W tym roku mija 65. rocznica powstania Armii Krajowej. Z tej okazji publikujemy obszerne fragmenty opracowania Jana Zendlewicza o placówce AK w majątku Mroga, działającej na zachodnich rubieżach powiatu łowickiego.

Majątek ziemski Mroga położony jest przy głównej drodze prowadzącej z Łęczycy przez Piątek do Łowicza. W czasie okupacji niemieckiej był miejscem działalności konspiracyjnej placówki bojowej Armii Krajowej o kryptonimie “Kuźnia”. Położona w zachodniej części powiatu łowickiego, placówka oddalona była zaledwie 5 km na wschód od granicy terenów wcielonych przez Niemców do III Rzeszy. W miejscowości Oszkowice znajdował się niemiecki posterunek straży granicznej “Grenzschutz”, który nie tylko strzegł samej granicy, ale również kontrolował przyległe do tej granicy tereny gminy Bielawy.

 

Właścicielem majątku Mroga był Seweryn Stanilewicz, który już na przełomie 1939/1940 roku wraz ze swym bratem Wacławem, mieszkańcem Warszawy, zorganizował na terenie Mrogi Związek Walki Zbrojnej. W skład kierownictwa placówki “Kuźnia” w Mrodze wchodzili: jako dowódca placówki – ppor. Stanisław Ilewicz, ps. Jabłoń, dowódca plutonu – por. Kazimierz Sporny, ps. Jakub, dowódca kompanii – kpt. Pękalski, ps. Wróbel. Członkami organizacji byli: Seweryn Stanilewicz, właściciel majątku Mroga, jego córka Hanna oraz synowie – Wacław i Andrzej. Ponadto przebywały w tym czasie w Mrodze, wysiedlone z terenów Wileńszczyzny, siostry Mirskie: Wanda, Stanisława i Maria. Do organizacji należeli też: Wacław Rzewuski, Stanisław Lambert, Antoni Makowski, Antoni Piekarski, Jerzy Czuruk, bracia Stanisław i Kazimierz Gołębiowscy.

Pierwszą dużą akcją – jak wspomina Hanna Stanilewicz-Olędzka – był przerzut wiosną 1941 roku, uciekających z obozu jeńców angielskich, którzy wzięci byli do niewoli przez Niemców we Francji. Uciekła wtedy duża grupa z Niemiec i przeprowadzana była do Warszawy przez ZWZ. Trzech Anglików musiało jednak czasowo zatrzymać się w lesie mrodzkim ze względu choroby jednego z nich, cierpiącego z powodu rany w nodze. Zostali oni umieszczeni w szałasie z gałęzi, wykonanym przez młodych gajowych, braci Gołębiowskich.

 

onym rowem i pasem bagna od rozebranego toru kolejki wąskotorowej. Było to bezpieczne miejsce, gdyż nawet ćwiczenia oddziału niemieckiego, kwaterującego przed napaścią na ZSRR w szkole w Bielawach, kończyły się przed zagajnikiem. Hanna wraz ze swym bratem Andrzejem, ps. Junak otoczyli opieką znajdujących się w lesie angielskich zbiegów. Dostarczali im pożywienie, a nawet zorganizowali pomoc lekarską, przywożąc do lasu lekarza Kolasińskiego z Chruślina. Po paru dniach, już zdrowi i wypoczęci, angielscy uciekinierzy przewożeni byli pojedynczo przez łączników do Warszawy.

Po wojnie napisali list, w którym dziękowali za okazaną opiekę w Mrodze, informując jednocześnie o swym szczęśliwym powrocie do Anglii. (…) Latem 1941 r. trafiło do Mrogi sporo młodzieży. Byli to przeważnie chłopcy, którym wojna przerwała naukę. Ze szpitala w Warszawie przyjechał wtedy do Mrogi kuzyn właścicieli majątku, Stanisław Ilewicz, uczestnik walk 1939 r. Był inwalidą ze sztywną nogą. Z zawodu nauczyciel, skończył podchorążówkę i był oficerem rezerwy. W Mrodze zainicjował tajne nauczanie w zakresie gimnazjum. Uczył przedmiotów ścisłych, natomiast humanistycznymi zajmował się Henryk Jakubczyk, student ostatniego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim (siostrzeniec księdza Głażewskiego z Chruślina, mieszkający u swej ciotki w Mrodze). Wszyscy uczestnicy tajnego nauczania byli chronieni przez “Arbeitsamt” – Urząd Pracy, gdyż zarejestrowano ich tam jako pracowników rolnych.

 

Przy kompletach gimnazjalnych powstała podchorążówka, którą kierował dowódca placówki “Kuźnia”. Andrzej Stanilewicz, ps. Junak prowadził w niej zajęcia ze znajomości rodzajów broni, amunicji i materiałów wybuchowych. Zajmował się również wytwarzaniem granatów własnej produkcji, których jakość sprawdzał w rzece. Pewnego dnia, zanim Junak rozpoczął próby z granatami, pojawili się niespodziewanie nad rzeką żandarmi, idący ścieżką w kierunku młyna Marksów w Gosławicach. Zajęci rozmową, na szczęście nie zauważyli ukrytych nad rzeką granatów. Poza wykładami prowadzone były na podchorążówce nocne ćwiczenia poruszania się w terenie. Ważnymi z punktu widzenia utrzymania morale społeczeństwa były akcje niszczenia bimbrowni na terenie gminy Bielawy oraz likwidacje zdrajców i szpicli. Prowadzano również wzmożoną akcję propagandową w celu podtrzymania na duchu Polaków, aby nie tracili wiary w zwycięski ostatecznie wynik wojny. W tym celu zajmowano się kolportażem przywożonej z Warszawy prasy konspiracyjnej.

 

Jednym z uczestników akcji kolportażowej był członek placówki “Kuźnia” w Mrodze Antoni Makowski, ps. Jaśmin, mieszkający czasowo u rodziny swego kolegi Antoniego Piekarskiego, ps. Jary w Ursusie. Pracując w polskiej spółdzielczej firmie w Warszawie, wykonującej budowlane i remontowe roboty wyłącznie dla telekomunikacji kolejowej, posiadał stałą przepustkę zezwalającą na poruszanie się po wszystkich torach Generalnego Gubernatorstwa. W czasie odwiedzin u swych rodziców, wysiedlonych z Piątku i zamieszkałych w Janinowie (1 km od Mrogi), zostawiał prasę podziemną, którą dalej rozprowadzano po gminie (…).Społeczność wiejska, w tym również wiele rodzin wysiedlonych z terenów przyłączonych do III Rzeszy i żyjących nadzieją powrotu do swych domów, dowiadywało się z prasy konspiracyjnej nie tylko o tym, co się dzieje w kraju, ale również o wydarzeniach niemal na wszystkich frontach II wojny światowej. Członkowie “Kuźni” starali się w czasie różnych akcji zdobywać broń, amunicję i materiały wybuchowe. Oprócz członków placówki, którzy zamieszkiwali w Mrodze, w większości akcji brał udział Antoni Piekarski, pracownik młyna wodnego, będącego własnością volksdeutschów – braci Juliana i Jana Marks w Gosławicach. Akcesoria wojenne magazynowano w dużej, drewnianej skrzyni, zakopanej w lesie mrodzkim. Podręcznym magazynem broni była również skrytka w atrapie wielkiego akumulatora, który niby podłączony do innych tego typu urządzeń elektrycznych napędzanych wiatrakiem na dachu budynku, oświetlał pomieszczenia mieszkalne. (…)

 

Pięć kilometrów na zachód od Mrogi, w miejscowości Oszkowice działała grupa konspiracyjna AK, kierowana i dowodzona przez Stanisława Wawrzyniaka ps. Graf. Grupa ta utrzymywała stały kontakt z placówką “Kuźnia” – rozkazy i meldunki przekazywane były z Oszkowic do Mrogi przez łączników. Jednym z nich był Stanisław Sobczak, mieszkaniec wsi Trzaskowice.W ostatnim roku okupacji Stanisław Wawrzyniak został aresztowany przez gestapo w Łowiczu. Jak wspominają świadkowie z tego okresu, człowiek ten był torturowany w czasie śledztwa w Łowiczu. Wiadomo, że miał połamane żebra i odbite nerki. Pomimo tych okrutnych cierpień, nie wydał nikogo, zarówno z grupy z Oszkowic, jak również placówki “Kuźnia” w Mrodze. Kasylda Wawrzyniak, żona Stanisława głęboko wierzyła, że jej mąż żyje, pomimo umieszczenia jego nazwiska na liście rozstrzelanych za udział w organizacji podziemnej. Okazało się, że trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Powrócił w początkach 1945 r., ale był to już cień człowieka. Wtedy też spotkał się z właścicielami majątku Mroga w Ło-dzi, skąd odebrał swoje rzeczy pozostawione na przechowanie przed aresztowaniem.

 

Ogłoszenie akcji “Burza”, a w konsekwencji wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 r., spowodowały mobilizację w placówce “Kuźnia”. Chciano pomóc walczącej Warszawie. Jednym z punktów zbiórki miał być las mrodzki. Dostarczoną przez Stanisława Gołębiowskiego broń mieli odebrać Andrzej Stanilewicz i Jerzy Czuruk. Niespodziewanie do Mrogi zadzwonił z Łowicza ktoś z niemieckiej Ortskomendantury, powiadamiając, że do lasu mrodzkiego przyjeżdża pewien generał na polowanie wraz z grupą, która będzie zabezpieczać teren. Natychmiast odwołano zbiórkę oraz powiadomiono o tym pozostałych.

W związku z niemożnością przebicia się do stolicy, rozkaz wymarszu oddziałów został przez dowództwo AK odwołany. Jednym z nielicznych członków AK w Mrodze, któremu udało się dotrzeć do puszczy kampinoskiej, był działający w tym czasie w konspiracji w powiecie miechowskim, Stanisław Lambert, ps. Jim. Brak możliwości dotarcia do stolicy spowodował, że znalazł się w Mrodze, gdzie przebywała jego matka, Stanisława. Często występowała ona w roli tłumacza w rozmowach z Niemcami, chroniąc członków organizacji AK.

 

Kiedy w Warszawie powstanie już upadało, a front zatrzymał się na Wiśle, Niemcy rozpoczęli przygotowania do obrony frontu na linii Wisły. Przystąpili do budowy magazynów w lesie w miejscowości Sobota. Były to ziemianki, w których gromadzono amunicję i materiały wybuchowe. Do kopania dołów w sobockim lesie, spędzano ludzi w ramach szarwarków, czyli obowiązkowych robót na rzecz okupanta, bez wynagrodzenia za pracę i z własnym sprzętem.W Mrodze wyznaczono do pracy grupę ludzi na okres pierwszego tygodnia. Pod pretekstem nie angażowania do tego ludzi pracujących przy wykopkach ziemniaków w majątku, do Soboty jeździła cała młodzież z AK w Mrodze. W akcji tej, oprócz Stanisława Lamberta, Andrzeja Stanilewicza, Wacława Rzewuskiego, Jerzego Czuruka, Wacława Stanilewicza, brały udział siostry Maria i Stanisława Mirskie oraz Hanna Stanilewicz.

 

Jeżdżono parą koni na platformie wyścielonej grubo słomą, z łyżką i łopatami. Po drodze zatrzymywano się w Sobocie, gdzie od znajomego członka AK – Prądzyńskiego – zatrudnionego u rządcy majątku ziemskiego, otrzymywali teczkę z butelkami wódki z miejscowej gorzelni. Ponieważ siostry Mirskie mówiły świetnie po niemiecku, już przy przyjeździe dogadywano się z wartownikami, którym wręczano część otrzymanej wcześniej wódki. Praca szła dość szybko, ponieważ łyżka ciągniona przez konie, wykopywała głęboki dół, a tylko jego boki trzeba było wyrównywać ręcznie przy pomocy szpadli. W czasie przerwy na posiłek, częstowano strażników alkoholem. W tym czasie Stanisław Lambert z Andrzejem Stanilewiczem odwiedzali niepostrzeżenie bunkry z amunicją i szabrowali, co tylko się dało. Najbardziej niebezpieczny był wyjazd z terenu budowy, z ukrytymi w słomie materiałami wybuchowymi. Udawano wtedy na platformie rozweselonych młodzików i częstowano pozostałą wódką dyżurujących przy bramie wartowników (…).

 

Największą odwagą i poświęceniem w zakresie organizacji i utrzymania placówki “Kuźnia”, wykazał się właściciel Mrogi – Seweryn Stanilewicz. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, jakie groziło całej jego rodzinie, udostępnił swój dom i całą posiadłość, by stworzyć placówce AK jak najlepsze warunki do działań konspiracyjnych przeciw okupantowi niemieckiemu. Nie przypuszczał, że już wkrótce nowy okupant zawłaszczy cały majątek, a jego samego skaże na więzienie, utratę zdrowia i poniewierkę.Opracował na podstawie relacji: Hanny Olędzkiej, Antoniego Piekarskiego, Andrzeja Stanilewicza, Stanisława Lamberta i Antoniego Makowskiego

 

KH nr 1 (16), kwiecień 2007

(Jan Zendlewicz)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.