Była tu dwa razy, za każdym razem w innych okolicznościach – ale zawsze te dni dobrze wspominała – o pobycie wielkiej polskiej pisarki pisze prof. Dobiesław Jędrzejczyk

Przed czterdziestu jeden laty, 19 maja  1965 r. zmarła Maria Dąbrowska, znakomita pisarka, autorytet moralny wielu pokoleń Polaków. W latach 30. ubiegłego wieku kandydowała do literackiej nagrody Nobla, a język jej utworów do dziś uchodzi za „krynicę polskości”. W latach 60. wspierała opozycję demokratyczną. Była też sygnatariuszką słynnego listu „34”, pierwszego zorganizowanego protestu intelektualistów polskich przeciwko niszczeniu kultury narodowej. W swoim testamencie prosiła o pogrzeb katolicki, choć była osobą związaną ze środowiskiem masońskim. Decyzję tę uzasadniła czymś nowym „w świecie ducha”, a mianowicie pontyfikatem Jana XXIII. Jej pogrzeb w warszawskiej katedrze św. Jana stał się wielką manifestacją patriotyczną.

 

Wielka pisarka była też znaną działaczką społeczną, wiele miejsca poświęcając w swojej publicystyce krzewieniu idei ruchu spółdzielczego. Bliskie też były jej sprawy wsi, zwłaszcza oświaty i kultury. Nic też dziwnego, że w okresie międzywojennym utrzymywała żywe kontakty ze wsią, m.in. z żeńską szkołą rolniczą w Dąbrowie Zduńskiej, jak wówczas pisano. Z inicjatywy kierowniczki szkoły, Leonildy Wyszomirskiej i jej męża Kazimierza, w dąbrowieckiej szkole organizowano spotkania z ludźmi tej miary co prof. Franciszek Bujak, Ignacy Solarz, Jan Wiktor, Wojciech Skuza, Stanisław Młodożeniec, Stefan Ignar i wielu innych. W 1937 r. państwo Wyszomirscy pojechali do Warszawy i tak długo „czarowali” autorkę „Nocy i dni”, opowiadając o pracy społecznej chłopów w Łowickiem, aż zdecydowała się przyjechać.

 

Dąbrowska przyjechała do Dąbrowy Zduńskiej w piątek, 11 listopada 1938 r., a więc w dniu Święta Narodowego. W imieniu uczennic powitała ją Gienia Kowalczykówna. Z kolei Franciszek Mleczko z Instytutu Oświaty dla Dorosłych wygłosił referat o tym, co i jak wieś ma czytać. Później głos zabrała „ta ze szczerą twarzą – jak pisali w swoich wspomnieniach L. i K. Wyszomirscy – ubrana bardzo prosto, w czarną suknię, Maria Dąbrowska”. Następnie młody poeta, Stanisław Wiechno z Bąkowa, mówił o tym, jak wieś przyjęła „Rozdroża”, głośną wówczas pracę autorki „Ludzi stamtąd”. Po pięknych wierszach Wiechny przyszła kolej na dąbrowianki, które odegrały wyjątki z „Nocy i dni”. Były to fragmenty z życia pensjonarek. Jedna z uczennic, Kazia Siekierzanka, w pisemku szkolnym „Dąbrowianki” napisała: „Wieczór ten dał nam bardzo wiele wrażeń (…), poznałyśmy Marię Dąbrowską – tę cichą, a przecież głośną na całą Polskę wielką literatkę (…). Przez nią jaśniej staje się w Polsce”.

 

Dokładną relację ze swej wizyty w Dąbrowie Zduńskiej zdała Maria Dąbrowska w swoich dziennikach, a ściślej w tomie 3., wydanym dopiero w 2000 r. Wieczór literacki rozpoczął się o 5. po południu. „Nawaliło się do sali szkolnej jakie ze czterysta osób. Pozjeżdżały się zeszłoroczne słuchaczki na rowerach i wozami, niektóre z odległości 40 km. Jedna przyjechała aż spod Kazimierza nad Wisłą. Trochę miejscowych i okolicznych gospodarzy. Dzierżkowa, prezeska Koła Gospodyń, wygląda i zachowuje się jak księżna udzielna!”

 

Serdeczne powitanie przez dziewczęta, chóralne „sto lat niech żyje nam”,  a w końcu „niech pisze nam”, wywarło wielkie wrażenie na pisarce. „Byłam coś znów jak na okrężnem – napisała pod datą 11 listopada 1938 r. – w domu rodziców, gdy też o mnie, >panience< śpiewano. Tak to wlewa się nowa treść w stare formy”. W swoim wystąpieniu Dąbrowska mówiła o roli literatury w życiu narodu. Zwróciła uwagę na „cień wielkiego geniusza narodu polskiego, Mickiewicza” i jego niespełnionego za życia marzenia, by „jego księgi zbłądziły pod strzechy”. Była bardzo wzruszona, że spotyka to ją, „tak skromnego i małego pisarza”. Potem odczytała opowiadanie „Szkiełko” ze zbioru „Znaki czasu”, „rzecz może za trudna, ale bardzo dobrze w ciszy słuchana”. Potem wspólnie zjedzono w drugiej sali kolację, na którą – jak skrupulatnie zapisała – była „gorąca kiełbasa z kwaszonymi ogórkami, wyborny chleb z masłem i bardzo zła herbata”.

 

Nie przypuszczała zapewne pisarka wówczas, że wróci do Zduńskiej Dąbrowy, która była wtedy częścią wsi Zduny Parcele, ale w jakże odmiennej sytuacji. Okupację spędziła Dąbrowska w swoim warszawskim mieszkaniu przy ulicy Polnej 40, które w czasie Powstania znalazło się niemal w centrum walk. Dwudziestego pierwszego września 1944 r. dom zapalił się od nieustannego ostrzału. Dalszy pobyt w okolicy Politechniki, otoczonej przez Ukraińców i Kałmuków, stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Pisarka postanowiła schronić się u swych przyjaciół L. i K. Wyszomirskich.

 

Do Dąbrowy Zduńskiej dotarła po klęsce powstania, 21 października, wraz z wieloletnim towarzyszem życia, Stanisławem Stempowskim oraz pisarką Anną Kowalską i jej mężem Jerzym, profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Maria Górczyńska, która wtedy prowadziła w gminie urzędowy rejestr uchodźców z Warszawy, zameldowała pisarkę jako „instruktorkę społem”. Chodziło o to, aby chronić ją, a także innych przedstawicieli kultury polskiej, którzy znaleźli się w okolicach Zdun, przed hitlerowskimi represjami. W dąbrowieckiej szkole znaleźli schronienie m.in. znany działacz ludowy Aleksander Bogusławski, pisarka i pierwsza polska pilotka, Maria Wardasówna. W Świeryżu znalazł wtedy schronienie Leon Rygier, pierwszy mąż Zofii Nałkowskiej, w Łaźnikach słynny sinolog, Feliks Malinowski. W Zdunach Wsi zamieszkała śpiewaczka Anna Pokorska i muzykolog Henryk Rydzewski. Wszyscy od razu włączyli się w nurt życia kulturalnego i oświatowego gminy.

 

Zmarła w 1998 r. Alina Borchon, wów czas uczennica dąbrowieckiej szkoły,  sama wysiedlona spod Łęczycy, tak po latach wspominała wielką pisarkę, którą się wówczas opiekowała: „Maria Dąbrowska chodziła zawsze w czarnym palcie ze stojącym kołnierzem i w dość wysokiej czapce, spod której wyglądała lekko siwiejąca, zawsze starannie uczesana grzywka. Prawą rękę nosiła na temblaku (ranna w Powstaniu). Codziennie trzy razy byłam w jej skromnie urządzonym pokoiku, przynosząc posiłki i zabierając naczynia po nich. Zawsze witała mnie i żegnała jednym z tych samych uśmiechów, odrywając się od pisania. Pisała lewą ręką – co pisała, nie wiem, nie miałam odwagi pytać”. Zapamiętała też, że znakomita pisarka wędrowała po okolicy Zdun z panem Stempowskim, którego nazywała „Stachno”, zbierając polne kwiaty i układając z nich wspaniałe bukiety.

 

Kierownictwo szkoły w Dąbrowie Zduńskiej robiło wszystko, aby osłodzić wygnańcom z Warszawy gorycz tułaczki. Maria Dąbrowska dzieliła pokoik na poddaszu z Anną Kowalską. „Wszyscy są dla nas dobrzy. – zanotowała w „Dziennikach” pod datą 29.XII.1944 r. – Dopomożono nam we wszystkim. Ale Warszawa zburzona całkowicie. Jadzia (siostra – D.J.) nie żyje, dom mój ukochany utracony. Spod tych nieszczęść nie mogę się dźwignąć”. Wstawała z reguły o 6, a po śniadaniu pracowała. Lubiła ze Stanisławem Stempowskim spacerować do Zdun Kościelnych. Po drodze odwiedzali Józefa Kuczyńskiego, „tutejszego nauczyciela i prezesa RGO, bardzo przyjemnego wiejskiego idealistę i mistyka”, już po wojnie profesora SGGW. Ale czuła się źle psychicznie, często napadała ją „zupełnie czarna melancholia”. Uspokajały ją częste spacery, a zwłaszcza piękno krajobrazu Zdun i okolic. W zimowy dzień 30.XII. 1944 r. zanotowała: „O wpół do dziewiątej do Zdun. Świat jak z bajki. Słońce we mgle jak złoty dukat. Wszystkie drzewa, strzechy, płoty w szczecinie białego szronu. Po tygodniu strasznej, nieustającej i dzikiej rozpaczy i tęsknoty za Jadzią byłam jakaś spokojniejsza”.

 

Na początku 1945 r., a dokładnie 3 stycznia, pisarka wybrała się koleją ze sta cji Jackowice do Łowicza po pensję i deputat, które otrzymywała jako działaczka „Społem”. Zatrzymała się u Jadwigi i Jana Wegnerów. Z przyjemnością wędrowała po Łowiczu. Zachwycił ją kościół Świętego Ducha, klasztory bernardynów i bernardynek, pałacyk Klickiego „zupełnie w stylu pałaców florenckich”. Wieczorem gawędziła z gospodarzami „pijąc likier miętowy własnej roboty”. Następnego dnia wybrała się z Janem Wegnerem do kolegiaty. Podziwiała płytę grobową rycerza Śleszyńskiego i jego żony Dzierzgowskiej, siostry jednego z prymasów. Zachwyciła ją kaplica Tarnowskich z pięknie wykonanym nagrobkiem Piotra Tarnowskiego, ojca prymasa i kaplica Adama Komorowskiego „z prześlicznym lekkim ołtarzem rokoko – cudo powagi złączonej z wdziękiem – w czarnych i złotych barwach.” Zanotowała też, że „ten ołtarz i kościół popijarski wyglądają jak najpiękniejsze rysunki Noakowskiego. Widać, że Noakowski dużo brał z Łowicza”. Po powrocie do Zduńskiej Dąbrowy zanotowała: „O Boże, niechby choć to wszystko zostało.”

 

Tam też zastał Dąbrowską koniec wojny. W połowie stycznia 1945 r. front zbliżał się do Zdun z piorunującą szybkością. Wobec tego mieszkańcy dąbrowieckiej szkoły przygotowywali się do ewentualnej ewakuacji. Piętnastego stycznia zjawił się niemiecki starosta z zawiadomieniem, że w razie bombardowania Łowicza całe starostwo zjedzie do Dąbrowy i zajmie gmach szkolny. Wieczorem 17 stycznia zjawiło się 11 aut z Niemcami, urzędnikami starostwa, prosząc (nie żądając!) o nocleg. Był wśród nich Enneking, znany z szykanowania Polaków. Teraz był złagodniały i wystraszony. Następnego dnia okazało się, że wśród nocujących był sam Ludwik Fischer, gubernator i kat Warszawy w 1946 r. wydany Polsce, osądzony na karę śmierci i stracony. Pod datą 18 stycznia zapisała: „Gdyby nie Powstanie Warszawskie i klęska Warszawy, dziś byłby moment odpowiedni na wybuch powstania, a wtedy jeden mały oddział AK z granatami ręcznymi wystarczyłby, aby żywa noga z tych Niemców, co tu nocowali, nie wyszła, a Fischer dostałby się do niewoli. Po katastrofie Warszawy wobec złowrogiego faktu najazdu rosyjskiego, kraj wita chwilę wyzwolenia spod Niemców w zupełnym odrętwieniu i bierności”. Zdawała sobie doskonale sprawę, że zaczyna się nowa okupacja, tym razem sowiecka, końca której już nie doczekała.

 

Do Warszawy dotarła dopiero na początku 1945 r. Tę podróż opisała w opowiadaniu „pielgrzymka do Warszawy” z tomu „Gwiazda zaranna”, wydanego dopiero w 1955 r. Rozpoczyna się ono słynnym zdaniem: „Trzeciego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku o godzinie wpół do szóstej rano wychodzimy z Dąbrowy Zduńskiej pod Łowiczem i kierujemy się na pobliską stację Jackowice.” Jak pielgrzymi ciągniemy „do miejsca świętego świętych, do umęczonej Warszawy.”„Stoję długo ze łzami w oczach – pisze w opowiadaniu „Pielgrzymka do Warszawy – myśli mam pogruchotane jak miasto, a serce mam zmiażdżone.” Tak żegnała ukochaną siostrę, wybitną polonistkę szkół średnich, „pogodnego, odważnego człowieka, ofiarną pracownicę tajnego nauczania, smukłą, uroczą kobietę – zniknioną jedyność pięknego ludzkiego zjawiska…” Pierwsze kroki po wielogodzinnej podróży przez Skierniewice, gdyż na linii sochaczewskiej kursowały tylko pociągi wojskowe, skierowała na ulicę Mokotowską 48, gdzie w ogrodzie dawnego dworku J. I. Kraszewskiego została pochowana jej siostra Jadwiga.

 

Po miesiącach tułaczki Maria Dąbrowska wróciła do swojego mieszkania przy ul. Polnej 40, które zajmowała od 1917 roku. Obrabowano ją ze wszystkich „miękkich” rzeczy, ale sprzęty, a najważniejsze – biblioteka i archiwum domowe – zostały. Nazajutrz, 4 lutego 1945 r., po trzydziestogodzinnej podróży, wróciła do Dąbrowy Zduńskiej. Była jedną z tych, co pierwsi wyruszyli do Warszawy, a pierwszą bodaj, co stamtąd powróciła. Ktoś zapytał z rozpaczą pomieszaną ze złością: „No coż? Trupiarnia, prawda?” Pani Maryjka, jak ją nazywały dąbrowianki, krzyknęła prawie: „Warszawa? Warszawa to samo życie! Żadna trupiarnia. Warszawa? Najżywsze miasto świata!”

 

Już 1 lutego rozpoczęło działalność Sejmikowe Koedukacyjne Gimnazjum i Liceum w Zdunach. Początkowo mieściło się w budynku żeńskiej szkoły rolniczej, jednak wkrótce dzięki ofiarności miejscowego społeczeństwa przystąpiono do budowy nowego gmachu. Okazało się jednak, że zebrane „młynarki krakowskie”, będące w obiegu w Generalnym Gubernatorstwie, są już nieważne, gdyż obowiązuje waluta „lubelska”, wprowadzona przez rząd w Lublinie. Jednak dzięki interwencji pisarki u ówczesnego dyrektora Narodowego Banku Polskiego, Edwarda Drożniaka, a także u Stanisława Szwalbe, wiceprezydenta KRN, udało się wymienić większość zebranych szybko pieniędzy. Osiemnastego listopada 1945 r. szkoła została uroczyście otwarta. Przemawiał minister oświaty Czesław Wycech i wojewoda łódzki Jan Dąb-Kocioł. Zabierając głos, Maria Dąbrowska przypomniała, że tu właśnie znalazła schronienie po tragicznych dniach Powstania Warszawskiego. Wyraziła też radość i wzruszenie, że może być świadkiem realizacji marzeń wielu pokoleń chłopów łowickich o własnej szkole średniej.

 

W zduńskim liceum przez lata pielęgnowano pamięć o związkach znakomitej pisarki z tą ziemią. Lektura „Nocy i dni” była czymś więcej niż obowiązkową lekturą: była dziełem kogoś znanego i bliskiego. W 1956 r. na wieczór autorski Dąbrowskiej wybrali się nie tylko nauczyciele, ale i uczniowie starszych klas. W ich imieniu kwiaty „dawnej dąbrowiczance” wręczyła Alina Borchon. Pani Maryjka zapytała: „Czy to zduńskie kwiaty?” W zbiorach mojego Ojca zachował się zaczytany egzemplarz „Gwiazdy zarannej” z autografem autorki. Ten niewielki tomik przez lata kursował po Zdunach i okolicy, przypominając tak niedawne, dramatyczne chwile, uwiecznione w dwóch „zduńskich opowiadaniach”: „Pielgrzymka do Warszawy” oraz „Nocne spotkanie”. Niektórzy odnajdowali w nich siebie, inni przypominali sobie spotkania z pisarką w Dąbrowie Zduńskiej, jej wykłady, rozmowy …

 

W 1957 r. uczennica mego Ojca, Marysia Bończakówna z X klasy, napisała  w imieniu szkoły i swoim własnym list do Marii Dąbrowskiej z okazji nadania jej tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego. Marysia, świetna polonistka, w liście datowanym 27 lutego 1957 r. napisała m.in.: „Jestem głęboko przekonana, że na to zaszczytne wyróżnienie zasłużyła Pani w całej pełni swą ciężką, lecz jednocześnie piękną i pociągającą pracą pisarki (…). Zaszczyt ten spada pośrednio i na nasza szkołę, bowiem w czasie okupacji hitlerowskiej przebywała pani w Zdunach, to jest miejscowości, w której znajduje się nasze Liceum Ogólnokształcące (…). Z ogromnym wzruszeniem przeczytałam słowa ze zbioru „Gwiazda zaranna”, w którym wspomina Pani o swym pobycie w naszej miejscowości i poczułam się ogromnie szczęśliwa, że nie zapomniała Pani o niej (…). Na jednym ze zdjęć, ilustrujących przebieg uroczystości, zauważyłam byłą absolwentkę naszej szkoły. Może i ona myślała w tej uroczystej chwili o dawnym pobycie Pani u nas?”

 

Maria Dąbrowska odpowiedziała na list Marysi Bończakówny kartą pocztową datowaną 15 kwietnia 1957 r. Warto przytoczyć jej tekst w całości, gdyż jak dotąd nie był nigdzie publikowany. „Droga Panno Marysiu – pisała Dąbrowska – Dziękuję Pani serdecznie i na Pani ręce składam dla całej Pani klasy (zapewne XI) podziękowanie za gratulacje w związku z nadaniem mi stopnia honoris causa przez Uniwersytet Warszawski. Dziękuję również za szczególnie piękną formę i niebagatelną treść listu, co nie często cechuje liczne listy, które otrzymuję od młodzieży.

 

Często zachowuję we wdzięcznym sercu Dąbrowę Zduńską, bo tak wtedy nazywała się ta miejscowość, gdzie po Powstaniu przebywałam. – „Absolwentka waszej szkoły”, która nieoczekiwanym przypadkiem znalazła się wraz ze swym mężem na zdjęciu w „Świecie”, to moja rodzona bratanica, Ela Szumska, obecnie Lipkowa. Wychowałam ją i jej brata (który także był u was w 1-szej klasie) w czasie okupacji. Robiła u Was tzw. małą maturę, licealną już potem w Warszawie. Teraz chłopiec jest inżynierem, a ona konserwatorką dzieł sztuk. Całuję Was wszystkich serdecznie, Wesołych Świąt i pozdrowienia dla wszystkich, co mnie w Dąbrowie pamiętają.”

Maria Dąbrowska
********

Dziś o związkach Marii Dąbrowskiej ze  Zdunami, a ściślej jej częścią, czyli  Zduńską Dąbrową, mało kto pamięta, choć mieści się tu kilka szkół średnich. Przed kilkunastu laty Feliks Ptaszyński, znakomity warszawski architekt, a przy tym absolwent liceum w Zdunach, zaproponował dyrekcji ówczesnego Technikum Ochrony Roślin wmurowanie w budynku dawnej szkoły żeńskiej stosownej tablicy, upamiętniającej pobyt autorki „Przygód człowieka myślącego”. Niestety, bez skutku. Jak mi wiadomo, czynił to również Marek Wojtylak, kierownik łowickiego archiwum, zwracając się w końcu ubiegłego roku z podobną inicjatywą do kierownictwa szkoły. A przecież utrwalanie pamięci o twórcach kultury narodowej należy do obowiązków tych wszystkich, którzy sprawują jakiekolwiek funkcje kierownicze z mandatu społeczności lokalnej. Aby je godnie pełnić, muszą mieć tego świadomość.

Dobiesław Jędrzejczyk
KH nr 4 (15),  grudzień 2006 r.

(Maria Dąbrowska; Dobiesław Jędrzejczyk)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.