Jedną z najgłośniejszych akcji Armii Krajowej w Łowiczu był dokonany w czerwcu 1943 r. zamach na Wilhelma Bucholtza, szefa tutejszego „Arbeitsamtu”, członka NSDAP. W imieniu Polskiego Państwa Podziemnego wykonał go Jan Kaźmierczak, ps. „Sęp”, który w marcu tego roku spoczął na cmentarzu w Kompinie, żegnany z honorami przez towarzyszy broni, przyjaciół i przedstawicieli miasta Łowicza.

Odszedł człowiek prawy i skromny, jedna z legend zbrojnej walki z hitlerow skim najeźdźcą. Pod koniec życia był już osobą znaną, został nawet honorowym obywatelem miasta Łowicza. Ale przez blisko pół wieku jego postać była niemal całkiem zapomniana, zaś do zamachu przyznawały się zupełnie nieznane w Łowiczu osoby.

 

Z oczywistych względów Jan Kaźmierczak nie ujawniał przez lata swojej okupacyjnej działalności. I bez tego doznał licznych szykan. Prześladowano nie tylko jego, ale też najbliższą rodzinę. W kartotekach łowickiego Urzędu Bezpieczeństwa, czyli „słynnego” UB, figurował przecież jako żołnierz AK z placówki „żołądź”. Mieszkał i gospodarzył w rodzinnym Ostrowcu, 9 km od Łowicza. Ale „władza ludowa” o nim nie zapomniała. Przez jego gospodarstwo chciała przeprowadzić drogę, jakby tam było tylko na nią miejsce. Jego córki nie zostały przyjęte do szkoły, w której chciały się uczyć, ponieważ ojciec miał „zły” życiorys. Po latach wspominał, że „nic za ten zamach nie dostał, a tylko po pysku brał od faceta, który jabłkami handluje na rynku”. Wszyscy w Łowiczu i okolicy wiedzieli, że tym „facetem” był S., szczególnie okrutny i sadystyczny funkcjonariusz łowickiego UB, który przez lata jako zasłużony „emeryt” dorabiał drobnym handlem…

 

Zamach na Bucholtza miał istotne konsekwencje dla wielu osób, bo hitlerowski funkcjonariusz wsławił się szczególną aktywnością w wysyłaniu młodych ludzi na roboty do Rzeszy. Potrafił wyciągnąć ludzi nie tylko z domów, ale także kościołów. Tym bardziej więc w czasie okupacji, a zwłaszcza po niej, interesowano się osobą zamachowca i mechanizmem akcji. Próby rozwikłania zagadki, podejmowane przez prywatnych dziejopisów Łowicza, byłych członków Armii Krajowej, a także same władze nie powiodły się. Akcja miała miejsce w biały dzień, niemal na oczach Niemców. Zamachowcy wkrótce potem zniknęli, niemal zapadli się pod ziemię. Nie znalazło ich nawet łowickie gestapo, mimo intensywnego śledztwa.

 

Nic też dziwnego, że niedługo po zamachu w Łowiczu i okolicy zrodziła się legenda, że szefa niemieckiego urzędu pracy zabił Anioł śmierci! Jasna, świetlista postać, widziana przez wiele osób nawet z daleka, pojawiła się nad bryczką i przerwała życie szubrawca. Ten mit, jak wiele w czasie wojny, wyrażał głęboką wiarę w sprawiedliwość boską, której ręka wcześniej czy później dosięgnie każdego oprawcę. Z czasem, już po wojnie, zaczęli też ujawniać się liczni „zamachowcy”. W prywatnych rozmowach przekazywano sobie wiadomości, że żyją oni w Skierniewicach, Białymstoku i Poznaniu. Ostatniego zamachowca ktoś z Łowicza spotkał w latach 60. na konfrontacji w Gdańsku… Ale prawdę znał tylko Jan Kaźmierczak i jego przyjaciele. Zapewne jeszcze długo nie ujrzałaby on światła dziennego, gdyby nie dziwny zbieg okoliczności. 

 

Oto któregoś dnia jego syn dostał w prezencie książkę niejakiego Teodora Niewiadomskiego zatytułowaną „Gdzie był mój front”, wydaną w 1970 r. przez „Książkę i Wiedzę”. Książka miała nawet dedykację, którą zapamiętał, bo była mądra:

„Z książek płynie odwaga, książka w życiu pomaga”. Z zainteresowaniem przeczytał o wojennych losach autora, o szkole podchorążych w Brześciu, o wrześniu, stalagach, partyzantce, ucieczkach, zamachach, getcie i Powstaniu Warszawskim. Nawet mu się podobało, bo było napisane prostym językiem, przypominało też świat jego młodości.
Ale kiedy doszedł do rozdziału szóstego to oniemiał z wrażenia, gdyż przeczytał… o swoim zamachu! Niewiadomski pisze tam:

„W maju 1943 r. miał zostać wykonany wyrok na miejscowym dygnitarzu Trzeciej Rzeszy, kierowniku łowickiego Arbeitsamtu, Bucholtzu. Akcji mieli dokonać Ludwik Kortas, Edmund Rosochacki i Aleksander Bujwid. Byłem jednym z ubezpieczających”.

 

To już mu się nie podobało, bo ani wspólników, których wymieniono nie miał, a i szczegóły się nie zgadzały. Nie mógł pojąć, jak można aż tak kłamać, przypisywać sobie zasługi innych. Tym bardziej, że przecież są świadkowie zamachu: Stanisław Plichta, który pożyczył mu rower na akcję, Stefan Sekuła ps. „Rak”, dowódca ich sekcji. Widział go też Władysław Baryła, jak uciekał po zamachu przez pola. Pogroził mu wtedy pistoletem i kazał milczeć.I Baryła słowa dotrzymał.

Przez lata Jan Kaźmierczak nie miał się za bohatera. Uważał, że tak należało żyć i działać. Ale ten jawny fałsz w książce, która znana była w całej Polsce bardzo bolał, gdyż nie tylko chodziło o niego, ale także całe środowisko, wieś, przyjaciół, znajomych, rodzinę. Mówił o tym w kręgu zaufanych przyjaciół, których znał jeszcze z czasów okupacji. Ci postanowili walczyć o prawdę i sprawiedliwość. Dzięki dawnym znajomym dotarli oni m.in. do Dyzmy Gałaja, który okupację spędził na Ziemi Łowickiej, a w latach 1971-72 był marszałkiem Sejmu. Ten z kolei tą niezwykłą sprawą zainteresował warszawski tygodnik „Polityka”. Wówczas było to pismo o liberalnym, jak na owe czasy, charakterze. Skierowane było do inteligencji, która miała jeszcze nadzieję na zreformowanie systemu. A poza tym tzw. partyjni „partyzanci”, z gen. Moczarem na czele, zaczęli wygrywać kartę kombatancką w walce o władzę.

 

W numerze 32 „Polityki” z 1972 r. ukazał się duży reportaż Pawła Kwiatkowskiego i Andrzeja Zawiszy, zatytułowany „Kto strzelał”. Autorzy dotarli do głównych „osób dramatu”, odbyli wiele rozmów, które zarejestrowali, a następnie niemal w całości przytoczyli. Dziś jest to bezcenny dokument, gdyż większość rozmówców młodych warszawskich dziennikarzy nie żyje. Dzięki temu istnieją świadectwa uczestników zamachu lub jego świadków. Wówczas była to nie lada sensacja, gdyż po raz pierwszy ujawniono publicznie kulisy głośnego zamachu. Wymieniono nazwiska znanych w Łowiczu i okolicy żołnierzy Armii Krajowej. Jednak nazwa tej organizacji nie padła w tekście ani razu! Dla komunistycznych władców taka organizacja dalej nie istniała, a jeśli nawet, to jako organizacja „niesłuszna” z ideologicznego punktu widzenia.

 

Kwiatkowski i Zawisza swoje dziennikarskie śledztwo zaczęli od rozmowy z Teodorem Niewiadomskim, wówczas już emerytem, członkiem moczarowskiego ZBOWID-u. Był postacią dość znaną jako autor wspomnień ze stalagu Nürnberg-Langwasser. Tam też zorganizowano w 1940 r. słynną olimpiadę jeniecką, a Niewiadomski został „mistrzem olimpijskim” w… skoku karnym żabką na 50 m. Jeździł z odczytami po całej Polsce, głównie występując na obozach sportowych. Zamach w Łowiczu uważał za nieważny epizod, przecież nikt inny nie mógł tego zrobić. Doskonale pamiętał przebieg wydarzeń: „Jedzie bryczką, trzech chłopaków zaczajonych, ja za drzewem, spluwę w garści trzymam, osłaniam. Bryczka na most, chłopaki strzelają. Tamten leci, zabierają dokumenty, broń do rzeki i chodu. Na samym środku mostu to się działo”. Był przekonany, że nikt z uczestników zamachu, poza nim, już nie żyje. On tylko zna prawdę. Nigdy też nie był po wojnie w Łowiczu, o którym wyrażał się z lekceważeniem. On bohater z Warszawy.

 

Ale mylił się. Warszawscy dziennikarze dotarli do jedynego, ale za to jakiego, świadka zamachu z czerwca 1943 r. Był nim 18-letni wówczas Jan Stokowski, który codziennie woził Bucholtza do jego biura, które mieściło się w ratuszu. Był więc jego stałym woźnicą. Tego dnia jechał z willi hitlerowca na Blichu drogą prowadzącą przez most. Kilometr przed mostem, jeszcze przed przejazdem kolejowym, usłyszał dziwny trzask. Zobaczył człowieka na rowerze z pistoletem w ręku, który strzelał do Bucholtza. Niemiec rozcapierzył ręce i upadł do tyłu na oparcie bryczki. Stokowski nie znał zamachowca. Spod siedzenia wydłubał tylko kulę, którą mu gestapo zabrało.

 

Słowa te potwierdził Stanisław Jaska, dowódca Kaźmierczaka. Jaska wówczas pracował w łowickiej mleczarni. To on wydał rozkaz. Przedtem Kierownictwo Walki Cywilnej (tak pisali wysłannicy „Polityki”, aby nie użyć nazwy AK) wydało wyrok, który miał wykonać pluton Rześnego, ps. „Start”. Strzelał Kaźmierczak. Od tego czasu Jaska go nie widział, nawet nie wiedział co się z nim dzieje. Takie były czasy. Uczestnicy tamtych zdarzeń sprzed 30 lat milczeli. Wiedzieli dobrze, jaki był los AK-owców.

 

Na zakończenie rozmowy Jaska potwierdził dziennikarzom znamienne słowa:

„My, którzy wtedy naprawdę coś robiliśmy, nie będziemy zbijali na tym kapitału. (…) Janek Kaźmierczak nawet nie wie, że Krzyż Walecznych dostał za tę akcję”.

Tacy byli żołnierze Armii Krajowej. Odważni, skromni i solidarni. Dla nich patriotyzm był obowiązkiem, a nie okazją do zaszczytów i medali. Również Stefan Sekuła, dowódca sekcji, pamiętał doskonale jak Jan Kaźmierczak wyjeżdżał na tę akcję. Chciał to zrobić sam, bez obstawy. Wypił na drogę szklankę bimbru i pojechał. Od Sekuły dostał „Parabellum”, niemiecki samopowtarzalny 8-strzałowy pistolet. Rower natomiast pożyczył od Stanisława Plichty. Nie oddał go nawet, bo po akcji zostawił. Później w całym powiecie gestapo szukało właściciela. Ale nie znalazło. Sekule nawet trochę żal było roweru, bo dobry i sporo kosztował. Najważniejsze jednak, że Niemcy niczego się nie dowiedzieli o zamachowcach, szczególnie tym jednym.

 

Sam Jan Kaźmierczak doskonale pamiętał czerwcowy dzień. Według Jana Gozdawy-Gołębiowskiego, autora „Obszaru Warszawskiego Armii Krajowej”, zamachu dokonano 2 czerwca 1943 r. o godz. 13.15 na moście w Łowiczu. Przed torami kolejowymi, tam gdzie droga skręca na Kocierzew, przy samym nasypie miał na niego czekać Rześny. Nie znał go, ale mieli umówione hasło. Pamięta je do dziś, ale pod przysięgą nikomu nie zdradzi. Miał coś przy rowerze grzebać, bo to był sygnał rozpoznawczy dla Rześnego. Nagle widzi, że bryczka jedzie od strony Blichu. Rześnego nie ma, a w bryczce z woźnicą siedzi grubas w zielonym kapeluszu. To Bucholtz.

 

Po trzydziestu latach Jan Kaźmierczak tak opisał samą akcję:

„Przeczekałem, aż bryczka mnie minie, wsiadłem na rower, zakręciłem za nim i z tyłu strzeliłem dwa razy. On się osunął do tyłu(…). Zawróciłem, nacisnąłem na pedały. Odjechałem parę metrów i słyszę trzask, a rower nie jedzie. Łańcuch się urwał.” Nic nie pomogły argumenty, że to już inne czasy i można mówić. Słowa raz danego dotrzymuje się do końca życia. Historia zamachu na Bucholtzu jest piękną kartą walki zbrojnej społeczeństwa polskiego z hitlerowskim okupantem. Brali w niej udział szeregowi żołnierze Armii Krajowej, młodzi chłopcy z polskich miast i wsi. Wychowani w patriotycznych rodzinach i szkołach bez wahania spełniali rozkazy swych dowódców, często sąsiadów, nauczycieli czy przełożonych z pracy. Im też społeczeństwo Łowicza winne jest przynajmniej jedną rzecz: przechowanie pamięci o ich czynach dla przyszłych pokoleń. W miejscu, gdzie w czerwcu 1943 r. Jan Kaźmierczak dokonał zamachu na hitlerowskiego satrapę powinien stanąć obelisk ze stosowną inskrypcją. Niech zaświadczy o tych, którym zawdzięczamy tak wiele, choć oni często o tym nie wiedzieli.

 


KH nr 3 (7), sierpień 2004 r

(Dobiesław Jędrzejczyk)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.