Barwne, pełne dramatycznych zakrętów, naznaczone upartą, żmudną pracą, dzieje swego życia opowiedział nam Tadeusz Gumiński, zmarły pod koniec sierpnia znakomity znawca dziejów Łowicza, historyk, harcerz, turysta, muzealnik i publicysta w jednej osobie, jeszcze w 1992 roku. Dziś rozpoczynamy w „Łowiczaninie” druk zapisu tej rozmowy. Przybliża ona naszym Czytelnikom nie tylko sylwetkę jednego z pierwszych honorowych obywateli Łowicza, ale i nasze miasto, jakim było w latach międzywojennych.

Rodowód
  • Wojciech Waligórski: Chciałbym, żebyśmy porozmawiali o tym, czym był przedwojenny Łowicz dla ludzi, którzy mieszkali w jego okolicy, niekoniecznie najbliższej, czym przyciągał, że się w nim osiedlano. Pan do takich przybyszów należy, nie urodził się Pan przecież w tym mieście…

Tadeusz Gumiński:   Pochodzę ze szlachty zagrodowej, licznie rozrodzonej na Mazowszu, ale również w Ziemi Łęczyckiej. Ród mój jest właśnie z pogranicza Mazowsza i Ziemi Łęczyckiej, z okolic Żychlina, tam było  nasze gniazdo rodzinne. Gumińscy tam byli rozsiedleni we wsi, która się nazywała  Gumin,  ale również w Kaczkowiznie i jeszcze w trzeciej wsi.  Wszystkie leżą  koło samego Żychlina, 4-5km od miasta. Oczywiście rozrodzeni byli bardzo licznie. Ojciec mówił, że nazywano ich piskorkami,  dlatego że siedzieli w bagnistych dolinach Bzury, Słudwi, Przysuwy, gdzie się lęgną piskorze, no i prawdopodobnie karmili się tymi piskorzami. Później się przenieśli. Na początku XVIII wieku moi przodkowie mieszkali już w powiecie sochaczewskim, w Brzozowie, a w połowie XIX wieku przenieśli się do wsi Słomków w powiecie gostynińskim, też zresztą niedaleko Żychlina. To była wieś mieszana: chłopska i drobnoszlachecka. Zapyta pan, czym ta drobna szlachta była. Taki był to rodzaj ludzki, jak ktoś kiedyś  o nim  przed wojną napisał:  butny i czupurny, skory do korda. Zresztą cała  szlachta mazowiecka i łęczycka słynęła z gotowości do szabli. Byli dobrymi rębajłami. Ojciec opowiadał, że do powstania kościuszkowskiego poszło trzech Gumińskich.  Wrócił tylko jeden, dwóch zaginęło gdzieś bez wieści, ojciec nie potrafił podać imion.

  • Ważne, że w ogóle o tym wiedział…

Historia rodziny była przekazywana u nas z pokolenia na pokolenie. Nic dziwnego, dziad mój  Franciszek Gumiński  na przykład urodził się w roku 1814, a umarł w 1904…  Był ożeniony oczywiście ze szlachcianką, bo  to byłby mezalians gdyby się ożenił z córką chłopską, choć w Słomkowie była połowa szlachty zagrodowej, a połowa rodzin chłopskich, to jednak małżeństwa mieszane się  nie zdarzały, takie czasy. Brat tej Gajewskiej był w wojsku za czasów Królestwa Kongresowego. Służył w piechocie, dosłużył się stopnia podporucznika i przepadł bez wieści w bitwie pod Grochowem, w lutym 1831roku, w powstaniu listopadowym. Figuruje  w rocznikach oficerskich z tego okresu, w listach strat, właśnie jako zaginiony bez wieści w tej bitwie. Jest jeszcze o nim ciekawa anegdota: że uciekał z wojska, no bo służba w wojsku konstantynowskim nie była łatwa. Uciekał raz, złapali go i z powrotem do Warszawy. Uciekał  drugi raz, znowu złapali go i z polecenia Konstantego wezwali ojca, żeby z nim przyjechał. Konstanty obu przyjął i powiada:

– Cóż to, staruszku, syn uciekał z wojska?
– No, tak, proszę Wasza Książęca Mość.
– No, a zasługuje na karę?
– Zasługuje proszę księcia.
– No, to dobrze, za karę pójdzie do kancelarii pisać.

I miał w rękawiczce skórzanej jakąś monetę i tą rękawiczką uderzył go w kolano – to się w tradycji przechowało.

Jest i druga anegdota: drugi brat mojej babki Gajewskiej był sekretarzem magistratu w Gąbinie. Kiedy tworzono w tej okolicy osady tkackie, sprowadzono kolonistów niemieckich, no i między innymi osiedlono ich w Gąbinie. Cesarz interesował się tymi osadami. Czy to był Aleksander I czy Mikołaj I, to już w tradycji się zamazało, w każdym razie cesarz przyjechał do Gąbina i sekretarz magistratu oprowadzał go po tych osiedlach. Cesarz zapytał go co chce za to w nagrodę.

A on mówi: Proszę Waszej Cesarskiej Mości o pozwolenie na noszenie ostróg. Urzędnikom bowiem wolno było nosić szpadę, ale nie wolno było nosić ostróg. Później cała rodzina mówiła: „Cóż ty idioto żeś zgłupiał, mogłeś uzyskać od niego jakiś awans czy nagrodę…”

 

  • Dziś brzmi to dziwnie, żeby określać, co urzędnik może nosić, a czego nie.

W wojsku Królestwa Kongresowego nawet zarost był przypisany dla poszczególnych broni, w kawalerii inny niż w piechocie i nie wolno było tego przekroczyć. Konstanty był pod tym względem bezlitosny, no ale to  oczywiście podnosiło karność.

 

Później przyszedł rok 1863. Ze Słomkowa sześciu czy ośmiu synów szlacheckich poszło do powstania. Z mojej rodziny poszedł najstarszy brat ojca, Adam Gumiński. Był w partii Syrewicza, to był oddział jazdy gostynińskiej, tak się formalnie nazywał. Sam Syrewicz był pułkownikiem wojsk rosyjskich, lekarzem z zawodu. Po wybuchu powstania w Łęczycy, gdzie stacjonował, w ciągu jednej nocy przejechał kilkadziesiąt kilometrów do Modela, gdzie się formowała partia. Także mój stryj gdzieś z sochaczewskiego, gdzie był rządcą w jakimś majątku, wsiadł na konia i zgłosił się do partii. Był w powstaniu cały czas, nawet ranny.

Właściwie cała szlachta ze wsi Słomków była w powstanie wmieszana. Mój dziad, wraz z proboszczem w Pacynie, który był przedstawicielem Rządu Narodowego oraz nauczycielem Maciejewskim ze szkoły początkowej wiejskiej stanowili tam władzę powstańczą.

  • Wszyscy przeżyli?

Nie. Brat cioteczny ojca, Piotr Tuziński, który był sierotą i wychowywał się u Gumińskich jako u swego wuja od małego, również był w  partii Syrewicza i poległ w bitwie pod Dobrzykowem. Ojciec mój, Michał Piotr, o tym wszystkim opowiadał mi zawsze w Dzień Zaduszny, 2 listopada. To był taki dzień wspominek. Właśnie w Dzień Zaduszny partia Syrewicza, już trzy dni w odwecie ścigana przez Moskali, cofała się przez  Słomków. Nie było już amunicji, no ale Moskale nie bardzo ich nacierali, bo byli sami zmęczeni. W pewnym momencie Polacy rozsypani w 200-300 koni luźno po polach musieli się jednak zbić w kupę po prostu dlatego, że przez jakiś rów trzeba się było przeprawić, który był zarośnięty kolczastym cierniem, tarniną. W tym momencie zaczęto do nich strzelać. Pięciu spadło z koni zabitych. Ilu było rannych, nie wiadomo. Ciała przywieźli do stodoły mego dziadka. Pogrzeb był w Pacynie.

 

Proszę sobie wyobrazić, że ja już po drugiej wojnie światowej zachciałem sprawdzić czy rzeczywiście to, co ojciec podaje jest prawdziwe. Może jakieś ślady się zachowały? O tym Tuzińskim co poległ pod Dobrzykowem, niedaleko Płocka też chciałem sprawdzić. Pojechałem więc do Pacyny. Zachowały się tam, w parafii, szczęśliwie akta stanu cywilnego z okresu powstania. I niech Pan sobie wyobrazi, znalazłem cztery akty zgonu z dnia 2 listopada, gdzie było napisane, że na polu takim to a takim znaleziono mężczyznę lat około 21 czy 22 nieznanego pochodzenia i niewiadomego nazwiska. Podani są świadkowie, nie podano natomiast przyczyny śmierci. Tak zawsze spisywano akty poległych powstańców. Co ciekawsze, ojciec opowiadał, że wśród tych poległych był ksiądz. I znów proszę sobie wyobrazić, że na marginesie tego aktu zgonu było napisane, że orzeczeniem sądu jakiegoś, bodaj powiatowego w Gąbinie stwierdza się, że akt niniejszy dotyczy Hieronima Wilczyńskiego, zakonnika z klasztoru reformatów. Klasztor był w Szczawinie, też w powiecie gostynińskim. Więc okazuje się, że ojciec się nie pomylił, tylko że to był zakonnik. Może pomylił się w czym innym: ojciec mówił o pięciu, a w aktach odnotowano czterech zabitych. Może ojcu się z tymi pięcioma poległymi pomieszało, a może po prostu rodzina zabrała zwłoki, przecież to wszystko byli ludzie z okolicznych wsi szlacheckich.

 

Później pojechałem do Dobrzykowa, no i znów znalazłem akta stanu cywilnego z 1863 roku. I jest jeden akt spisany w sierpniu 1863 roku, w którym jest napisane, że zgłosił się gajowy z takiego a takiego rewiru (tam lasy naokoło są duże) i stwierdził, że znaleziono zwłoki mężczyzny lat około 22, niewiadomego pochodzenia… Ta sama formułka się powtarza. I te zwłoki zostały tam pochowane. Ponieważ jest tylko jedna wzmianka, ponieważ wiadomo, że ten Piotr Tuziński poległ właśnie pod Dobrzykowem i że mój dziadek pojechał na jego pogrzeb tylko bał się przyznać, że to jest jego wychowanek – można przypuszczać, że chodzi o niego. Ten Tuziński był wyborowym strzelcem, ojciec opowiadał, że z pistoletu potrafił kaczce w łeb trafić na stanie. Przez Kozaków był obskoczony w tym lesie, jakoś odbił się od partii czy go tam zapędzili i między sękami naciętego drzewa bronił się do ostatniego naboju. Zabił dwóch Kozaków czy trzech, byli rozwścieczeni, tak że z chwilą kiedy mu się amunicja wyczerpała to go roznieśli na szablach tak, że – dziadek opowiadał – zwłoki zgarnięto na prześcieradło i w ten sposób pochowano. Ojciec miał wtedy sześć lat, jako dziecko wiele rzeczy zapamiętał. Wspominał na przykład ten pogrzeb na cmentarzu w Pacynie, i egzaltację patriotyczną: nawet kobiety trumny niosły.

 

Ojciec dużo innych, rozmaitych szczegółów zresztą pamiętał. Na przykład jak jeden powstaniec, pod którym zabito  konia, uciekając wpadł do wsi i krzyknął: „ludzie, ratujcie mnie”. Ludzie wracali akurat z kościoła,  był  Dzień zaduszny. Były tam tzw. sklepy, tzn. doły zakryte deskami, gdzie leżały kartofle. Wskazali mu, by się schował do tego dołu, stanęli na wierzchu… Wpadli Kozacy, to powiedziano, że dalej uciekał. Pojechali, uratował się. Gdy partię rozbito, to powstańcy gromadzili się u tych, którzy mieli domy w pobliżu, na przechowanie. U mojego dziadka stale było kilku powstańców. Porozpijali się tam naturalnie, mój dziadek też się rozpił, przynajmniej ojciec tak opowiadał. Ale co z tego: w 1904 roku dopiero umarł, cały XIX wiek przeżył.

ŁOWICZ: SZKOŁY I TARG
  • To był dziadek, a jego dzieci?

Tu już nieco zbliżamy się do Łowicza. Otóż synów miał sporo. Nie pamiętam teraz ilu, ja ich nawet nie znałem. Znałem tylko dwóch stryjów, widziałem ich krótko, bo ojciec mój był najmłodszy. Co robili? Ano, służyli po dworach, tam zaczynali karierę. Byli przeważnie oficjalistami, to znaczy służyli jako pisarze, prowentowi, jako rządcy, jako gospodarze. Dochodzili do stopnia rządcy albo i administratora. Ojciec mój też, całym jego wykształceniem była szkoła podstawowa w Pacynie, a potem dwory. W każdym razie ci, którzy dochodzili do czegoś, to później często związek małżeński zawierali, który umożliwiał im jakiś start życiowy, albo brali w dzierżawę jakiś folwark. Wszyscy jednak mieli  ambicje, żeby swoje potomstwo w jakiś sposób kształcić. No, a gdzie kształcić to potomstwo? W Łowiczu! średnich szkół w żadnych innych okolicznych miastach nie było.

 

  • Nie było?

Nie. W II połowie XIX wieku, był jeden tylko Łowicz, który miał przedtem szkoły pijarskie. Nie wiem, czy mój dziadek tam chodził, ale ojciec mój znał łacinę i dziadek znał łacinę, więc musieli chyba chodzić do jakiejś szkoły pijarskiej, no a szkoła pijarska i pijarzy byli tylko w jednym Łowiczu. Nigdzie indziej dookoła – więc zawsze Łowicz był jakąś latarnią rzucającą światło na okolicę. Żychlin się znajdował w promieniach tej latarni.

 

  • W Łęczycy też szkół nie było?

Nie było. Było tam później, za czasów rosyjskich, coś w rodzaju seminarium nauczycielskiego, Instytut Nauczycielski. Ale w Kutnie nie było tego nawet w XX wieku, w Skierniewicach także nie. Zostawał więc ten Łowicz.

 

  • I do „tego Łowicza” trafiali Gumińscy…

 Tak, jeden ze stryjów,  starszych braci mego ojca, Karol mieszkał w Łowiczu, kupił sobie dom, bodaj gdzieś na Bratkowicach, bo na tyle było go stać z tej służby jako rządcy gdzieś tam, w jakimś majątku. Później wziął w dzierżawę folwark Chyleniec w dobrach nieborowskich i do drugiej wojny światowej potomkowie jego tam gospodarowali. Ten stryj kształcił swoich synów właśnie w Łowiczu, w łowickiej szkole realnej. I tu ciekawa rzecz: po szkole zwykle idzie się do wojska. Otóż nikt z mojej rodziny nie służył w wojsku rosyjskim za wyjątkiem jednego. A uwalniali się od tej służby wojskowej przy pomocy łapówek. Mój ojciec tak samo, kosztowało nas to 300 rubli, cena zależała od tego, kto był partnerem transakcji. Jeden mój stryj, Dionizy który też był w powstaniu, oświadczył przed komisją, że jest chory na odrażającą chorobę. Lekarz, który wziął łapówkę potwierdził, że go zna jako pacjenta, i go zbada za parawanem. Weszli obaj za parawan i oczywiście lekarz określił jego niezdolność do służby wojskowej.

 

Więc tylko jeden Gumiński poszedł do wojska i to jeszcze na ochotnika, na oficera zawodowego. To był Teodor Gumiński, syn tego Karola, który mieszkał w Łowiczu, a później dzierżawił przez długie lata ten Chyleniec. Teodor skończył sześć klas tej szkoły realnej w Łowiczu, ale uważał, że jakiś Rosjanin jest do niego uprzedzony i że nie ma widoków na skończenie siódmej klasy, która dawała wstęp na wyższą uczelnię. Pojechał więc do Odessy, do szkoły junkierskiej. Tam okazało się, że jeśli on ma sześć klas skończonych, to go przyjęli z otwartymi ramionami, bez egzaminu. Służył potem w wojsku rosyjskim jako zawodowy oficer, w Polsce. Był zresztą świadomym patriotą polskim. Z Polką się ożenił w tej Odessie, z dobrze posażną panną. Na wojnie japońskiej był już w stopniu kapitana. W pierwszej wojnie światowej uczestniczył, był ciężko ranny w Prusach Wschodnich, leczył się w Grodnie, w szpitalu wojskowym i ostatecznie poległ pod Wilnem w 1915 roku jako podpułkownik.

 

Wszyscy jednak mieli ambicje, żeby swoje potomstwo w jakiś sposób kształcić. No, a gdzie kształcić to potomstwo? W Łowiczu! średnich szkół w żadnych innych okolicznych miastach nie było.

 

Jego brat rodzony, najmłodszy, Jan Gumiński, kiedy w 1914 roku wybuchła wojna, był w szkole w Rzeszowie. Przedtem też uczył się w łowickiej Szkole Realnej, ale niedługo się tam utrzymał, miał bujny temperament i ojciec go wysłał do Rzeszowa do szkoły mleczarskiej, żeby zdobył jakiś praktyczny zawód. Jak się formowały Legiony, od pierwszego dnia znalazł się w tej sławnej pierwszej brygadzie, w piątym pułku legionów „zuchowatych”. Całą wojnę przebył z tym pułkiem, uczestniczył we wszystkich jego kampaniach, był na Wołyniu, gdzie tylko ten pułk walczył, potem w Szczypiornie. Miał odznakę za wierną służbę, która obecnie jest w muzeum w Łowiczu. Jego syn jest profesorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Namówiłem go i po wielkich oporach się zgodził, by odznakę podpisaną przez Piłsudskiego należącą do urodzonego w Łowiczu, związanego z tym Łowiczem, w tutejszym muzeum umieścić.

 

…do Łowicza jeździło się na jarmarki! Przecież te jarmarki były słynne. One dostarczały najpiękniejszych koni, bydła czy owiec. Właściciel na jarmark zwykle nie jechał, tylko w wyjątkowych wypadkach, a jeździli właśnie ci rządcowie i pisarze – klasa mojego ojca.

 

Ale wracając do rzeczy: jakie tragiczne to były czasy. Ten Jan Gumiński w czasie walk na Kielecczyźnie, bodaj nad Nidą, miał akurat naprzeciw siebie ten pułk odeski, w którym służył jego brat – Teodor… Wzięli do niewoli kilku Rosjan, między innymi jakiegoś oficera. No więc Gumiński pyta tego oficera czy jest w pułku kapitan Teodor Gumiński. „Nie – ten mu odpowiada – kapitana tu nie ma, ale jest podpułkownik. Jeżeli pan chce zobaczyć, to ja panu mogę przez lornetkę wskazać dom, w którym on kwateruje”. Po dwóch stronach dwaj bracia naprzeciwko siebie… Jeszcze jeden Gumiński się kształcił w Szkole Realnej w Łowiczu, też brat Teodora i Jana, Ksawery, który później skończył szkołę mierniczą w Kursku w Rosji i pracował w majątku Sapiehy gdzieś pod Grodnem. Umarł na gruźlicę.Taki był los tej zagrodowej szlachty. Mój ojciec nie odstawał od reguły. Wylądował jako administrator majątku Grzybowskich Skrzeszewy, i ja się tam urodziłem.

 

  • Gdzie leżą te Skrzeszewy?

To jest 4 km od Żychlina, tylko że to jest powiat gostyniński i gmina Szczawin. Zaraz koło tego jest Model i wspomniany Słomków. Było nas czworo: ja, dwie siostry młodsze i brat najmłodszy, który się urodził w 1914 roku.

 

  • Żyją jeszcze?

Nie. Nikt nie żyje, absolutnie nikt nie żyje. Ojciec miał ambicję, żeby wszystkim nam dać wykształcenie. Myślał oczywiście o Łowiczu. Zawsze ten Łowicz w pojęciu mego ojca był czymś. Inne miasta właściwie się nie liczyły. Ale była inna rzecz związana z Łowiczem, którą z dzieciństwa zapamiętałem. Otóż do Łowicza jeździło się na jarmarki! Przecież te jarmarki były słynne. One dostarczały najpiękniejszych koni, bydła czy owiec. Właściciel na jarmark zwykle nie jechał, tylko w wyjątkowych wypadkach, a jeździli właśnie ci rządcowie i pisarze – klasa mojego ojca.

 

  • Jak często odbywały się jarmarki w Łowiczu?

Było ich w roku kilka. Największy  był świętojański i na św. Mateusza, na jesieni. Ojciec taką przyśpiewkę przywoził z tego jarmarku, bardzo „częstochowską”:

Tam w Łowiczu na jarmarku,
Tam wesoło żyć
Można hulać i przytulać
Gorzelinę pić

To wszystko byli ludzie dużego temperamentu, młodzi, dobrze odżywieni, ostatecznie tak w tych majątkach źle się im nie powodziło jako kawalerom i taki jarmark to była jedyna okazja, żeby się wyszumieć. Poza nim cały czas mieli zajęty, od rana do późnej nocy.

 

  • Na ile dni jeżdżono na ten jarmark?

Dwa, trzy albo i dłużej, zależy czy sprzedał, czy nie sprzedał i ile miał pieniędzy. Różnie bywało. Nadużycia, jakie tam popełniano, bo bez wątpienia popełniano, kończyły się dla niektórych tragicznie. Przywożono różne choroby, o których nie trzeba bliżej wspominać.  To też się zdarzało. Tym bardziej, że większość właścicieli protegowała oficjalistów kawalerów, bo uważali, że to są mniejsze wydatki bo mniej kawalerowi trzeba płacić niż żonatemu, a poza tym żonaty ma większe wymagania i większe potrzeby, więc będzie nawet skłonny do popełnienia nadużycia, żeby rodzinie swojej zapewnić godziwe warunki, a kawaler nie jest niczym nie związany to i można go łatwo odprawić. Stąd też późno się wszyscy żenili. Ojciec mój, gdy się ożenił miał już 48 lat. Prędzej po prostu bał się stracić posadę. Więc ja się zdążyłem urodzić jeszcze w tych Skrzeszewach i to nawet w pałacu, bo w czasie rewolucji 1905-1907 r. Właściciel z całą rodziną czmychnął za granicę i zostawił mego ojca na tych pięciu folwarkach jako pana i władcę.

 

  • W 1907 r. się Pan urodził?

Tak naprawdę, to ja się urodziłem w 1906 r., blisko swoich imienin, 26 października. W metryce mam zapisane 1907 r. Skąd pochodzi to pół roku różnicy? Ojciec wszystkim: mnie i memu bratu, który był najmłodszy w rodzinie, wszystkim po pół roku poodejmował, podając  dane do metryki,  żeby  opóźnić pójście do wojska rosyjskiego, żebyśmy poszli bardziej dojrzali. „A może – ojciec mówił – może coś się stanie takiego, że nie trzeba będzie posyłać”. Chciał jak najdalej odsunąć ten moment. Dlatego tylko ja i mój brat – moja starsza siostra miała o to do ojca wielkie pretensje, bo ojciec z nią tej operacji nie przeprowadził… To robiono powszechnie, przynajmniej w tej sferze, do której ja należałem.

 

Trudno się temu dziwić: to było wojsko obce. Zapędzano gdzieś w głąb Rosji, nikomu to się nie uśmiechało. Poza tym służba wojskowa w Rosji trwała długo. Ojciec opowiadał, że był w Słomkowie taki Szymon Gajewski, który za Mikołaja I, przesłużył 25 lat w wojsku. Wrócił przed samym powstaniem, do Słomkowa, ożenił się i też został rządcą w jakimś majątku. Nakryli go na przechowywaniu broni i został zesłany na 8 lat na Syberii. Na Syberię szli zakuci w kajdany, po pięciu, tak że nawet potrzeby naturalne jak załatwiał jeden, to musieli mu wszyscy przy tym asystować. Kolei syberyjskiej jeszcze nie było. Później jego żona dostała się do namiestnika Berga i jakoś wydobyła go z tego zesłania syberyjskiego, zwolniono go. Można sobie wyobrazić: 25 lat w wojsku rosyjskim, w poniewierce ostatniej, przecież jak tam traktowano żołnierza, i potem 8 lat na Syberii! Tak to szlachta słomkowska wojowała ćw XIX wieku. To była warstwa, która nic nie miała do stracenia, wszystko do zdobycia. Była więc skora tam pójść, gdzie się jakaś walka rozpoczynała, widzieli w tym wysokie ideały, ale i jakieś szanse dla siebie.

 

  • Ale majątku do stracenia nie mieli?

Nie, to były gospodarstwa równe gospodarstwom chłopskim. W aktach parafii Pacyna Gumińscy często się pojawiają, nawet nie nasi krewni. Był nawet jakiś Gumiński, przy którego nazwisku zapisano, że był niewiadomego miejsca zamieszkania – więc po prostu żebrakiem. Status materialny szlachty nie różnił się od statusu chłopskiego. Tylko że  nawet jeszcze w XX wieku, gdy jeden mój brat stryjeczny w Słomkowie, syn tego powstańca Adama, ożenił się z córką chłopską, to uważano to za wielką, dziś powiedzielibyśmy „plamę”. To jeszcze było w okresie międzywojennym! Nazywała się ona Trębaczówna, pamiętam dobrze, bo od XVIII wieku znam wszystkich swoich przodków, z kim się żenili i to wszystko są nazwiska szlacheckie: Gajewski, Kozłowski i tym podobne.

 

  • Jak to się stało, że opuścił Pan Skrzeszewy?

Nie wiem dokładnie, ojciec był ambitny, dumny. To był w ogóle taki świat: dumny i niepokorny. Jakiś zatarg miał ze swoim właścicielem, poza tym się ożenił, na co ten właściciel niechętnie patrzył. Gdzieś w 1910, może 1911 roku te Skrzeszewy musiał opuścić i wziął inny majątek w dzierżawę. Wtedy miał już ponad 50 lat, a trafił na miejsce, gdzie były bardzo zagmatwane stosunki własnościowe, szachownica z polami chłopskimi. Ojciec tam czuł się nieszczęśliwy, bo był przyzwyczajony do szerokiego oddechu. Czym innym jest administrowanie pięcioma folwarkami, a czym innym siedzenie na małym folwarku z kiepskimi ziemiami, na których najlepiej rodziła gryka. Szachownica pól z chłopami, zatargi z tymi związane – to było już ponad siły człowieka w wieku pięćdziesięciu kilku lat, bliskiego wieku emerytalnego. Sprowadziliśmy się więc do Żychlina, skąd pochodziła matka. Z domu była Grzybowska, też prawdopodobnie ze szlachty zagrodowej, bo dopiero jej ojciec, Franciszek Grzybowski z Gostynina sprowadził się do Żychlina. Też zresztą był w powstaniu. Miałem więc powstańców z linii ojca i z linii mamy. Natomiast nie miałem osób stanu duchownego w całej historii rodziny. Raczej były to typy zawadiackie, „w naukach mniej pilni”, jak pisze Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. W  tym Żychlinie ojciec przed samą wojną światową założył sklep.

 

  • Jaki to był sklep?

Spożywczy, jedyny na czym się znali. Pierwsze sklepy, jakie w Żychlinie powstały były zakładane właśnie przez tych oficjalistów, którzy opuścili swoje posady w majątkach w różnych okolicznościach, a musieli jakoś żyć. No i I wojna światowa doprowadziła do tego, że ojciec wszystko stracił. W warunkach inflacji nie potrafił już sobie poradzić, handlować, był dyletantem w tych sprawach, matka raczej była głównym motorem.

 

No, ale spróbujmy w końcu do tego Łowicza się dostać. Mówiłem już, że dla nas ojciec widział przyszłość tylko w kształceniu się i to właśnie w Łowiczu. Tym bardziej, że koło tego Łowicza był już jeden brat – w  Chyleńcu. Ja tam w czasie I wojny nawet jakieś wakacje spędzałem. Z myślą o Łowiczu chodząc do szkoły początkowej prywatnej w Żychlinie uczyłem się od razu trzech języków tzn. rosyjskiego, niemieckiego i francuskiego. Ojciec chciał, żebym był dobrze przygotowany, bo zdawał sobie sprawę, że w szkole nie będzie łatwo, że wszystko po rosyjsku, a jeszcze dojdą dwa języki obce: niemiecki i francuski. Wreszcie w 1917 roku pojechaliśmy z ojcem do Łowicza, no i tam zdawałem do pierwszej klasy.

GIMNAZJUM
  • Jak poczuł się Pan w mundurku gimnazjalnym?

 W 1920 roku, na początku żadnego obowiązku pod tym względem nie było, bo po prostu nie było się w co ubrać. Nie można było materiału dostać nawet jednolitego. Później dopiero dyrektor Olszewski wprowadził wojskowy krój kołnierzy, pod szyję, materiał granatowy. Czapki były z początku legionowe, a za Olszewskiego, w 1920 roku wprowadzono rogatywki granatowe, z żółtym, wąskim paskiem. Krótka była historia tej czapki, na jej miejsce ministerstwo wprowadziło „rondelki”, na wzór francuski, bo Francja była wtedy dla Polski wzorem pod każdym względem. Te „rondelki” utrzymały się w Francji w wojsku i w policji do dziś.

 

  • Co było na czapce?

Był orzełek, pod nim tarcza, a na niej litery GP, Gimnazjum Państwowe. Wracając jednak do „rondelków” – były one sztywne, a sztywności młodzież nigdy nie znosiła, więc zaraz je „zmiękczyła”, stały się miękkie i niekształtne. Mundurki też przetrwały tylko okres rządów Olszewskiego, później wyszły z użycia. 

 

  • „Zmiękczanie” czapek oddaje temperament młodzieży, ale nic nie mówi o tym, jak traktowała ona swe szkolne obowiązki. Czy przykładano się do nauki?

 Nie, starano się tylko, żeby zdobyć tę trójczynę i żeby się przepchnąć do następnej klasy. Nie znaczy to, że uczniowie nie mieli różnych zainteresowań. Były w gimnazjum trzy kółka zainteresowań. Pierwsze to było kółko historyczne. Drugim było kółko społeczników. Jego mentorem czyli opiekunem był ksiądz prefekt Zawadzki, rektor kościoła popijarskiego. Jego członkowie zajmowali się aktualnymi sprawami społeczno-gospodarczymi, tymi, które nie były uwzględnione w programie szkolnym. To było wyjątkowe kółko. Ksiądz Zawadzki miał pewne ambicje polityczne, był członkiem Rady Miejskiej, jako jedyny zresztą ksiądz przez całe dwudziestolecie, więc taki właśnie, polityczny kierunek nadał temu kółku. Ja osobiście dużo temu kółku zawdzięczam, nauczyłem się tam sposobu działania społecznego, prowadzenia obrad, zebrań, dyskusji. Pod tym względem nie tyle szkoła mnie przygotowała, bo inni nauczyciele nie mieli takiego zamysłu społecznego, co właśnie to kółko. Nauczyciele byli zresztą w większości ze szkół rosyjskich, gdzie nie było tradycji dyskusji, był najwyżej jakiś wyduszony referat. Trzecim było kółko literackie, gromadzące zainteresowanych literacko, polonistów.

 

Nad wszystkim górowała jednak drużyna harcerska, która powstała w 1915 roku, 5 grudnia. Utrzymywała się w gimnazjum nieprzerwanie, była kierowana tylko przez uczniów, tylko oni decydowali o charakterze jej działalności, nie żaden nauczyciel. Byli co prawda „opiekunowie” drużyny, ale żadnej roli nie odgrywali, o wszystkim decydowali drużynowi. Odkąd tylko ja byłem w Łowiczu nie było tam nigdy harcerza – nauczyciela. Początkowo, do chwili odzyskania niepodległości, do roku nawet 1920, było to harcerstwo zorganizowane na sposób wojskowy.  Drużyna, do której należało ze stu ludzi, była podzielona na plutony, plutony  na zastępy. Zastępy składały się z ośmiu harcerzy, pluton to były 3 zastępy, a drużyna 3-4 plutony. Z tej drużyny harcerskiej gimnazjalnej wyszły wszystkie inne drużyny, nie wyłączając drużyny żeńskiej i drużyny rzemieślniczej.

 

Nie chcę za bardzo chwalić swojej szkoły, swoich dawnych kolegów, ale dominowali oni pod każdym względem nad innymi drużynami. Nic dziwnego, tu była młodzież raczej miejska, inteligencka, łatwiej było podejmować różne formy działania, zresztą mieli oni kontakty z różnymi środowiskami np. w czasie wojny z ideą harcerską zetknęło się wielu młodych łowiczan na terenie Warszawy, bo masę ludzi wyemigrowało z Łowicza w czasie walk w 1914 roku, więc ci wszyscy przywieźli ze sobą zapas nowych form organizacyjnych, ideologicznych i to wszystko przenieśli na teren Łowicza. Jeżeli chodzi o formy pracy harcerskiej, to również ta drużyna celowała. Żadna inna drużyna np. nie organizowała obozów letnich, tylko nasza, gimnazjalna. A przecież warunkiem kwalifikującym na wyższy poziom każdą drużynę było właśnie zorganizowanie obozu letniego – to była istota szkolenia harcerskiego.

Młodzież harcerska była czynna również w organizacjach niepodległościowych. Ostatni komendant Polskiej Organizacji Wojskowej w  Łowiczu, Stefan Cieślak wspomina, że w nocy 11 listopada 1918 roku, gdy znalazł się w lasku miejskim na zbiórce przed akcją rozbrajania Niemców, wśród bojowców byli właśnie uczniowie gimnazjum – harcerze. Tak samo było w 1920 roku: pierwsi do wojska się zgłosili i ruszyli pierwszym transportem jako ochotnicy do Warszawy, a dalej na front, właśnie harcerze z tej pierwszej gimnazjalnej drużyny.

 

  • Do którego roku był pan czynny w harcerstwie w Łowiczu?

Do 1935 roku. Byłem drużynowym drużyny gimnazjalnej, potem zostałem komendantem hufca. Nie było to łatwe: niesnaski z dyrektorami szkół odbijały się fatalnie na harcerstwie. Nie można było przez całe lata stworzyć komendy hufca, bo dyrektorzy chcieli wstawiać swoich kandydatów. Była z tym cała masa perypetii, wszystko na skutek wtrącania się nauczycieli i dyrektorów szkół, powaśnionych między sobą politycznie i emocjonalnie. Każdy z nich uważał, że jego szkoła to jest ziemia obiecana, a cud Łowicza na pewno. Najpierw były konflikty między dyrektorami gimnazjum – Olszewskim i seminarium nauczycielskiego – Rogowskim. Rogowski odszedł i na krótko atmosfera się poprawiła. Potem po Olszewskim Biegański, który z kolei w ogóle nie umiał się dogadać z dyrektorką gimnazjum żeńskiego. Kuratorium nie widziało z tego innego wyjścia jak tylko ich rozdzielić.

 

Wysłano tę Roguską do Pułtuska, do Zduńskiej Woli zaś Biegańskiego. Tam ktoś go zastrzelił. Nie wykryto sprawcy. Z tego co wiem, to był napad rabunkowy, choć inni mówią, że to był dalszy ciąg jakiejś sprawy wileńskiej. Pochowali Biegańskiego w Łowiczu.

 

  • Wróćmy do uczniów: młodzież była więc raczej zdolna i wartościowa, tylko bodźców do nauki nie miała?   

 Tak, wielu było już po służbie wojskowej, poza tym na brak motywacji do nauki wpływały trudne warunki materialne  i inne przyczyny. Było dużo młodzieży wiejskiej, która przychodziła do zupełnie nowego dla siebie środowiska. Chłopakowi, którego rodzice byli najczęściej analfabetami, żadnych nawyków, ani tradycji kulturalnych nie miał – było trudno. Liczyło się i to, że można było, jeszcze w 1924 roku, po 6 klasach gimnazjum wstąpić do  szkoły podchorążych. Po sześciu klasach też można było zostać nauczycielem, wystarczyło skończyć kurs wakacyjny, poza tym były inne jeszcze możliwości zawodowe. Odsiew młodzieży był więc straszny, np. z mojej klasy z czterdziestu kilku kolegów, ilu nas było w IVb, w normalnym trybie i czasie doszło do klasy VIII tylko pięciu czy sześciu. Reszta została, w ogóle opuściła gimnazjum.

 

  • Albo z opóźnieniem kończyła?

Albo z opóźnieniem kończyła, ale w następnym po nas roczniku było też tylko trzech czy czterech, którzy w terminie kończyli – więc odsiew kolosalny. Wprowadzono zasadę, że jak ktoś w IV klasie nie miał opanowanej gramatyki i ortografii, to dalej go nie puszczano. Drugim takim sitem była klasa VI – jeżeli ktoś był wtedy nadal słaby i uważano, że wątpliwe jest, że dostanie promocję, wzywano rodziców i udzielano im takiej rady: „Syn pani jest słaby, z takich to a takich przedmiotów grożą mu stopnie niedostateczne. Zostanie na drugi rok, nie wiemy czy w drugim roku da sobie radę. Czy nie lepiej by było, żeby zmienił szkołę, może w innej szkole, w innej atmosferze uda mu się coś zrobić. Zostawienie go na drugi rok naraża panią na koszty, na trudności, niech lepiej syn zmieni szkołę”. Czy był to delikatny sposób? Na pewno skuteczny. Miało przez to potem gimnazjum dobrą opinię, nawet na wyższych uczelniach. Jak mi opowiadał Jan Wegner na Uniwersytecie Warszawskim na historii, gdy trzeba było być przyjętym na proseminarium z historii średniowiecza, to egzaminowano z łaciny. Spytano go wtedy: „Jakie gimnazjum pan kończył?  Z Łowicza. A, to dobrze,  łacina wam została, stawiamy czwórkę bez pytania”.

Mieliśmy więc dobrą markę, ale wybitnych ludzi żeśmy nie wydali. Ja starałem się ich wyłowić, jest ich bardzo niewielu…

 

  • Napisał pan u nas artykuł na ten temat…

 Chciałem zwrócić uwagę, jak trudno jest nawet z masy stutysięcznej przez okres 20 lat wyłowić wybitnych ludzi. A przecież to gimnazjum łowickie miało bardzo dobrą opinię w porównaniu z innymi szkołami, jak te w Skierniewicach, czy później w Kutnie…

 

  • Co robili koledzy z pańskiego rocznika po skończeniu gimnazjum?

 Po otrzymaniu matury maturzysta miał otwarty wstęp na kierunki techniczne i humanistyczne, gimnazjum łowickie było szkołą pod tym względem szczęśliwie pomyślaną.  Z mojej klasy jeden z kolegów skończył  matematykę na uniwersytecie, wielu szło na politechnikę. Mieliśmy w ogóle szczęście do nauczycieli matematyki. Po znakomitym Biegańskim, który trafił do nas z Wilna, przyszedł do Łowicza drugi, o nazwisku Adamski. Był on dawniej nauczycielem w łowickiej rosyjskiej Szkole Realnej. świetny matematyk, wszyscy pochylali przed nim głowy, nawet jego koledzy. Klasyfikował uczniów w ciekawy sposób: przed końcem okresu brał notes ze stopniami, po kolei wyczytywał nazwiska i pytał się klasy: „no i jak, Panowie? (mówił „Panowie” od IV klasy). Wyczytywał nazwisko np. Antoni Miazek i pytał: jak Panowie sądzą, chyba dobrze? „Nie, profesorze, bardzo dobrze!” – odpowiadała klasa. Rzeczywiście Miazek był bardzo dobry. „Tak, tak, Pan Miazek to jest to” – zgadzał się Adamski. Dalej czyta następne nazwisko. Klasa milczy. „No tak, niestety” – zgadzał się z nami stawiając dwóję. Przy niektórych się targowano, gdy ktoś był blisko trójki, ale słaby. Znakomity nauczyciel ten Adamski, mam dla niego wielki szacunek, dla jego wiedzy i podejścia do ucznia.

 

Podobny był ten Olszewski. Jak on potrafił zmusić do uczenia się łaciny! Wchodził do klasy, mówił żebyśmy usiedli (po  łacinie oczywiście), 40 chłopaków siadało, no i zaczynał się taniec. Po kolei pytał, każdy musiał momentalnie, bez zająknięcia odpowiedzieć.

W ten sposób na jednej lekcji można było trzy stopnie niedostateczne otrzymać. Wszyscy się trzęśli ze strachu. Największą karą było to, że jak się na pytanie nie odpowiedziało, to na następnej lekcji i na jeszcze następnej Olszewski  nie pytał. Mówił: „A nie, ty nie umiałeś, siadaj”. Na trzeciej lekcji uczeń oczami  błagał, żeby go spytano. Na historii…

 

  • To on też historii uczył?

Tak. Gdy zauważył, że klasa jest zmęczona, przerywał lekcję i opowiadał jakąś anegdotę, jakiś obrazek, jakieś wspomnienia ze swojej młodości. Cała klasa wybuchała śmiechem i znów wracał do tematu. Takich ludzi spotkałem bardzo niewielu w swoim życiu. Ciekawy był też nauczyciel, który mnie z polskiego na piątkę wywindował. Nazywał się Turek, pisał poezje, malował, śpiewał. Dojechałem z tą piątką do matury. Z historii miałem czwórkę, ale mimo to zdawałem na maturze historię. Matura odbyła się w ten sposób, że trzeba było wybrać: albo historia, albo polski; albo matematyka, albo fizyka czy chemia; albo łacina albo język nowożytny. To był bardzo dobry system. Ja, jako jedyny z klasy wybrałem historię, bo mi to lepiej odpowiadało niż polski.

 

  • Czym się zajmowali gimnazjaliści po lekcjach? Czy mieli w Łowiczu jakieś rozrywki?

 Przede wszystkim była piłka nożna. Grało się w nią na boisku wojskowym na ul. Łódzkiej, grało się na Glinkach, tutaj gdzie jest dziś skwer Sienkiewicza. Potem w 1925 r., może w 1926 nastąpiła moda na piłkę siatkową. W siatkówkę grano nawet w przerwach lekcyjnych. Ona była wygodna, bo siatkę można było rozpiąć na dziedzińcu szkolnym. Zimą królowały łyżwy.

 

  • Były wtedy drogie?

 Nie pamiętam, ale nie było łatwo. Jedni od drugich odkupywali, bo się wyrastało. Starsi sprzedawali młodszym. Ja nigdy nie miałem nowych, zawsze miałem używane.

 

  • A kino?

Do kina nie wolno było chodzić, tylko na te filmy, które były dozwolone. W ogóle wolno było chodzić po mieście tylko do godziny siódmej wieczorem. Tego przestrzegali i pilnowali nauczyciele i komitet rodzicielski.

 

  • Przed wejściem do kina kontrolowano kto wchodzi na jaki film?

 Nie, tak specjalnie nie. Wszyscy trzymali się tego, był zakaz, to zakaz.

 

  • Gdzie się bawiono?

Najlepiej pamiętam tak zwane bale akademickie. Przede wszystkim chodziło w nich o zarobienie pieniędzy. Stypendiów żadnych w gimnazjum nie było, najwyżej Rada Pedagogiczna zwalniała od części czesnego, które w 1924 roku wynosiło chyba 100 złotych za cały rok. Jeżeli uczeń dobrze się uczył, a był biedny, to go częściowo zwalniano. Komitet rodzicielski finansował orkiestrę i kino, w sali którego organizowano te bale. Pan dyrektor Olszewski potrafił zmobilizować rodziców, żeby mu pieniądze dawali na to wszystko. Rozmaite modele gipsowe wyciągał z szaf, wieszał na korytarzach, żeby stworzyć atmosferę, udekorować szkołę.

 

  • A inne zabawy?

Szkolna zabawa była tylko jedna i to na terenie gimnazjum żeńskiego, dlatego że tam była większa sala. A poza tym odbywały się oczywiście prywatne zabawy, w domach, uczniowie się składali i tańczyli w kilka osób. Jeden, dwa takie wieczorki w całym karnawale.

 

  • W towarzystwie opiekunów?

Tak, zawsze był obecny właściciel tego domu. Kontakt z młodzieżą żeńską był utrudniony. One przychodziły do siebie, bawiły się w swoim kręgu.

 

  • A w szkole kontakt nie był możliwy?

Nie. To były inne światy. Zupełnie inna, pozbawiona brutalności atmosfera, panowała w gimnazjum żeńskim, inna u chłopców.

 

STUDIA W ŁOWICZU

Po zdaniu matury w 1926 roku poszedłem na studia do Warszawy. Formalnie byłem zapisany na Uniwersytet Warszawski. Jeździłem jednak tylko zbierać podpisy do indeksu, uczyłem się w domu w Łowiczu. Dlatego właśnie nie poszedłem na historię, bo musiałbym cały dzień siedzieć w bibliotece, a na to nie miałem środków – trzeba byłoby mieszkać w Warszawie. Mnie nie było stać nawet na bilet miesięczny, który kosztował 30 czy 40 złotych. Mogłem dorabiać korepetycjami, to było powszechne, już w gimnazjum. Nie nauczyciele dawali korepetycje tylko uczniowie, starsze klasy – młodszym. Albo nawet w tej samej klasie, jeżeli był zdolniejszy od kolegów, to dawał korepetycje słabszemu. To było jednak za mało, żeby żyć. Jeździłem więc tylko na egzaminy. Nie było egzaminu pisemnego, tylko były ustne. System był tego rodzaju, że np. gdy miałem na pierwszym roku studiów pięć przedmiotów, to musiałem się do wszystkiego przygotować i w jednym dniu ze wszystkich zdawałem egzamin. Jeżeli dostawałem dwa niedostateczne, to koniec zabawy, zostawałem na drugi rok, jeżeli miałem jeden niedostateczny, to miałem poprawkowy egzamin po wakacjach. Np. na pierwszym roku miałem prawo rzymskie, ogólną teorię prawa, historię ustroju Polski, dawne polskie prawo sądowe i jakiś jeszcze piąty przedmiot. W jednym dniu musiałem te wszystkie egzaminy zdać. Na zajęciach natomiast nikt nie sprawdzał listy obecności. Można się było wcale nie pokazywać, byle zdać egzamin.

 

  • Czy wielu zmuszonych było studiować takim systemem jak Pan?

Ja byłem w tym położeniu, ale na przykład Jana Wegnera było stać na bilet miesięczny. Dojeżdżał codziennie do Warszawy. Mało tego, ja jeździłem na bilet Wegnera. On mi po prostu swojego biletu pożyczał. Byliśmy wtedy zupełnie do siebie niepodobni, tak samo zresztą jak i z najmłodszym z trzech braci Bączkowskich, od którego  też bilet taki pożyczałem: inna twarz, inny układ, wszystko co tylko charakterystyczne. Ja na jego bilet jeździłem. Orientowali się w tym nawet i kontrolerzy, mam wrażenie, ale szli na rękę, bo wiedzieli jaka jest sytuacja. Młodzież akademicka była traktowana ulgowo.

 

  • Podczas studiowania musiał więc Pan jakoś inaczej dorabiać sobie.

 Pracowałem na przykład przez rok w sądzie, raz pojechałem na kondycję, innym razem miałem korepetycje.

 

  • Wspomniał Pan o kondycji. Co to było?

Załóżmy, że był jakiś chłopak z zamożnego domu, któremu z trudem przychodziło przygotowanie się do egzaminów wstępnych. Rodzina poszukiwała wtedy kogoś, kto by go „podciągnął”. Otrzymywało się wikt, opierunek i mieszkanie, i jeszcze do tego zapłatę – to się nazywało kondycja. Najczęściej odbywało się to po dworach. Niektóre kondycje były bajeczne. Byłem na takiej kondycji pod Sieradzem: miałem i ja czas się uczyć, i mój uczeń dobrze się spisał. Zdał do Chyrowa do tego słynnego gimnazjum jezuitów.

 

I tak się studiowało. Przecież w Łowiczu było wtedy do trzydziestu chyba studentów i studentek, które albo dojeżdżały na uniwersytet, albo w ten sposób jak ja studiowały. Nie stać było nas na wynajęcie stancji. Odkładało się więc egzaminy, różne kombinacje stosowało. To były ciężkie czasy. Ja żadnego życia akademickiego nie miałem. Takie to były studia w Łowiczu…     

 


 

Kto ma fotografie?: Wszystkich Czytelników, którzy posiadają w swoich zbiorach jakiekolwiek fotografie przedstawiające Tadeusza Gumińskiego, prosimy o kontakt z redakcją NŁ. Chcielibyśmy, po zeskanowaniu, wykorzystać je do publikacji kolejnych fragmentów rozmowy z Nim.

Redakcja


KH nr 3, listopad 2003 r

(Ciąg dalszy w następnym numerze Kwartalnika Historycznego „Łowiczanin”)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *