ale oni nie. No więc podczas zbiórki kazano wystąpić tym, którzy brali udział w akcji. Cała kompania występuje, a dwa niewiniątka stoją w miejscu – Gumiński i Korytowski… 

 

Komendant szkoły oczywiście w to nie uwierzył. Doszło do matki, matka  napisała bratu list z wymówkami, a ten niewiele myśląc, palnął do siebie z karabinu. Kula mu przeszła 2 milimetry od serca, przeszła przez sufit jeszcze. Pan myśli, że go wylali z tego korpusu? Nie. Uważali, że to jest materiał na żołnierza, bo się śmierci nie boi. Ponieważ w korpusie wszyscy odtąd patrzyli na niego  jak na bohatera, przekazano go do innego korpusu, do Rawicza. W Rawiczu też niedługo zagrzał miejsca i poszedł na ochotnika do marynarki. Pływał na łodzi podwodnej. Gdy wojna wybuchła, był na Helu i dostał się do niewoli niemieckiej. Nie wiedzieliśmy co się z nim stało, nie wiedzieliśmy w ogóle gdzie jest. Otrzymujemy nagle list: miejsce nadania: Niemcy, podpisany: Eugeniusz Sorokin. On był cwaniak pierwszej wody ten nasz Eugeniusz. Podał się za Rosjanina, urodzonego w Archangielsku, zniszczył swoje dokumenty. W marynarce byli tacy chłopacy z ikrą. Kombinowali, żeby wiać z niewoli i on też spróbował, pod fałszywym nazwiskiem. Podał, że się nazywa Eugeniusz Sorokin, urodzony w Archangielsku. Było wtedy przymierze Hitler – Stalin, więc liczył, że jako Rosjanin jakoś się wydobędzie z tej niewoli. Autentyczna historia.

  • I zwolnili go ?

Tak, zwolnili go i pracował w Niemczech jako elektryk, bo miał wyszkolenie elektotechniczne z tej łodzi podwodnej. Tam zaczął symulować jakiś reumatyzm. I pewien lekarz, starszy pan, Niemiec, jak widać przyzwoity, „uwierzył” w ten jego reumatyzm. On oczywiście żadnego reumatyzmu nie miał. Dał mu zwolnienie i Eugeniusz przyjechał do Warszawy. Naturalnie zaraz się wmieszał do konspiracji, był w komórce przyjmującej zrzuty lotnicze z Anglii dla Komendy Głównej.

  • W którym roku przyjechał do Warszawy?

Nie pamiętam, chyba w 1941. Później był w powstaniu warszawskim, ale dopiero na łożu śmierci przyznał, że po dwóch tygodniach przepłynął Wisłę na prawą stronę, dostał się na sowiecki brzeg.  Trzymał się jakiejś łódki i płynął za tą łódką. Nie trafili go. Mieszkał potem na wybrzeżu, zabrał się za rybołówstwo. Jakiś kuter zdobył, na tym kutrze łowił ryby. Później wstąpił do marynarki handlowej i skończył najrozmaitsze przeszkolenia. W sumie 36 lat na morzu przeżył. Doszedł  do stopnia  kapitana żeglugi wielkiej. Pływał na liniach oceanicznych, do Japonii, do Chin. Na chińskich statkach nawet pływał w czasie wojny koreańskiej. Statki chińskie zaopatrujące komunistów pływały wtedy pod polską banderą, ale cała  załoga polska to był kapitan i I oficer. On był wtedy właśnie I oficerem. Później, jak się ta cała awantura koreańska skończyła, wrócił do Polski drogą lądową przez Moskwę.

 

Ożenił się z panną, którą poznał jeszcze przed wojną w Gdyni.  Nieźle mu się  wiodło, nawet dom sobie kupił. Umarł w 1984 roku na raka krtani. Palił masę papierosów i to było przyczyną, nie pomogło 30 kilka lat na morzu, gdzie jest idealne powietrze.

 

PRZECZUCIA

  • Z czego się utrzymywaliście w Zamościu?

Nic nie miałem, więc handlowałem. Do handlu zdolności  specjalnie nie miałem, aleśmy sprzedawali różne rzeczy. Moją wspaniałą burkę, w której na Wołyniu jeździłem po wsiach – nowiuteńką sprzedałem. Jakiś volksdeutsch ją kupił. Zajmowałem się też organizacją spółdzielni w powiecie. Społem to organizowała w powiecie zamojskim. Nic z tego nie wyszło. Nie mogłem ludzi przekonać, że to jest interes, żeby  spółdzielnie organizować. Uważałem, że w ten sposób będzie można  zdobyć pieniądze  na pracę  konspiracyjną, ze spółdzielniami bowiem tak często było, że Społem finansowała konspirację. Nikogo nie przekonałem. Próbowałem to z księżmi, nauczycielami. Pieszo chodziłem od wsi do wsi, w zimę, pamiętam, śnieg był jak diabli, zima surowa. To takie były zajęcia w Zamościu. A przeważnie to nic się nie robiło. Dużo było tam uciekinierów z Wołynia i do katastrofy francuskiej liczyliśmy, że może jeszcze  tam wrócimy…

  • Opuściliście Państwo Zamość…

 …gdy  zauważyłem, że aresztowano naszego pierwszego kwatermistrza Stefanka. To był mierniczy z zawodu, następca Rosińskiego. Zobaczyłem, że to już w moim kręgu się zaczyna, więc myślę sobie, nie ma co tutaj robić. Wynieśliśmy się do powiatu biłgorajskiego. Mieszkał tam leśniczy, który uciekł z Wołynia, brat cioteczny mojej żony. Miał dość bogatą przeszłość, w dwudziestym roku brał udział, no i był leśniczym, a Rosjanie tych leśniczych likwidowali lub wywozili, więc on wiedział czym grozi zostanie za Bugiem. Uciekł stamtąd, osiadł w lasach biłgorajskich i tam u niego się schroniliśmy. Oni nic nie mieli, my nic nie mieliśmy. Z czego tu żyć? Postanowiłem jechać do tego Zamościa, dowiedzieć się co u nas w mieszkaniu, czy to się uspokoiło. Bo  bywały czasem takie zagrożenia, ale się jakoś uspokajały. No więc jestem już na dworcu w Zawadzie, to taki węzeł kolejowy przed Zamościem, gdy spotykam panią Stefankową, ona mówi: Wie Pan co, Maćkowski aresztowany. O – mówię – jak Maćkowski aresztowany, to ja z powrotem w stronę Biłgoraja.  Wróciłem do lasu. Siedzimy tam znowu jakiś czas, ale i po lasach robiło się niebezpiecznie. Wojna z Rosją wisiała na włosku, masę się porobiło niemieckich obozów, baraków pobudowanych po lasach, magazynów, benzyny przy drogach.

  • To się zauważało?

 Tak,  idiota mógł się zorientować na co się zanosi. Nie kryli się zupełnie. Zresztą nie można było tego ukryć, całe masy wojska były tam zgarnięte. Poszedłem więc do tego Zamościa ponownie, piechotą. Z okolic Frampola, gdzie mieszkaliśmy, było to jakieś 40 km, bocznymi drogami. Raz mnie tylko wylegitymowali w Zwierzyńcu. Doszedłem do Szczebrzeszyna, tam miałem znajomego lekarza, kierownika szpitala. Przenocowałem u niego i następnego dnia doszedłem do Zamościa. Z fasonem przeszedłem przez całe miasto, bo na drugim końcu było nasze mieszkanie. Ale coś mnie tknęło, chyba Duch święty, żeby jednak na początku do tego mieszkania nie wchodzić. Na sąsiedniej ulicy, może od naszego mieszkania z 50-60 m mieszkała wraz z matką jedna pani, maszynistka, która pracowała w naszym urzędzie. Nazywała się Zielińska. Zapytam ją co tam w naszym mieszkaniu się dzieje, ona będzie wiedziała – myślę sobie. Wchodzę do niej… Jak mnie ta staruszka matka zobaczyła to upadła na krzesło. Jak to, Pan nic nie wie? Trzeci dzień już siedzą i czekają na Pana…

 

Mnie się nogi ugięły. śmierć czeka na mnie, niedobrze. Tak było rzeczywiście, oni przyjechali i za bardzo się zgorączkowali. żeby poddali to mieszkanie obserwacji, to by się zorientowali, że mnie nie ma i by mnie wtedy chwycili. A oni na gorąco działali, widocznie dostali jakiś donos. Kocioł robili. W ten sposób się uratowałem. Doczekałem do nocy i w nocy z Zamościa wyszedłem do sąsiedniej wsi, gdzie miałem znajomego gospodarza. On lasami mnie przeprowadził.

 

Ale byłbym tego nie zrobił, nie wstąpiłbym po drodze do Zielińskiej, gdyby nie teczka. Gdy wyjeżdżałem, to leśniczy,  ten u którego mieszkaliśmy mówi: Wiesz co, ja ciebie podwiozę do Frampola, z tej leśniczówki jakieś 4 kilometry. Trochę ci drogi zaoszczędzę. Żona na to – no to ja też podjadę. Ujechaliśmy pół drogi, a ja sobie przypominam, że w domu zostawiłem teczkę, w której miałem pidżamę, mydło na drogę i coś do jedzenia. Zapomniałem tej teczki, więc mówię co żony – wrócimy z powrotem i teczkę zabierzemy. Żona zaczyna płakać, że to jest zły znak, że ona ze mną pójdzie, więc scena jest na drodze, a ja jestem uparty. W końcu wymyśliłem salomonowe wyjście z tej sytuacji. Mówię do tego leśniczego: My tu na drodze zostaniemy, a ty wróć do leśniczówki, zabierz tę teczkę i przywieź ją tutaj. My nie wrócimy. Żona się z tym zgodziła, on pojechał, przywiózł mi tę teczkę. Nie jestem przesądny, ale jednak to mi dało do myślenia. Nie byłem taki pewny siebie i dlatego wstąpiłem do pani Zielińskiej. Tak uniknąłem śmierci.

 

SZCZĘŚCIE

  • Miał Pan dużo szczęścia.

Diabelnie dużo. Drugi raz dopisało mi w Biłgoraju, dokąd raz przyjechałem z Soli, wioski , w której wtedy już  mieszkaliśmy. Robiłem wtedy już inne pismo, „Powstaniec” się nazywało. Przyszedłem na punkt , bo miała przyjechać poczta. Kurierka z Warszawy przywiozła bibułę i dla mnie wezwanie na kurs Biura Informacji i Propagandy do Warszawy. Przywiozła też dwa komplety fałszywych pieczęci do produkowania fałszywych kennkart. Odebrałem to ,wszystko w teczkę załadowałem a miałem w niej jeszcze komplet fotografii tytułów prasy podziemnej, które mieliśmy sprzedawać na fundusz prasowy obwodu, ze 200 sztuk. Jednym słowem byłem zaopatrzony znakomicie, przepustka do nieba gotowa. Wyszedłem z tego punktu, ale nie ruszyłem przez miasto tylko zdecydowałem się do tej mojej wsi, do Soli iść polami. Przeszedłem koło młyna wodnego na Białej Ładzie i idę w kierunku Rożnówki, żeby ścieżką polną ominąć resztę miasta. Idę, sielanka, kobiety kopały kartofle. Nagle widzę, pod słońce, że od strony folwarku idzie trzech Niemców: szef gestapo biłgorajskiego i dwóch leśniczych. Wracali z polowania z psami, a ten szef gestapo tym się odznaczał, że bez powodu zatrzymywał ludzi na ulicy, wciągał do gestapo i dalej ich indagował. Olbrzym taki, wyższy ode mnie, tęgi chłop, Kolb się nazywał. Oczywiście nie poznałem od razu, tylko później się dowiedziałem, że to był on. Ale widzę, że idzie tam jakiś gestapowiec i tych dwóch ludzi ze straży leśnej, z dubeltówkami, z psem , no to, myślę sobie – Po co ja mam najść wprost na nich żeby mnie zatrzymali, czy legitymowali, bo bez tego na pewno by się nie obyło. Skręciłem w lewo i posuwam się wzdłuż tej rzeczki, żeby dojść do szosy. Kobiety nadal kopały kartofle. Jedna z nich mówi do mnie gdy je mijałem – Proszę Pana, ci panowie coś od Pana chcą. Ja się oglądam, a oni ścinają drogę przez pole i już zdjęli dubeltówki.

 

Dzień był piękny, pogodny, październikowy, to był 5 października 1943 roku, no to się ładnie ten dzień zakończy – myślę. W tym momencie oni zdjęli te dubeltówki i podnoszą do strzału, więc ja wykonałem skok ze 3 czy 4 metry do przodu, żeby im cel utrudnić. Wywalili do mnie z tych dubeltówek, dostałem trochę śrutu po nogach i zaczynam uciekać. Wyrywam z tą teczką, a w drugiej ręce miałem jeszcze letni płaszcz nieprzemakalny, w jasnym byłem garniturze i pumpy miałem takie szerokie. Wyrywam wzdłuż tej Białej Łady, gdy nagle może jakieś 10 kroków przede mną wyłazi z krzaków Sonderdienst, taka służba półwojskowa sformowana z kolonistów niemieckich, którzy byli w powiecie biłgorajskim. Jeden był, trzyma w ręku pistolet wykierowany w moją stronę. A przy tym oni mnie poszczuli psem. To był taki śliczny żółty seter angielski. Myślę sobie – jak mnie ten pies dopadnie, to mnie oczywiście zatrzyma. Ale pies myśliwski nie będzie człowieka gonił. Pół drogi przebiegł między mną i nimi, usiadł i patrzy na mnie. Oni wystrzelili z dubeltówek jeszcze raz, później z pistoletów, bo je też mieli, ale mnie nic nie trafiało.

 

No więc widzę tego Szwaba z pistoletem naprzeciw mnie. Oni krzyczą, żeby strzelał. Czy jednak on się bał , że ich przy okazji postrzeli, bo też byli w linii strzału? Dość, że się zawahał. Buch, wskoczyłem do rzeki, i na drugą stronę. Tam był szpital i koszary niemieckiej żandarmerii. Myślałem sobie wcześniej, by tę teczkę utopić może w rzece, ale woda była tylko do pasa. Ze mnie więcej błota ściekało niż wody. Myślałem znowu, że ją rzucę do tego szpitala. Ktoś z naszych ludzi tę tekę podejmie. No ale okazuje się, że nie, że tam nikogo nie widzą na podwórzu. A w koszarach obok krzyczą: Alarm! Alarm! Wpadłem na główną ulicę Biłgoraja w dzielnicy niemieckiej. Lepszego wyboru już nie można było zrobić. Przebiegłem przez tę ulicę, później koło posterunku policji ukraińskiej. Ponieważ mi ten płaszcz przeszkadzał, to rzuciłem go przez płot Ukraińcom. Oni słyszeli strzelaninę, ale nie ruszyli się wcale. Płaszcz tam został, a ja pobiegłem dalej. Namyślałem się tylko cały czas czy tę teczkę rzucić, czy ją ratować i nie wiedziałem wcale, że żandarmi wybiegli z koszar i poszczuli mnie psami, tak byłem zgorączkowany. Tylko żona znajomego lekarza, która szła akurat na nabożeństwo różańcowe, bo to było w październiku, zobaczyła jak oni puścili te psy za mną. Te wilki to by mnie położyły z miejsca, ale kompletnie to uszło mojej uwadze. Psy tymczasem napotkały królika i rzuciły się na niego. Zgłupiały zupełnie i straciły mój ślad. To wszystko ona mi potem opowiadała… Cud boski.

 

Już przebiegłem całą tę ulicę i wpadłem na kirkut żydowski, porośnięty sosenkami. Tam znowu wzięli mnie na cel. świst kul… Myślę sobie – będę leżał między tymi Żydami. Okazuje się, że znowu mnie nic nie trafiło, oni widocznie byli zgorączkowani i już chyba też nie mogli biec. Za tym kirkutem był jakiś rów błotnisty, przez ten rów przeszedłem i wybiegłem na łąkę, potem przeszedłem przez Czarną Ładę i do lasu. Na brzegu lasu stanąłem i patrzę czy oni mnie gonią czy nie. Obejrzałem się, a ponieważ słońce miałem w oczy, więc podniosłem rękę. Później w jednej restauracji ci gestapowcy opowiadali: Ale bezczelny, jeszcze nam ręką pomachał… Mnie akurat machanie im ręką było w głowie… Wpadłem do lasu, tam mnie już nie gonili, bali się. Usiadłem, dopiero odczułem zmęczenie, miałem do zjedzenia pomidory, które mi żona dała na drogę. Zjadłem te pomidory, doczekałem nocy i do domu dotarłem okólną drogą, przez pola. Ale to był cud boski, szalone szczęście miałem.

 

ZAMEK

Później  już nie miałem tego szczęścia, gdy mnie aresztowało NKWD.

  • W jakich okolicznościach Pana aresztowali?

Gdy oni wkroczyli do Biłgoraja, to ja do swojego szefa, Komendanta Obwodu mówię: Wie Pan co, ja nie mam żadnych złudzeń co do tego, co oni z nami chcą zrobić. Na pewno będziemy musieli przejść do konspiracji. Wydaje mi się, że będzie to celowe. A był rozkaz, żeby nawiązać z nimi kontakt taktyczny – pod tym względem, to zawalona zupełnie była nasza polityka. Jeśli już trzeba – mówię – to niech Pan nie idzie, ja raczej pójdę do niego na tę rozmowę. Albo niech idzie pana zastępca. Zastępcą był ludowiec z BCh. Całą okupację przesiedział w lesie i nie był ani razu w Biłgoraju, bo się bał, ze wsi pochodził. No i z nim poszliśmy, razem tę rozmowę tam z enkawudzistą odbyliśmy. Ja już wcześniej żadnych złudzeń nie miałem do czego oni zmierzają. Jak mi zaczął opowiadać o porządku rewolucyjnym, który oni będą tutaj wprowadzać, to się upewniłem. Wróciłem z powrotem i mówię komendantowi: Wie Pan co – nic nie pozostaje, tylko w dalszym ciągu konspiracja, nie oddawać broni. A tu się okazuje, że on ma rozkaz robić mobilizację i prowadzić nas do Zamościa, mieliśmy tworzyć trzon 9-ego Pułku Piechoty Legionów. Pojechaliśmy razem do tego inspektora, który był  już wtedy mianowany dowódcą pułku, i który koło Zwierzyńca przeprowadzał koncentrację. On na nas naskoczył: Co, żeście się przestraszyli jednego enkawudzisty – mówi – Ja tutaj idę do Zamościa, władze polskie instalować, starosta będzie z tego BCh-owca. Mój komendant wrócił jak zmyty robić mobilizację, bo nie wydał jeszcze rozkazu mobilizacji swego obwodu. Ledwo żeśmy zdążyli wrócić, gdy następnego dnia przybiega goniec z Zamościa, żeby wszystko chować, wracać do konspiracji, bo cały Zamość, wszystkie nowe władze są już w ręku NKWD.

Więc w dalszym ciągu konspiracja. Wydawaliśmy pismo, „Czarno na białym” się nazywało. No, ale wtedy było już bardzo ciężko. Udawało się do grudnia 1944 roku. Należało właściwie opuścić ten teren, ale rozzuchwalony byłem powodzeniem z czasów niemieckich. 8 grudnia nocował  u mnie komendant Obwodu, bo też był bezdomny, razem spaliśmy w jednej chałupie na końcu wsi. Wtedy oni przyjechali, jeszcze ciemno było, śnieg już leżał.

  • W jakiej to było wsi?

Sedłaki, między Biłgorajem a Frapmolem. Łomoce ktoś do drzwi. UB. Nie ubierałem się w ogóle, nic nie mówię do swojego komendanta, który spuścił tylko nogi z łóżka i siedzi tak jakoś nieruchomo. Zaraz otworzyłem okno, buch, skoczyłem na śnieg i zacząłem wiać do lasu. A ten las był obsadzony. Zaczęli strzelać, dostałem po żebrach, w jakiś dół wpadłem i się przewróciłem. Dopadli mnie, koniec był wiadomy. Mój komendant wykorzystał ten mój skok i to, że ja ich zmyliłem, wyskoczył drugim oknem i w stronę wsi zaczął uciekać. Strzelali też za nim, w nogę go postrzelili, ale uciekł. Dostał się do sąsiedniej wsi i tam go opatrzyli. Prowadzili mnie do samochodu, gdy słyszałem jak ci żołnierze między sobą rozmawiali: „I Poliaki toże strieliali”. Myśleli więc, że Polacy nie będą strzelać.

Przywieźli mnie do Biłgoraja i dalszy ciąg historii znany, zakuli mnie w kajdany i tak siedziałem dzień i noc. Najpierw miałem kajdany z tyłu, takie sprężynowe niemieckie, które się zaciskały pod ciężarem ciała. Musiałem więc leżeć na twarzy. Po trzech dniach mi zmienili, założyli z przodu, ale nadal byłem skuty. Cały czas gdy siedziałem w Biłgoraju, byłem skuty. Dopiero gdzieś w marcu przewieźli mnie z Krasnegostawu do Lublina, a potem na zamek. Badali mnie enkawudziści a Polacy patrzyli. Powiedzieli raz: oni młodzi, oni się muszą uczyć. Mieli się czego uczyć, dwaj Rosjanie „działali”  cały czas.

  • Domyślił się Pan, kto Pana sypnął?

 W sąsiedniej wsi, w Korytkowie była komórka komunistyczna. Tych ludzi ja później w UB spotkałem. Jak mnie pierwszy raz aresztowali, na krótko, w sierpniu, to jeden z tych ludzi podszedł do mnie i mnie namawiał, żebym ja do nich przystał, że im ludzi bardzo potrzeba, że po co to wszystko, więc oni o mnie wiedzieli. Później nasz oddział dokonał skoku na biłgorajskie więzienie i wszystkich więźniów wypuścili. To było w lutym. Tego dnia akurat z UB przewieźli do więzienia wszystkich z wyjątkiem dwóch: mnie i jednego Ukraińca zostawili w UB. Siedziałem tam na ulicy Chojnina w piwnicy z jakimś Białorusinem, który był w formacjach tworzonych przez Niemców. Młody chłopak, spod Orszy. Rozmawialiśmy sobie leżąc na  deskach, on po białorusku, ja po polsku, a jednak rozumieliśmy się. Sympatyczny chłopak. Rozstrzelali go. Stąd mnie zabrali do wojewódzkiego UB.

  • Czego od Pana chcieli?

Właściwie wszystko wiedzieli. Później mnie przewieźli na zamek. W dobrym towarzystwie, bo razem żeśmy pojechali z dyrektorem kancelarii cywilnej prezydenta Mościckiego. Tam w celi odbył się sąd. Trzech sędziów, bez żadnego prokuratora, bez żadnego aktu oskarżenia. Wszystkich tam tak skazywali: albo rozwalali, albo do ciupy, jak się komu trafiło.

  • Pana skazali…

Na śmierć.

  • Ale żyje Pan…

Ułaskawiono mnie, napisałem prośbę o ułaskawienie do dowódcy okręgu lubelskiego, pułkownika Bukojemskiego, Polaka.

 

 

KH nr 1 (5), kwiecień 2004 r



(Rozmawiał Wojciech Waligórski)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.