W 2002 roku redakcja Nowego Łowiczanina przyznała tytuł Łowiczanina Roku aż czterem osobom, ale działającym jak jedna – ojcu Kazimierzowi i jego synom: Andrzejowi, Jackowi i Wojciechowi Urbankom, twórcom i właścicielom firmy Bracia Urbanek, która z powodzeniem zawojowuje krajowe i zagraniczne rynki, a której produkty kilkakrotnie z rzędu zdobywały Złoty Medal na targach Polagra w Poznaniu.  

Historia Firmy Bracia Urbanek jest historią takiego sukcesu, jaki bez obaw można podawać za przykład do naśladowania młodzieży szukającej swego miejsca w życiu – jest bowiem historią firmy budowanej od zera, ogromnym własnym wysiłkiem i pracowitością, przy solidarnej współpracy całej rodziny, bez uciekania się do przejmowania za bezcen państwowego majątku.

W stu procentach polska, kupująca surowce od miejscowych rolników, eksportująca, coraz bardziej nowoczesna, firma Bracia Urbanek jest dla wielu odbiorców w kraju i za granicą jednym z trzech, czterech rozpoznawalnych symboli tego, co łowickie.

Nie chcieli siedzieć za biurkiem

Firma Bracia Urbanek działa pod tą nazwą od 1988 roku, ale jej historia jest dłuższa, sięga w gruncie rzeczy początku lat osiemdziesiątych, gdy własną działalność gospodarczą rozpoczynali po kolei, zaczynając od najstarszego, wszyscy trzej bracia Urbanek: Wojciech, Andrzej i Jacek – i gdy na wcześniejszą emeryturę przeszedł ich ojciec, jednocześnie najlepszy doradca, inspirator, w pewnym sensie mózg firmy – Kazimierz Urbanek. Pojawił się w Łowiczu z małymi wówczas synami w połowie lat sześćdziesiątych, gdy powstawały ZPOW, gdzie przez lata całe pełnił funkcję głównego specjalisty ds. administracyjno – handlowych i marketingu. Gdy w 1983 roku, w wielkim już kryzysie gospodarki państwowej, trzeba było zwolnić z pracy 600 tysięcy ludzi, i gdy uczyniono to, dając im możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę, pan Kazimierz skorzystał z tego.

W tym samym mniej więcej czasie z wojska wrócił, po odbyciu służby podchorążych rezerwy, absolwent ekonomii na Uniwersytecie Łódzkim, wcześniej wychowanek “Chełmońskiego”, jego najstarszy syn Wojciech. Brał on w czasie studiów stypendium fundowane z ZPOW, by je odpracować powinien był rozpocząć pracę w tych zakładach. Pracował łącznie ponad dwa lata, przed wojskiem i trochę po powrocie, w dziale zaopatrzenia i pracę tę wspomina dobrze. Uważa, że wiele się tam nauczył, choć była to praca inna od tego, czym zajmuje się dziś: jest obecnie specjalistą od sprzedaży i marketingu, a nie od zaopatrzenia. – Wtedy było większą sztuką coś kupić niż sprzedać, wtedy sprzedawało się bez problemu, teraz sprzedaje się tak, jak się wtedy kupowało – wspomina. Większość zakładów odczuwała jednak już wówczas nadmiar rąk do pracy i chętnie stypendystów zwalniała, bez konieczności zwrotu całości wcześniej wypłaconych pieniędzy. Wojciech Urbanek był już zresztą wtedy przekonany, że będzie szukał swej szansy w życiu zakładając własną firmę, co ówczesne władze, stojące w obliczu krachu sterowanej odgórnie gospodarki, z wolna, niechętnie, ale jednak zaczynały dopuszczać.

Zastanawiali się z ojcem co rozpocząć. Brali pod uwagę przede wszystkim dwie branże, dla których komuniści zapalali wtedy kolejne “zielone światło” – co w skomplikowanych warunkach nakazowej gospodarki oznaczać mogło nieco łatwiejszy niż gdzie indziej dostęp do surowców, nieco mniejszą mitręgę w pokonywaniu biurokratycznych przeszkód, a także ulgi podatkowe: przemysł materiałów budowlanych i przemysł spożywczy. Syn nie za bardzo chciał się angażować w przetwórstwo spożywcze, wybrał produkcję betonową. Od 1983 roku produkował na kupionej od łowickiego cechu działce na Katarzynowie, pustaki, kręgi betonowe, stropy i inne tego typu elementy budowlane.

W tym samym czasie studia kończyli, na tym samym, ekonomicznym wydziale Uniwersytetu Łódzkiego, dwaj młodsi synowie: Andrzej i Jacek. Nie czekali na dyplomy, własne działalności rozpoczęli jeszcze jako studenci – obaj w kojarzonej dziś z ich nazwiskiem branży przetworów owocowych i warzywnych. Zainaugurowali w 1984 roku, jako dwie odrębne firmy działające w dwóch różnych miejscach, Jacka w Łowiczu, Andrzeja w Bełchatowie, mieście, z którego pochodzi jego żona, ale obaj robili to samo: prażynki ziemniaczane z gotowych płatków z mąki ziemniaczanej, w tamtych czasach pełniące taką rolę, jak dziś chipsy, a przez niektórych zwane “chrustem dla ubogich”.

Dlaczego w ogóle chcieli iść na swoje? Andrzej Urbanek wspomina, że nie bardzo widział się w pracy na państwowej posadzie, gdzie często tylko udawało się, że się pracuje. Marnowałby tam tylko czas, niczego by się nie nauczył, zacząłby powielać z biegiem czasu wadliwe schematy organizacyjne, nie miałby satysfakcji i nie zdobywałby doświadczenia. Dlaczego w tej branży? – Bo tata był z tej branży, a poza tym w naszej okolicy nie istniało dużo takich firm – mówi Jacek Urbanek.

W Łowiczu Jacek wynajął od pani Krystyny Rokickiej 50-metrowy garaż przy ul. Warszawskiej, z dużą pomocą Wojtka przerobił go, przystosował do produkcji spożywczej, ustawił wielką, owalną, o wymiarach 80 x 60 cm patelnię. W Bełchatowie Andrzej postąpił podobnie – i tak się zaczęło. Po susz ziemniaczany do Kątów pod Wrocławiem jeździł Jacek, cztery osoby zatrudnione w Łowiczu i tyle samo w Bełchatowie smażyły prażynki na oleju na tych patelniach i pakowało w foliowe woreczki. To była najtańsza możliwa produkcja: na 50 metrach kwadratowych, w dwóch pomieszczeniach, dało się smażyć, magazynować surowiec i gotowe produkty. Po dwóch dniach smażenia, Andrzej i Jacek rozwozili towar po sklepach wynajętymi półciężarówkami. Andrzej objeżdżał południową część Łodzi i tereny woj. piotrkowskiego i kieleckiego, Jacek brał na siebie łódzkie Bałuty i Śródmieście oraz Warszawę. Rozwozili z samego rana, Jacek wspomina, że był w stanie dojechać do 40 sklepów w trakcie jednej takiej rundy, zawożąc średnio po 250 paczek do sklepu – a po powrocie zdążał jeszcze autostopem na zajęcia na uczelni, meldując się tam około 11-tej.

W nawiązywaniu kontaktów handlowych nieoceniona była pomoc pana Kazimierza, który, będąc już na przyspieszonej emeryturze, mógł się poświęcić tej pracy, organizować sieć dystrybucji, załatwiać sprawy formalne. Co więcej, był nawet okres, kiedy to pan Kazimierz trzymał w ręku całą produkcję, doglądając jej w obu miejscach i pilnując rozwożenia towaru do odbiorców. Było to przez kilka miesięcy roku 1987, gdy obaj młodsi bracia byli jednocześnie w wojsku. Nawet jednak służąc w armii pracowali w swoich firmach. Praktyka po szkole podchorążych rezerwy miała to do siebie, że gdy miało się szczęście i było się skierowanym do jednostki w pobliżu domu, można było załatwić po południu wiele swoich spraw. Więc załatwiali. Pan Kazimierz wspomina, jak kiedyś Andrzej spóźniał się z rozwożeniem prażynek i groziło, że na czas nie zamelduje się w jednostce – więc wyjechał na spotkanie jego Robura z mundurem w samochodzie, by syn szybko się przebrał i stawił w jednostce na Armii Krajowej.

Pomocna dłoń rodziców na tym nie poprzestawała. Sprawy kadrowe prowadziła synom mama – Łucja, a jedynym telefonem służbowym był domowy telefon w ich niewielkim mieszkanku w bloku przy Podrzecznej, to z niego uzgadniano wszystkie dostawy.

Pracowitość od dzieciństwa

Przystępowali do tej działalności wyposażeni przez rodziców nie tylko w ich pomoc, ale i coś cenniejszego: nawyk pracowitości. Już jako kilkunastoletni chłopcy co roku pracowali w czasie letnich wakacji w ZPOW przy etykietowaniu czy przekładaniu butelek do odpowiednich pojemników przed ich załadowaniem do myjni, a zimą na przykład przy załadowywaniu puszek z koncentratem pomidorowym do kartonów. – Coś chcieliśmy mieć, a to było uwarunkowane zdobyciem pieniędzy, w domu kasy na to nie było – wspomina Jacek Urbanek. Dzięki takim pracom on sam na przykład któregoś roku kupił sobie szpulowy magnetofon, marzenie wielu nastolatków.

Dobrą szkołą pracy były też saksy. Po raz pierwszy udało im się wyjechać na Zachód w roku 1980, dzięki pomocy Majki – dzisiejszej żony Wojtka, ówczesnej studentki handlu zagranicznego. We trójkę pracowali latem w jednym z renomowanych londyńskich hoteli przy sprzątaniu. Praca była nocna, zaczynała się o 22, kończyła o 7 rano, ale chwalili ją sobie, bo pracować można było przez siedem dni w tygodniu, a praca w weekendy opłacana była lepiej niż w pozostałe dni. Rok później Andrzej i Jacek przez osiem tygodni pracowali w Monachium, a to u stolarza, a to na budowie, co dwa tygodnie zmieniając miejsce pracy, nocując w miasteczku studenckim. Nie oszczędzali się, ale mieli satysfakcję. – Ja przez te pierwsze wakacje zarobiłem tyle, co tata w cały rok – wspomina Jacek – a Andrzej za Monachium złożył sobie Fiata z nowych części.

Te pierwsze poważniejsze pieniądze, zarobione na Zachodzie, pomogły im nieco, gdy trzeba było zacząć pracować samodzielnie, ale nie stanowiły takiego kapitału, by z nimi można było zaczynać, stąd wszyscy trzej od samego początku pożyczali i starali się jak najszybciej oddać. I pracowali za kilku. – Była to jedyna droga do wcześniejszego postawienia ich rodzin na nogi – wspomina Kazimierz Urbanek. – Pracowici są wszyscy trzej i każdy wolał ciężej pracować, by zapewnić byt materialny rodzinie. Moja pensja była za mała, by ich powyposażać, stąd i żona chętnie pomagała, bo widziała sens tej pracy. Ale i tak serce rodziców niekiedy niepokoiło się: – Czasami mi ich szkoda było, gdy pracowali przy materiałach budowlanych, bo to są straszne tony… – mówi pan Kazimierz. Tony cementu do własnej produkcji rozładowywał często własnoręcznie Wojtek, tony materiałów budowlanych na nowe obiekty przerzucali wszyscy trzej. Wszyscy też uczyli się, że wysiłek potrzebny jest na każdym kroku, bo przeszkody na drodze pojawiają się ciągle. – W tamtych czasach nawet znalezienie lokalu na działalność nie było proste – mówi Andrzej Urbanek – ale trzeba się nauczyć jednego: że jeśli chodzi się wokół swoich spraw, w końcu osiągnie się to, czego się chce.

Złe wspomnienie innego świata

Niewiele brakowało, żeby firmy Bracia Urbanek nie było. W 1984 roku, gdy Jacek Urbanek ubiegał się o zgodę na założenie firmy – bo wtedy nie można było zgłosić założenia, lecz trzeba było mieć na to zgodę – spotkał się z odmową. Mniejsza z tym, kto był wówczas naczelnikiem Łowicza, chodzi o to, jakie były czasy. Argumentem przemawiającym za odmową było to, iż niemożliwe jest, by student wykształcony na państwowej uczelni szedł pracować do rzemiosła – tak to wówczas kwalifikowano. Nieważna była zgoda dziekana uczelni, liczyło się twarde, proletariackie nie. Kazimierz Urbanek interweniował w Urzędzie Wojewódzkim, przez ówczesnego wicewojewodę i sekretarza wydziału rolnego KW PZPR Stanisława Bartosa, mieszkającego w Łowiczu. Mimo tej interwencji zgody nie było, została wydana dopiero po powtórnym monicie. W kontekście tego zdarzenia widać dopiero, jak rewolucyjne były zmiany w polskiej gospodarce dokonane w latach 1989/1990, z zapoczątkowującą je ustawą o prowadzeniu działalności gospodarczej, przyjętą jeszcze za czasów ostatniego premiera PRL, Mieczysława Rakowskiego.

Formalny początek firmy Bracia Urbanek wiąże się już bardziej z końcowym, schyłkowym okresem PRL, konkretnie z rokiem 1988, kiedy, po zakończeniu służby wojskowej, Andrzej Urbanek zdecydował się połączyć swą firmę z firmą Jacka, zwijając jej działalność w Bełchatowie i przenosząc do Łowicza. Już od początku zresztą plany były takie, by była to firma rodzinna, po prostu miejsca zamieszkania braci były różne – ale połączenie było posunięciem planowanym i dziś oceniane jest jako sensowne i udane. Wtedy właśnie powstała spółka cywilna Firma Bracia Urbanek, dziś istniejąca jako spółka jawna, w roku 1998 poszerzona o udział w niej także Wojciecha Urbanka, który wtedy zlikwidował na Katarzynowie produkcję budowlaną, kolidującą z przetwórstwem spożywczym i zaczął pracować wspólnie z młodszymi braćmi. – Scenariusz napisało życie – mówi dziś ten ostatni, zapytany o przyczyny połączenia. Czy nie bali się, zaczynając działalność w 1984 roku, czy nie bali się kilka lat później, gdy tworzyli spółkę? Przecież za socjalizmu prywatny przedsiębiorca nie mógł być pewny swego losu, zawsze groziły zmiany polityki, czerwone światła, inspekcje robotniczo-chłopskie… Andrzej Urbanek odpowiada, że wszyscy trzej, będąc na studiach ekonomicznych i konfrontując to, czego ich uczono z tym, co widzieli dokoła, nabrali przekonania, iż jakieś zmiany muszą nastąpić.

Tamten system był niewydolny – mówi – podczas gdy w krajach zachodnich wszystko funkcjonowało dobrze: postęp techniczny, organizacja pracy, wreszcie uposażenie pracowników. Jacek Urbanek wtóruje: – Nigdy nie myślałem o jakimś ryzyku. Zaczynaliśmy wyjeżdżać gdy był 1980 rok, potem był strajk łódzki z żądaniem wolności podróżowania także dla studentów, w kraju była już zupełnie inna atmosfera… Nigdy nie miałem obaw, że ktoś przyjdzie i znacjonalizuje. – Wierzyliśmy wszyscy, że to nieodwracalne – uzupełnia pan Kazimierz.

W tej wierze w schyłkowych latach osiemdziesiątych wszyscy trzej bracia prowadzili na działkach na Katarzynowie budowę swych pierwszych obiektów produkcyjnych z prawdziwego zdarzenia: Wojciech – 700-metrowego na swoją produkcję, dwaj młodsi bracia nieco tylko mniejszego, finansując budowę z tego, co zarabiali na prażynkach i z kredytu, który szczęśliwie udało im się pozyskać. Nie przejadali i nie przepijali zarobionych pieniędzy, jeździli starymi Fiatami, potem Polonezami, nie fundowali sobie zachodnich limuzyn, a na pierwsze zagraniczne wakacje zaczęli wyjeżdżać w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Polonijny impuls

Doczekali się, jak my wszyscy, wolności, w roku 1989 i 1990 – a ta w gospodarce oznaczała, oprócz zasadniczej wolności podejmowania działalności gospodarczej, także otwarcie granic na wymianę handlową ze światem i częściową wymienialność złotówki. Te czynniki w znaczący sposób przyczyniły się do tego, że firma przestawiła się na produkcję przetworów warzywnych z prawdziwego zdarzenia, rezygnując z prażynek. Decydujący impuls przyszedł właśnie z zagranicy, a dostarczył go polonijny przedsiębiorca Sylwester Koczorowski, wywodzący się ze środowiska licznie zamieszkujących północną Francję polskich emigrantów, właściciel firmy Conserves Jibel z Rouvroy, trudniącej się właśnie produkcją przetworów warzywnych. Przyjechał on do Polski w lutym 1990 roku, poszukiwał dostawcy na rynek północnych departamentów Francji polskich w smaku ogórków kwaszonych i konserwowych. Obejrzał postawiony rok wcześniej obiekt, wówczas jeszcze niewielki, spodobało mu się tu, widział że jest czysto i schludnie. Podpisał z Braćmi Urbanek umowę, która jest dowodem tego, jak wielkim obdarzył ich zaufaniem: przekazał im zaliczkę w wysokości 50 tysięcy dolarów na zakup surowca oraz myjki i sortownik do ogórków a także beczki do ogórków kwaszonych w użyczenie, podpisał także umowę na cenę towaru, który zobowiązał się kupić.

Ten kontakt bardzo firmie pomógł. Już w pierwszym roku Bracia Urbanek sprzedali Koczorowskiemu 90 tysięcy słojów ogórków konserwowych i 60 ton ogórków kwaszonych w beczkach, z należności za które ten ostatni potrącił sobie kwotę zaliczki. Ponadto wyprodukowali wtedy 90 tysięcy słoików papryki konserwowej, 100 tysięcy słoików chrzanu, 80 tysięcy słoików pieczarek. Dzięki wspomnianej zaliczce nie byli uzależnieni od uzyskania obrotowych kredytów. Na następny rok także podpisali umowę z Koczorowskim, potem kontynuowali tę współpracę przez całą dekadę, do czasu gdy ten przeszedł na emeryturę i sprzedał firmę. Bardzo sympatycznie wspominamy ten czas – mówi Kazimierz Urbanek.

Co rok więcej

Kontrakt francuski dał firmie rozmach, który jej właściciele potrafili przekuć w sukces przekraczający daleko to, na co sam kontrakt opiewał. Dla braci i ojca było bowiem jasne, że podstawowym rynkiem, na którym firma będzie operować, będzie jednak rynek polski. Ten rynek zawojowywali systematycznie, zwiększając produkcję co roku: od ponad 300 tysięcy słojów w roku 1990 do 12 milionów w 1996. – Trafiliśmy na dobry okres – przyznaje Jacek Urbanek – kto w początkach 1990 roku się odważył, ten zyskiwał, bo zakłady państwowe operowały wówczas na dużych kredytach i w związku z tym miały kłopoty, a produkowały drogo. Pracując z głową i oszczędnie można było się zmieścić z ceną poniżej pułapu cen państwowych gigantów – i z wolna przejmować ich rynek.

 

Bracia z Katarzynowa się odważyli. Już w 1990 roku nowy przecież budynek zaczął być za mały, wszędzie tam, gdzie dziś są biura firmy, były magazyny ogórków, nie było gdzie się ruszyć. Zaczęli więc budować kolejne, bo w produkcji sezonowej powierzchnia magazynowa jest czynnikiem o kluczowym znaczeniu, nie da się w grudniu czy w marcu dorobić takiej ilości ogórków, jakiej akurat klienci zechcą, trzeba wszystko przerobić latem i magazynować tyle, żeby na cały rok starczyło.

 

W 1991 roku powstała hala najbliższa ulicy Katarzynów, o powierzchni 1500 m kw., częściowo produkcyjna, częściowo magazynowa, później duża hala produkcyjna, pomieszczenie skupu, magazyn wyrobów gotowych, hydrofornia, doszedł też zakup magazynu od pobliskiej GS. W rezultacie obecnie firma dysponuje, na terenie o powierzchni 5,5 ha, blisko hektarem obiektów pod dachem, a nie da się wykluczyć, że wkrótce potrzebny będzie jeszcze jeden magazyn. Wszystkie inwestycje poczynione na Katarzynowie pochłonęły już 13 mln. zł – które najpierw trzeba było zarobić, przekonując do swoich wyrobów klientów bo, jak wspomnieliśmy, na początku firma nie miała prawie nic. W samych ostatnich trzech latach na modernizację zakładu wydano 2,14 mln. zł.

Produkowane tutaj są obecnie najrozmaitsze przetwory owocowe i warzywne, z najbardziej znanymi, jak ogórki konserwowe, leczo, chrzan, powidła, Sałatka Naddunajska, Sałatka Szwedzka… Receptura tych wyrobów powstaje w Łowiczu, właściciele sami, wielokrotnie próbując, dobierali optymalny smak i pilnują, by był on utrzymywany. – Pierwszy słoik musi smakować tak samo jak milionowy – mówi Jacek Urbanek. Dbałość o jakość i smak opłaca się, klienci cenią jakość firmowych wyrobów, w tym roku w zakładzie na Katarzynowie napełniono już ponad 14 milionów słoików różnych przetworów – i właściciele mogą mieć nadzieję, że tak jak w ubiegłych latach, zostaną one sprzedane.

Zapełnić taką ilość szkła można tylko mając pewność dostaw warzyw w żądanej ilości. Właściciele szybko zrozumieli, że muszą stworzyć swoją własną bazę towarową i zaczęli podpisywać umowy kontraktacyjne, wymuszać na rolnikach sianie konkretnych, potrzebnych im odmian, dostarczanie surowców o odpowiednich walorach. Obecnie mają grono około 400 rolników kontraktowych dostarczających ogórki, w pierwszym roku działalności było ich około stu. Różnica: 1990 – 140 ton, 2002 – 3150 ton. Podpisując umowy gwarantują cenę minimalną i odbiór. Tej ceny minimalnej nigdy nie łamią.

 

Starają się ponadto, aby rolnik doskonalił się zawodowo i mógł planować swoje poczynania, a to może nastąpić tylko wtedy, gdy rolnik może być pewien, że firma się od niego nie odwróci. Obecnie 80% dostawców to rolnicy powiatu łowickiego, reszta pochodzi z okolic Warszawy, Sochaczewa, Żychlina.

 

Wiele z tych milionów słoików, już 22% całości produkcji, trafi na eksport do tak odległych od siebie krajów, jak USA i Mongolia, Rosja i Francja, Wielka Brytania i Izrael. Co ciekawe, niektóre produkty sprzedawane są wyłącznie za granicą, np. asorti – mieszanka ogórka, patisona i pomidora w zalewie octowej, sprzedawana głównie w Izraelu i USA lub ogórki kiszone w wiaderkach z polietylenu, które w opakowaniach po 1kg, 3 kg i 5 kg sprzedawane są do Rosji. Główne kierunki eksportu to Rosja, Mongolia, USA, Izrael. Handlowcy z tych krajów sprzedają duży asortyment produktów firmy “Bracia Urbanek”, ale nie jest to pełny asortyment, bo w każdym kraju jest inna kuchnia, używa się innych dodatków, są różne potrawy i tradycja. Mongolia jest zainteresowana zwłaszcza ogórkami konserwowymi, Sałatką Naddunajską, po wizycie prezydenta Mongolii w Łowiczu poszerzono ofertę o leczo. Znacznie mniej odbiorcy z tego kraju kupują papryki i pieczarek. Natomiast do Izraela trafiają ogórki konserwowe, ogórki kiszone, pieczarki, Sałatka Naddunajska, chrzan, ćwikła. W Rosji, w sieci Metro, dużym powodzeniem cieszy się leczo, pomimo że jest drogie w porównaniu do produktów konkurencyjnych firm, za to najtańsze są ogórki od Urbanków, ponieważ łowickiej firmie zależy na tym, aby pozyskać klientów, którzy polubią, przyzwyczają się do ogórków z Katarzynowa.

To jest cały łańcuszek powiązań, które zachodzą, zanim produkt trafi na półkę i klient może go kupić – mówi Wojciech Urbanek, który w firmie odpowiada za kontakty handlowe – opowiadając o marżach, cenach, pośrednikach, którzy w tym procesie uczestniczą. Na początku nie ma więzi, nie ma sentymentów, bo każdy chce “wyrwać” jak dla siebie – kupujący jak najmniej, sprzedający – jak najwięcej. Po pewnym czasie, gdy partnerzy się już znają, jest możliwość spotkań, dobrych kontaktów, wzajemnych ustaleń. Jeżeli widzę, że klient jest obiecujący, rokuje szansę, staram się mu pomóc dobrze zorganizować początki sprzedaży i … liczyć na efekty – deklaruje Wojciech Urbanek. Klienci cenią nas za jakość, ona jest niepodważalna. Nikt nigdy nie miał o to pretensji, wszystkim odpowiada.

Uważam, że w miarę możliwości należy dużo czasu poświęcić na częste wyjazdy do klientów – mówi Wojciech Urbanek. One naprawdę dużo dają, bo wtedy na własne oczy widzę, co jest na półce, jak sobie radzi konkurencja. Informacja przekazana telefonicznie, nawet przez bardzo dobrego klienta, może nie być wiernym odtworzeniem prawdziwej sytuacji.

W 2002 roku “Bracia Urbanek” podpisali dwa ciekawe – ich zdaniem – kontrakty z partnerami w Estonii i w Rosji (Smoleńsk). Wojciech Urbanek nie ukrywa, że interesuje się też innymi rosyjskimi miastami, wymienia kolejno – Petersburg, Niżnyj Nowgorod, Samarę. Kierunek wschodni jest chyba najbardziej rozwojowy, obiecujący. W ostatnich latach sprzedawaliśmy tam bardzo mało, a możliwości są tam ogromne, ale trzeba to robić ostrożnie i stopniowo.

Bez obaw w przyszłość

Rynek wschodni jest rzeczywiście jednym z bardziej obiecujących, ale czy wejście Polski do Unii Europejskiej nie spowoduje zwiększenia produkcji na rynek Unii z jednej strony, a zagrożenia konkurencją jej producentów z drugiej? Zdaniem Kazimierza Urbanka nie zmieni to w sytuacji firmy nic, bo rynek tych przetworów w handlu z Unią i tak już był otwarty, a od strony technologicznej i organizacyjnej zakład jest tak nowoczesny, że konkurencji się nie boi. Działa w nim na przykład jedyne w Polsce, nowoczesne, duńskiej produkcji urządzenie BILWINCO do automatycznego ważenia i napełniania słoi. Zakład przygotowuje się do wdrożenia systemu kontroli jakości HACAP, umożliwiającego w zakładach przemysłu spożywczego zapobieganie powstawaniu wad produktu – a nie tylko kontrolowanie tego, co już wyprodukowano. Będzie to konieczne, ale zważywszy stopień technologicznego zaawansowania zakładu, nie będzie już wymagało jakichś wielkich nakładów dostosowawczych, raczej wprowadzenia odpowiedniego systemu dokumentowania tego, jak się produkuje – bo jakość jest i tak już na bieżąco kontrolowana.

Bracia Urbanek zamierzają natomiast skorzystać z możliwości, jakie daje europejski fundusz SAPARD, mający pomóc krajom kandydackim w wejściu do Unii. Z funduszu tego zostanie zrefundowane 30% szacowanych na ok. 1 milion zł. kosztów budowy nowej kotłowni gazowo-olejowej dla zakładu. Będą to pierwsze pieniądze, jakie kiedykolwiek ktokolwiek Urbankom podarował. Wszystko inne wypracowali sami.

***
Wypracowali zresztą nie tylko dla siebie. To Urbankowie zakładali społeczne komitety, wnosząc ponadto większość ich aktywów, na rzecz budowy na Katarzynowie najpierw wodociągów, potem kanalizacji, wreszcie sieci telefonicznej. Bez nich ta część miasta wyglądałaby jak, nie przymierzając, Zagrodowa. Bez ich ofiarności dużo trudniej pracowałoby się wielu organizacjom społecznym, charytatywnym, sekcjom sportowym, dużo więcej kłód znajdowaliby pod nogami promotorzy cennych inicjatyw społecznych czy kulturalnych. Łowicz byłby uboższy bez Łowiczan Roku 2002 – założycieli i właścicieli firmy Bracia Urbanek.

(wal, mwk, wcz)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *