Łowiczaninem Roku 2006 został człowiek młody, który innym młodym udowadnia, że marzenia się spełniają, gdy jesteśmy gotowi ciężko pracować, by je urzeczywistnić. Przed ponad dwoma laty, po powrocie ze spływu Wisłą od jej źródeł do morza, młodemu kajakarzowi chodziły po głowie Włochy, w których dane mu było już raz być.

 

Nie wiedział jednak, jak to związać z kajakiem, a ciągnęło go na wyprawę trudniejszą niż wiślana epopeja. Zaświtał mu w głowie pomysł: okrążyć włoski but. Ale towarzyszyły mu wątpliwości: po co? Dla rekordu Guinessa? Do wyprawy bez przewodniej idei nie był przekonany ani on sam, ani Krzysztof Buczyński, jego mistrz i nauczyciel z klubu tae-kwon-do, człowiek, który kiedyś samotnie przepłynął kajakiem Bałtyk ze Szwecji do Polski.

 

Sens pomysłowi nadały wydarzenia z początku kwietnia 2005 roku. Po śmierci Jana Pawła II gromadziliśmy się tłumnie pod Jego pomnikiem na Starym Rynku, a podobne zgromadzenia odbywały się jak Polska długa i szeroka. – To, co się wtedy działo, to był cud – wspomina dziś Kamil Sobol. – Spotykaliśmy się wszyscy, okazywało się, jak wielkim autorytetem był dla nas Jan Paweł II i ile zrobił dla Polski. Specjalistyczne kajakarskie pismo “Wiosło” zamieściło wtedy wspomnienie o zmarłym Papieżu zatytułowane “Odszedł kajakarz”.

 

Kamil to przeczytał, uświadamiając sobie, jak często ks. Karol Wojtyła pływał kajakiem. Włochy były dla Niego drugą ojczyzną – pomyślał nieco później. Gdy do tych dwóch motywów dołączył trzeci: pielgrzymki dziękczynnej za to, co Jan Paweł II zrobił dla Polski i Łowicza, który jako pielgrzym odwiedził – pomysł był gotowy: popłynie dookoła Włoch kajakiem do Rzymu w hołdzie zmarłemu Papieżowi.- To nie miała być wyprawa sportowa – wspomina. – Chciałem, byśmy podziękowali w inny sposób, nie tylko paląc znicze. Wiedziałem, że to będzie dobrowolna galera i niebezpieczeństwo – ale w podziękowaniu za cały pontyfikat, za to, że nam pokazał jak żyć, że sprawił nam wolną Polskę i że odwiedził nasze miasto. I chciałem pokazać młodzieży, że to młody Polak popłynie.

 

W Tygielku powiedział o pomyśle Buczyńskiemu. – Jest idea. Masz płynąć. Jest sens. – ocenił mistrz. Kamil wspomina, że od tego momentu też już jasno ten sens widział i wiedział, że choćby nie wiem co – popłynie. Utwierdził go w postanowieniu biskup Alojzy Orszulik, do którego od razu się udał po wsparcie i błogosławieństwo. Oczywiście otrzymał je. – Czułem się pewniej. Mistrz powiedział, że tak. Biskup też.

 

Wątły chłopiec, który posiadł siłę

Kamil urodził się w roku 1981. Od dzieciństwa sport był ważny w jego życiu. Dobrze wspomina swoich nauczycieli wf ze Szkoły Podstawowej Nr 1: Zbigniewa Kuczyńskiego i Artura Rożniatę oraz Ireneusza Stefańskiego, pierwszego trenera piłki nożnej w Pelikanie. Szybko jednak stwierdził, że do piłki nożnej i do koszykówki się nie nadaje.

 

Od 13 roku życia zaczął trenować tae-kwon-do w łowickim klubie prowadzonym przez Krzysztofa Buczyńskiego. Tu odniósł sukces, bo po latach intensywnych treningów, przeszedłszy przez wszystkie szczeble wtajemniczenia, zdobył najcenniejszy, czarny pas, oznaczający najwyższe umiejętności. Z natury delikatnej budowy, szczupły, nawet wątły, potrafił wykształcić w sobie umiejętność koncentracji i stosowania siły wtedy, gdy potrzebna. Sukcesem być może jeszcze większym było to, że nauczył się systematycznej, ciężkiej pracy. Nie spędzał czasu pod blokiem na piwie i paleniu. Kolejne pasy: od białego, przez żółty, 2 zielone, 2 niebieskie, 2 brązowe, 2 czerwone, aż do czarnego, zdobywał, zdając za każdym razem egzamin pod okiem mistrza. Na czarny pas oceniał go główny egzaminator światowej federacji tae-kwon-do Koreańczyk Soo-Kwang-Lee.No i przez te lata zdobył swego życiowego mistrza i opiekuna. Kamil nie ukrywa i nie wstydzi się tego, że swego ojca właściwie nie znał, mama też już nie żyje – lukę zapełnił Buczyński.

 

To, czego się od niego nauczył: zasady honoru, szacunku dla starszych, umiejętność wybierania spraw najważniejszych, zdolność do koncentrowania się na tym, w czym można osiągnąć sukces, stara się przekazywać swoim uczniom w akademickim klubie w Kutnie, który założyli z Buczyńskim, i w prowadzonym przez siebie od trzech lat klubie w Łyszkowicach.

 

Nauka też ważna

Ze szkoły podstawowej zachował we wdzięcznej pamięci swe kolejne wychowawczynie: Danutę Lis i Krystynę Chęcińską, z Technikum Hodowli Zwierząt na Blichu polonistkę Aleksandrę Ciesielską i uczącą historii Jadwigę Studzińską. Pamięta, że jego klasa, w której wiele osób było z miasta, buntowała się przeciwko praktykom w gospodarstwie rolnym, ale dziś widzi, że miały one swój sens, że każdemu przyda się popracować w oborze, chlewni czy w polu, bo praca uszlachetnia, a nie hańbi. Po Blichu poszedł na dzienne studia w Wyższej Szkole Gospodarki Krajowej w Kutnie (kierunek: europeistyka).

 

Wybrał ten kierunek, bo tym się interesował. Interesował na serio: gdy na uczelni ogłoszono konkurs na pisemną pracę o tym, czemu służy integracja europejska, wystartował w nim – i wygrał. Nagrodą był dwutygodniowy pobyt w luksusowym hotelu w Monopoli niedaleko Bari, należącym do profesora Antonio Muolo, jednego z włoskich entuzjastów idei europejskiej, przyjaciela zamordowanego przez lewicowych terrorystów premiera Włoch Aldo Moro. To wtedy zachwycił się po raz pierwszy Włochami. Ale wcześniej zachwycił się kajakiem.

 

Pływam Brdą, bo kocham ją

“Winowajcą” był znowu mistrz Buczyński. To on był pierwszym Polakiem, który w roku 1988, po dwóch wcześniejszych, nieudanych próbach, przepłynął samotnie kajakiem Morze Bałtyckie ze szwedzkiego Ystad do Świnoujścia. To on namówił Kamila na pierwszy rejs kajakowy, po Jeziorach Mazurskich. Było to po I klasie technikum – od tego czasu Kamil nie wyobraża sobie innego spędzania wolnego czasu. Wprawdzie pierwszy dzień na płaskodennym kajaku na jeziorze był ciężki, jednak poradził sobie, a potem już tylko z dnia na dzień coraz bardziej zachwycał.

 

 

 

Cały dzień na łonie natury, między ścianą lasu a taflą wody, poranną kąpielą w jeziorze a ogniskiem po zachodzie słońca, jednym postojem a następnym, w innym, nieodkrytym wcześniej miejscu – to pokochał.Pływa odtąd co roku, najczęściej na Brdzie lub Wdzie, bo na Mazurach jest dla niego zbyt tłoczno, a i naród kaszubski wydaje mu się sympatyczniejszy. Unika węższych rzek, bo nie pociąga go pływanie “zwałkowe”, gdy trzeba pokonywać liczne przeszkody i często przenosić kajak. – Mnie to nie kręci – mówi. – Odpoczywam wtedy, gdy wchodzę w rytm wiosłowania i obserwuję przyrodą. Gdy widzę sarny schodzące do wodopoju i ptaki nad głową. Przepychanek jest dość na co dzień.

 

Ma za sobą też spływy zimowe i wczesnowiosenny rejs Pogorią po Morzu Śródziemnym, który traktował już jako rekonesans przed włoską wyprawą. Chodził też trochę po górach, ale nie to go pociągnęło, choć alpinistów szanuje. – Najbardziej doceniam właśnie alpinistów i żeglarzy. I w górach i na morzu można szybko stracić życie, jak się nie ma szacunku dla przyrody. Bez względu na status społeczny, dla każdego następuje tu weryfikacja, jaki jesteś naprawdę: czy jesteś facetem czy nie.

 

Wisła

Wszystkie ciekawe pomysły, jakie do tej pory zrealizował, rodziły się przy ognisku na spływie. Idea, by spłynąć Wisłą od gór do ujścia, powstała konkretnie podczas spływu Wdą. Na wyprawę wyruszył w sierpniu roku 2003, przygotowywał się rok. Dużą pomoc wyświadczyła mu macierzysta uczelnia, kierowana przez łowiczanina z pochodzenia Zbigniewa Białobłockiego. Biskup Alojzy Orszulik, do którego udał się po błogosławieństwo, nie tylko pobłogosławił kajak, który Kamil przywiózł doń na dachu malucha, ale i wspomógł go też finansowo. Kajak pożyczyło bydgoskie PTTK. Udział innych osób z Łowicza w przygotowaniu wyprawy był minimalny.

 

Zbigniew Kuczyński z OSiR dał wodoodporną kurtkę i kuchenkę gazową, fotograf Borecki klisze. “Nowy Łowiczanin” o wyprawie pisał. To wszystko. Nie było odpowiedzi z firm, do których pisemnie zwracał się o wsparcie. – Ale ja to rozumiem, bo pewnie codziennie otrzymują takie – mówi podróżnik – i cieszę się, bo więcej sobie samemu zawdzięczam – dodaje.Blisko tysiąc kilometrów, jakie pokonał, nie było porównywalne z tym, co go trzy lata później miało czekać na morzu, ale dało mu ogromnie dużo: zaufanie we własne siły.

 

Kwestia zaufania

Kamil mógł ufać sobie, że da radę, ale gdy już powziął decyzję, że wyruszy do Rzymu, musiał to zaufanie wzbudzić w tych, od których oczekiwał pomocy. Znów niezawodny był rektor Białobłocki z kutnowskiej uczelni, znów nie tylko pobłogosławił, ale i wsparł groszem biskup. Radni miejscy zgłosili pomysł wspomożenia go finansowo, ale w głosowaniu wniosek przepadł. – Zostałem potraktowany niepoważnie – ocenia to dziś. Tym bardziej był wdzięczny tym ośmiu radnym, którzy głosowali za, w tym – pomysłodawcy wniosku Dariuszowi Mroczkowi i Krzysztofowi Kalińskiemu.

 

Pierwsze spotkanie z ówczesnym wiceburmistrzem Maciejem Mońką też nie było obiecujące, ale ostatecznie burmistrzowie Budzałek i Mońka zrozumieli, że jest to promocja miasta i że warto mu zaufać i pomóc. – Dostałem kredyt zaufania od burmistrzów – wspomina Kamil Sobol. Ratusz zakupił dla OSiR odbiornik GPS, butlę gazową, namiot i lornetkę, z których Sobol mógł skorzystać, oraz kosztowną żywność liofilizowaną na wyprawę. Kamil ceni sobie też zaangażowanie dyrektora OSiR Zbigniewa Kuczyńskiego w przekazanie tej pomocy.

 

Szykując się do wyprawy Kamil wiedział, że musi zgromadzić sprzęt z najwyższej półki. Najważniejszy był kajak. Zwrócił się do Mariusza Jesionkiewicza z firmy w Mławie, produkującej kajaki Wayland. Po prostu zadzwonił, przedstawił się, powiedział, co planuje i co już wcześniej dokonał. Jesionkiewicz nie znał go wcześniej, nigdy nie widział na oczy, ale mu zaufał. – Wie Pan co, Pan poda datę, kiedy przyjechać, a kajak już na Pana czeka – powiedział. Podobnie otwarty był Aleksander Okoński z Kalisza, z firmy Surfing Zone, który, poproszony, ofiarował Kamilowi lekkie a mocne karbonowo-kevlarowe wiosło. Właściciel sklepu z odżywkami w Al. Sienkiewicza Robert Wargocki zaopatrzył go w sporą ilość witaminowych odżywek, Krzysztof Gajda w apteczkę, Jerzy Borecki w akumulatorki do GPS z ładowarką, radni powiatowi zrzucili się na aparat cyfrowy dla niego, a radni miejscy na kieszonkowe. Maciej Gutkowski z Gdańska, chłopak jego koleżanki, skompletował mu znakomite mapy morskie potrzebnych akwenów. Asia Zdunek z Poznania obsługiwała w czasie wyprawy media, a Marek Koza z Łowicza zawiózł Kamila i jego wehikuł na miejsce startu ciężarówką. Karol Skóra z Rawy Mazowieckiej podesłał pieniądze w trakcie wyprawy, gdy się właśnie kończyły. Ewa Nadzieja z polskiego konsulatu w Rzymie otaczała go opieką w kolejnych miejscach, do których zawijał. Łańcuch ludzi dobrej woli był długi – i tylko sam Kamil zna jego każde najdrobniejsze ogniwo.

 

Codzienny trening

W jednym nikt nie mógł mu pomóc: o swą kondycję musiał zadbać sam. Przez cały rok 2 razy w tygodniu biegał, 3 razy był na siłowni, 2 razy na basenie. Do tego dochodziły 2 treningi tae-kwon-do, argometr wioślarski (urządzenie imitujące wózek wioślarski) na uczelni i niedzielna sauna. – Ale w sporcie funkcjonuję od 15 lat, więc miałem już dobre przygotowanie. Wiedziałem, że fizycznie przygotowany będę dobrze, ale miałem też tę świadomość, że w obliczu potęgi wody najlepsze przygotowanie jest za słabe i że muszę być pokorny – wspomina.

 

Spokojny start pielgrzyma

Po pożegnaniu 11 czerwca w Łowiczu, o którym pisaliśmy w NŁ, Marek Koza zawiózł go do Wenecji. Chciał wystartować 14 czerwca, w rocznicę papieskiej bytności w Łowiczu, ale w transporcie, prawdopodobnie w wyniku nadmiernej temperatury, pękła jedna z dwóch komór wypornościowych 5-metrowego, składanego kajaka Harpoon 1 Expeditor i trzeba było montować komorę zapasową. Spuścił na wodę kajak, wyładowany ekwipunkiem, dzień później, na campingu Fusina pod Wenecją. Miał na sobie okulary, kapelusz, słuchawkę od telefonu, radio, odbiornik GPS, obok reflektor radarowy – Wyglądałem jak Rambo, tylko bez karabinu – wspomina. Ruszył po cichu, bez rozgłosu. Tylko kilku turystów się przypatrywało, ale tłumów nie było, bo to jeszcze nie był sezon. Tak się zaczęło.Swoje wrażenia z pielgrzymki Kamil notował na gorąco w swym dzienniku internetowym, którego fragmenty za jego zgodą obok zamieszczamy. To cenny dokument 125 dni zmagania się z żywiołem: raz przyjaznym, innym razem groźnym. Tutaj uwypuklimy cztery elementy pielgrzymki, do których Sobol często wraca w swych wspomnieniach, nawet teraz, po kilkudziesięciu dniach od zakończenia wyprawy.

 

O tym marzył

Kamil Sobol do dziś wspomina jako najpiękniejsze doświadczenie pielgrzymki to, co innym mogłoby się wydać nieciekawe: codzienny wysiłek, wpleciony w rytm dnia, codzienną ciężką pracę na morzu. Wstawał, gdy budziło go słońce, wychodził z namiotu – bo nigdy nie nocował pod gołym niebem, zawsze w namiocie. Nie spieszył się. Parzył herbatę, mył się, a gdy nie było wody, używał nawilżanych chusteczek. Jadł, zwijał obozowisko, pakował do kajaka i ruszał. Gdy ruszał z plaży, wypychał kajak na wodę aż sięgała mu do pasa, wskakiwał doń, zapinał wodoodporny fartuch i ruszał by wypłynąć za linię przyboju. Jeśli ruszał z portu, było łatwiej. Na pełnym morzu był czas na codzienną modlitwę. Potem montował GPS. A potem miałem 8 godzin tylko i wyłącznie dla siebie – wspomina. – Wiosłować, myśleć, marzyć, medytować, rozkoszować się przyrodą. Parę lat temu tylko na folderach mogłem zobaczyć takie widoki.

 

Skóra szybko spaliła się od słońca, bąble porobiły się na rękach, ale po kilku tygodniach się utwardziły. Sól wżerała się w ciało – ale był szczęśliwy. Często dzielił czas płynięcia na dwie części: przed- i popołudniową, co umożliwiało unikanie najgorętszych upałów. Dość szybko przestał myśleć, ile ma do Rzymu, a skupiał się na tym, by dobrze, bezpiecznie przepłynąć kolejny dzień. Zwykle starał się pokonać około 30 kilometrów dziennie, najlepszego dnia, z silnym prądem od pleców, przepłynął 55, ale były i takie dni, kiedy musiał się zadowolić tylko 10 kilometrami lub zgoła nie mógł wypłynąć, bo morze było zbyt wzburzone. To ostatnie doświadczenie stawało się tym częstsze im bliżej było do Rzymu – i do wietrznej i wilgotnej śródziemnomorskiej jesieni. Ale każdy pokonany etap dodawał sił do dalszego wiosłowania. Któregoś dnia na Morzu Jońskim widział obok siebie morskiego żółwia, kiedy indziej delfiny. – Czułem się jak w raju. Spełniałem swoje marzenie – opowiada.

 

Pozytywne chwile spotkania

Ludzie – to drugi motyw przewijający się we wspomnieniach. Wieść o il pellegrino, płynącym do Rzymu w hołdzie zmarłemu papieżowi, szybko zaczęła go poprzedzać. W porcikach, do których zawijał, coraz częściej nań czekano. – Czasami głupio mi o tym mówić, ale prawda jest taka, że w wielu miejscach byłem takim lokalnym bohaterem – opowiada pielgrzym. – Bywało i tak, że wpływałem do portu, a tu czekają ludzie, burmistrz, przewodniczący rady miejskiej, kapitan portu, czeka też gotowy samochód policyjny, by na sygnale przewieźć pielgrzyma po mieście. Do tego gotowy prysznic, czeka kolacja, dziennikarze.

 

Szczytem troski o niego było powitanie, jakie mu zgotowano w Monopoli nad Adriatykiem, tym samym Monopoli, które znał ze swego pierwszego pobytu. Profesor Muolo zadbał o wszystko, by były stypendysta czuł się dobrze. Po czterech dniach goszczenia wyrywał się, by płynąć dalej, bo chciano go jeszcze zatrzymać, ale czas uciekał.

 

Nie zawsze tak było, ale sam fakt, iż się zdarzało, mówi wiele o sympatii, z jaką odnoszono się do niego samego i idei, jakiej się poświęcił. Były zaproszenia do rodzin na kolacje, nawet do ludzi ubogich, zaproszenia na pizzę przez spotykanych turystów, spontanicznie wyrażana chęć pomocy.

 

I uznanie w oczach ludzi morza: marynarzy, żeglarzy, oficerów straży przybrzeżnej. Oni najlepiej wiedzieli na co się porwał i potrafili docenić, co znaczy pchać pod wiatr 175 kilo: 70 kg ekwipunku, 30 kg kajaka i 75 kg kajakarza. Fachowa pomoc zresztą była świadczona, gdy tylko była potrzebna: tu naprawiono mu płetwę sterową, gdzie indziej wzmocniono konstrukcję kajaka, jeszcze w innym miejscu znalazł się ktoś potrafiący naprawić GPS. Pomoc znajdowała się zawsze tam, gdzie jej potrzebował. W życiu chrześcijanina nie ma przypadków i Kamil to przekonanie potwierdza. – Miałem mentora u góry, cały czas nade mną czuwał – mówi.

 

Pod wiatr

Czytając dziennik, dostrzeżemy, jak często przychodziło Kamilowi zmagać się z morskim żywiołem. Morze Śródziemne tylko pozornie jest spokojne. Wielokrotnie podczas rejsu trzeba było zostawać na brzegu, wiele razy też walczyć z bałwanami – choć z zasady, gdy się one pojawiały, Kamil nie płynął. Często jednak załamanie pogody łapało go w drodze. Wtedy cieszył się, gdy był w stanie osiągnąć cel, posuwając się naprzód z prędkością 1 czy 2 km/h. Zwykle płynął około5 km/h.

 

Gdy wiało od tyłu też nie było dobrze. Co prawda przyspieszało to poruszanie się, ale rufowa fala jest niebezpieczna, może znienacka przykryć, obrócić, stłamsić. Raz czy drugi taka fala całkowicie go przykryła. Przetrzymał to jakoś.

 

Tak, jak przetrzymał nagły “biały szkwał” na wodach Zatoki Terenckiej. Był 5 kilometrów od brzegu, gdy gwałtowny wiatr spowodował, że wszystko wokół zabieliło się, dosłownie jak zimą w górach. Grad bił w ręce i głowę, bolało. Morze wypluło go na brzeg jak łupinkę orzecha. Serce biło mu jak dzwon. – Nie ma nic piękniejszego, jak zobaczyć tęczę i słońce – opowiadał potem swe wrażenia po ustaniu szkwału.

 

Kiedy indziej przeciwny wiatr nieomal uniemożliwił mu dobicie do brzegów wyspy Procidy po tym, jak zdecydował się przeciąć na skos Zatokę Neapolitańską. Wyczerpany dobił do brzegu w głębi nocy. Ale wiedział, że do Rzymu dopłynie. Prędzej czy później.

 

Spełnienie

Dopłynął 17 października 2006 o 21.15. Nie popłynął już w górę Tybru do centrum miasta, bo było ciemno, lecz zakończył w Porto di Roma, na przedmieściach. Dzień później włoscy przyjaciele kajakarze, których po drodze poznał, przetransportowali mu kajak do ośrodka sportowego w Castel Gandolfo. Zaczęło się kilka dni oficjalnych spotkań z Polonią, opiekunami z konsulatu, pielgrzymami. Noclegi pomógł zorganizować konsulat i biskup Orszulik. Kamil czekał na możliwość uczestniczenia w audiencji generalnej u Benedykta XVI oraz pomodlenia się u grobu Jana Pawła II.

 

Pierwszego doczekał się w środę 25 października. Był na Placu św. Piotra na bardzo dobrych miejscach z przodu, w towarzystwie biskupa Orszulika. Podał dłoń Benedyktowi XVI. Jego kajak stał na końcu szerokiej ulicy wiodącej na plac.

 

Czy w tym momencie czuł satysfakcję? – Nie – odpowiada. – Satysfakcję czułem następnego dnia, który mogłem spędzić przy grobie Ojca Świętego. Zwykle pielgrzymi przechodzą szybko obok grobu, poganiani przez ochronę. Jemu pozwolono zatrzymać się na modlitwę w specjalnej wnęce na uboczu przy grobie. Trwał tam na modlitwie 3 czy 4 godziny. Dziękował za wszystko. Po to przyjechał, na tę chwilę czekał. Na grobie Jana Pawła II zostawił woreczek ziemi, którą 4 miesiące wcześniej wykopał spod bloku nr 7 na os. Starzyńskiego w Łowiczu.

(Wojciech Waligórski)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.