Gdy przed blisko 5 laty, w połowie marca 2005 roku komendant powiatowy policji w Łowiczu  młodszy inspektor Adam Ruta składał rezygnację, wszyscy byli zaskoczeni.

 

Znakomity oficer, ostry i wymagający, zaangażowany w pracę, mający wraz z podległym sobie zespołem takie sukcesy jak rozbicie grupy łowickich przestępców powiązanych z „łódzką ośmiornicą”, nigdy nie uzasadniał dokładniej swej decyzji. Sformułowanie o powodach osobistych i zdrowotnych musiało wystarczyć. Nie chciał więcej mówić także dla Nowego Łowiczanina. Dziś ujawnia prawdziwe przyczyny swego odejścia.

 

Dlaczego teraz? Zadecydowała wypowiedź inspektora Zygmunta Galanta, dotychczasowego szefa łowickiej policji, podczas uroczystości jego pożegnania w związku z przejściem na takie samo stanowisko w Koluszkach, przytoczona przed tygodniem w NŁ. – Kiedy przyszedłem do Łowicza, zastałem sytuację nie najlepszą – mówił Zygmunt Galant. Dla Adama Ruty te słowa to kropla, która przelała czarę goryczy. Twierdzi, że jego milczenie mogłoby być teraz poczytane jako akceptacja oceny Galanta – a z nią się Ruta zupełnie nie zgadza. Przeciwnie, twierdzi, że zostawiał komendę w znakomitej kondycji.  Nie chce się już odnosić do innych słów Galanta, tych o rzekomo modelowej współpracy komendy z samorządami – bo taką współpracę prowadzono tu od kilkunastu lat.

 

>>>>> Czytaj również: Komendant z Koluszek przejął łowicką policję <<<<<<

 

Dlaczego więc odszedł?

W rozmowie z NŁ przeprowadzonej 2 lutego twierdzi, że powodem rezygnacji była chęć ochrony policjantów z komendy przed nadmierną ilością kontroli, która by prowadziła do dezorganizacji pracy. Kontrole takie już się zaczynały, by poszukiwać materiałów, które miały kompromitować jego.  Zainteresowanych jego odejściem było natomiast kilka osób z Łowickiego, mających powiązania z organami prokuratury w Łodzi. Adam Ruta podkreśla, że może powiedzieć tylko to, co nie jest objęte tajemnicą służbową, która go nadal wiąże. Nawet jednak i to jest interesujące.

 

Na jesieni 2004 roku jego policjanci uzyskali materiały, delikatnie rzecz ujmując, kompromitujące pewnego prokuratora Prokuratury Okręgowej, drugiego prokuratora – Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, wreszcie jednego z oficerów tamtejszej Komendy Wojewódzkiej Policji. Chodziło o to, że pewnej znanej osobie z Łowickiego przekazywali oni wskazówki, jak należy postępować, by uniknąć kary za pobicie policjanta. Takie pobicie nie miało miejsca, ale były to rady, jak postąpić, gdyby do tego miało dojść.

 

Co więcej: przekazywano te rady osobie, która była już wówczas w kręgu zainteresowania łowickiej policji i później miała przedstawione zarzuty.  I jeszcze: osobie tej prokurator Prokuratury Apelacyjnej i wspomniany oficer przekazywali informacje ze śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Apelacyjną i KWP, a które to wiązało się z osobami z naszego terenu.  Istniało przy tym podejrzenie ujawnienia tajemnicy służbowej. Wreszcie: odbiorca tych cennych informacji utrzymywał z owym prokuratorem PA i z oficerem KWP kontakty – jak je określa były komendant – towarzysko-wódczane.

 

Wszystkie zdobyte materiały młodszy inspektor Ruta wraz z jeszcze jednym policjantem osobiście przekazali do Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi. Wydawałoby się, że będą tego konsekwencje. Były – tylko nie takie, jakich się komendant spodziewał. Wprawdzie prokuratura w Legnicy wszczęła postępowanie w sprawie owego oficera, ale o działaniach w sprawie prokuratorów komendantowi Rucie nie wiadomo.

 

Kilka miesięcy później doszło do głośnej sprawy rzekomego samouwolnienia się podejrzanego, drobnego złodzieja, zaprowadzonego na przesłuchanie do łowickiej prokuratury. Po przesłuchaniu prokurator zastosował wobec niego dozór – a ten pod nieuwagę policjanta po prostu poszedł do domu. Uciekł? Nie – bo jak twierdzi Ruta, właściwie od tego momentu był wolny, miał tylko obowiązek w ciągu 48 godzin odebrać z komendy swoje rzeczy zabezpieczone w depozycie w chwili zatrzymania.

 

Policja wprawdzie przywoziła zawsze w takich sytuacjach delikwenta na komendę, by depozyt odebrał od razu i dopiero wtedy go puszczała – a tu nie było kogo przywieźć, bo zniknął – ale właściwie  formalnie nie było podstaw do wsadzania go raz jeszcze do samochodu. Mimo takiego stanu faktycznego, w Łowiczu pojawili się funkcjonariusze policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych i dokonali zatrzymań kilku policjantów. Później jeden z nich w raporcie stwierdził, że funkcjonariusz  BSW mu powiedział: Ty nas nie interesujesz, mów wszystko na Rutę. To był dla komendanta pierwszy sygnał, że komuś zawadza.

 

Drugi sygnał przyszedł krótko potem. Do Komendy Powiatowej Policji w Łowiczu zjechała kontrola, a upoważnienie do jej przeprowadzenia przedłożył policjant, który wcześniej tu pracował, do którego Ruta miał zastrzeżenia i który na własną prośbę odszedł  do Komendy Wojewódzkiej.

 

Trzeci sygnał był już bardzo wyraźny. Oficer KWP w Łodzi, o którym było w materiałach dostarczonych do Łodzi przez Rutę, został wprawdzie odsunięty od prowadzonych wcześniej spraw,ale dostał w zakresie nowych obowiązków nadzór nad rejestracją śledztw i dochodzeń. Niby tylko statystyka, a jednak: kontrolując dokumenty, KPP w Łowiczu zarzucił Rucie, że błędnie prowadzono w Łowiczu rejestrację spraw, przez co tworzono błędny obraz bezpieczeństwa w powiecie.  – Jak twierdzi były komendant – powoływał się na nowe przepisy, podczas gdy odnosił się do dat, w których obowiązywały jeszcze stare.

 

– Ale to był kolejny dowód, że idzie o moją osobę – mówi dziś Adam Ruta. – To był logiczny ciąg zdarzeń, który powiązałem z wiedzą, którą miałem. Wynikało z ustaleń, że pewne osoby objęte działaniami policji będą robiły wszystko, bym odszedł ze stanowiska. I dlatego, znając tę sytuację, zebrałem kadrę i powiedziałem, że podjąłem decyzję o odejściu. Wiedziałem, że to są rzetelni, uczciwi policjanci, ale każdemu może zdarzyć się błąd. Honor mi nie pozwalał, bym się chował za ich plecami, by z mojego powodu czepiano się ich za byle co.

 

A w takich sytuacjach, jak dopuszczenie do wyskoczenia z okna radnego Dariusza M. czy ostatnio sposób postępowania wobec pijanego kierowcy w Placencji (patrz poprzedni NŁ) – robiono by wszystko, by go utrącić – tego Ruta jest pewien. Tymczasem jego następcy włos z głowy za te niedopatrzenia nie spadł. – Straciłem też wtedy wiarę w to, co robię – dodaje. Wierzyłem, że prawo jest jednakowe dla wszystkich, bez względu na zajmowane stanowisko, zawód, sprawowane funkcje i powiązania towarzyskie. Wkładałem serce w tę pracę, poświęcałem czas i zdrowie, bywałem w komendzie w nocy, sprawdzałem patrole o każdej porze, dwa razy z komendy wylądowałem w szpitalu, za drugim razem lekarz w Skierniewicach powiedział, że organizm jest wyeksploatowany. Nagonka odebrała mu chęci, by ciągnąć to dalej.

 

I choć kilka dni po rezygnacji, do powrotu do policji namawiał go osobiście zastępca komendanta głównego, choć przekonywał, że „takich ludzi resort nie powinien się pozbywać” – było mu miło, ale odmówił. Bo wiedział, że ktoś w Łodzi i w Łowiczu nadal pod nim kopie. Tego potwierdzeniem jest to, że pół roku po sprawie konwojowania został wezwany do zamiejscowego ośrodka Prokuratury Okręgowej w Skierniewicach. Wpłynęło tam zawiadomienie o rzekomym przekroczeniu przezeń uprawnień przez podpisanie w 2000 roku porozumienia z burmistrzem Łowicza, w myśl którego policjanci konwojowali do banku kasjerki Urzędu Miejskiego.

 

Komenda zdołała za pieniądze z tego porozumienia kupić Skodę, która służy policjantom do dziś. A kierujący zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa nie dołączył do niego najważniejszego dokumentu: zarządzenia Komendanta Głównego Policji dającego podstawy prawne do takich porozumień z samorządami. Sprawę ostatecznie chyba umorzono, bo Ruty ponownie nie wzywano, nie postawiono mu zarzutów – ale to był sygnał czwarty.

 

I dlatego odszedł. Mimo że za jego czasów, przy rosnącej w całym kraju liczbie kradzieży samochodów, w powiecie łowickim ta liczba zmalała o 20%, że kradzieży z włamaniem było mniej o 25%, że bandytyzm drogowy prawie wyeliminowano, że wsadzono za kratki najgroźniejszych przestępców, że liczbę godzin zwolnień chorobowych 145 policjantów łowickiej komendy zmniejszył z 4643 dni w roku 1998 do 1631 w roku 2003. I siedział cicho do dziś. Do chwili, gdy insp. Galant powiedział, że przejmował komendę w „nie najlepszej sytuacji”.

 

To jak określić jej sytuację dzisiejszą, z którą będzie musiał się zmierzyć nowy komendant? Gdy pijanego w sztok mężczyznę leżącego obok jego samochodu zatrzymuje się do wytrzeźwienia, ale w tym czasie nie robi wszystkich możliwych czynności, by udowodnić, że to on kierował?

(Wojciech Waligórski)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.