Nie jeden, ale pięć było pierścieni 10 Pułku Piechoty. Dostali je wyłącznie żołnierze zawodowi, jako wyróżnienie za wzorową służbę, stało się to prawdopodobnie w 1938 roku z okazji 20-lecia istnienia pułku. Jeden z nich otrzymał st. sierż. Jan Czarnik, żołnierz pułku niemal od początku jego istnienia, w dniu wręczenia pierścieni piastujący stanowisko szefa 1 Kompanii Karabinów Maszynowych. Fakty te udało się ustalić Nowemu Łowiczaninowi, dzięki m. in. pomocy córek sierżanta. Przypomnijmy: pierścień z dużym szafirem ozdobionym wygrawerowanym symbolem 10 pułku, a po boku mieczami i liśćmi dębu, trafił na początku stycznia do zbiorów łowickiego muzeum, wzbudzając swoim istnieniem ogromną sensację, bo jak dotąd nie natrafiono na żadne ślady jego wcześniejszego istnienia, przypuszczano nawet, że był on własnością dowódcy pułku.

 

Od razu rozpoznałam ten pierścień na fotografii – taki sam miał mój ojciec, który był żołnierzem 10 Pułku. Zadzwoniłam do siostry i powiedziałam, że pierścień ojca jest w gazecie. A ona z pamięci opisała idealnie jego wygląd, każdy element, tak jakby miała go przed oczami. Ogromnie się wzruszyłyśmy – powiedziała nam Stefania L. córka Jana Czarnika, który w 10 Pułku Piechoty stacjonującym  Łowiczu był żołnierzem służby zawodowej w stopniu starszego sierżanta. Ona i jej siostra Janina K. postanowiły odezwać się do redakcji po publikacji zamieszczonej w Nowym Łowiczaninie w czwartek 22 stycznia, opowiadającej o zakupie tej pamiątki po „dziesiątkach” do łowickiego muzeum. Siostry nie chciały podać swoich nazwisk, bo – jak nam powiedziały – nie chodzi im o rozgłos, ale o rzucenie światła na nieznaną historię pierścienia. Są one prawdopodobnie jedynym źródłem informacji o tym przedmiocie, bowiem żołnierze 10 Pułku, zwłaszcza zawodowi, w ogromnej większości już nie żyją. W Łowiczu mieszka obecnie tylko jeden, który służył w tej jednostce we wrześniu 1939 roku: wtedy kapral a dziś porucznik rezerwy Antoni Borys. St. sierż. Jan Czarnik zmarł w 1990 roku, niestety wszystkie materiały dotyczące jego bogatych wspomnień żołnierskich przepadły, zostały one odesłane do jednego z historyków, który pisał publikację o obozie jenieckim, w którym ten się znajdował – i nigdy nie wróciły. A może właśnie w tych materiałach natrafiono by na konkretne informacje dotyczące okoliczności i daty nadania pierścienia.

 

W numerze NŁ z 22 stycznia tego roku przytoczyliśmy przypuszczenia dotyczące historii pierścienia 10 pułku, który trafił do łowickiego muzeum – snute m. in. przez  wicedyrektora Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1 przy Podrzecznej, Stanisława Grzelaka. Wśród nich było m. in. to, że pierścień musiał być własnością dowódcy pułku pułkownika Mariana Krudowskiego. Przeciętny porucznik, a tym bardziej zwykły żołnierz, na taki pierścień pozwolić sobie nie mógł, tak więc już względy materialne wskazują, iż należeć on musiał do dowódcy – napisaliśmy na podstawie wypowiedzi wicedyrektora. Słowa córek Jana Czarnika przeczą jednak tym stwierdzeniom. Pamiętam jak ojciec pewnego dnia wrócił w galowym mundurze do domu, szczęśliwy, mocno wzruszony i wyciągnął z kieszeni pudełeczko, w którym znajdował się pierścień identyczny jak ten, który pokazano na zdjęciu w Łowiczaninie. Jaka to była okazja? Nie pamiętam, wiem jedno, że pierścieni takich było na pewno pięć – mówił nam o tym ojciec (podkr. Red.). Jeden otrzymał on, kto pozostałe, nie pamiętam, ale na pewno byli to żołnierze zawodowi 10 Pułku i to sami oficerowie – powiedziała nam Janina K.

 

Siostry nie są pewne co do roku, w którym wyróżniono żołnierzy pierścieniami, były wtedy jeszcze dziećmi – ich zdaniem nie był to rok 1939, ojciec wrócił do domu z pierścieniem, gdy były na drzewach liście i była słoneczna pogoda – tak to pamiętają. W marcu 1939 roku 10 pułk został postawiony w stan mobilizacji i wiosną ojciec zniknął z ich życia, gdy pułk wyruszył w okolice Bydgoszczy, gdzie zajął pozycje obronne. W rachubę wchodzić może więc raczej rok 1938, okazją ich zdaniem do tego mogła być data 28 czerwca – tego dnia odbywało się święto pułkowe. Dodatkową okazją, którą trzeba wyraźnie podkreślić był fakt, że 1938 rok był rokiem jubileuszu 20-lecia istnienia pułku.

 

W tym roku takie okrągłe jubileusze obchodziła spora liczba pułków i to także było dla nich specjalną okazją do wręczania pierścieni pułkowych.Czerwcowe święto 10 PP zawsze było przygotowywane z dużym rozmachem i niejednokrotnie gościły na nim najwyższe władze wojskowe kraju. W 1937 roku uczestniczył w nim m. in. wódz naczelny marszałek Edward Śmigły-Rydz, który, jak wyczytaliśmy z artykułu zamieszczonego w Życiu Gromadzkim wydawanym do końca 1937 roku w Łowiczu, wręczył kilkunastu osobom odznaki pułkowe. Nie należy jednak mylić odznak pułkowych ze złotymi pierścieniami, to nie jest to samo. Dalsze informacje w prasie z 1937 roku dotyczące sierpniowego święta Wojska Polskiego także nic nie przyniosły. O pierścieniach nie ma także nic w informacjach dotyczących przypadającego na ten rok 800-lecia Łowicza, które było obchodzone bardzo hucznie. Pozostaje więc rok 1938, ale niestety, w Łowiczu, w muzeum, czy w archiwum miejskim nie ma roczników z prasą z tego roku.

 

Zapomniany epizod historii

Zwróciliśmy się o pomoc do znanego historyka prof. Wiesława Jana Wysockiego, autora jedynej pełnej monografii 10 Pułku Piechoty. Powiedział nam, że w czasie zbierania materiałów do swojej książki nie spotkał się z tematem pierścieni 10 pułku, choć w znaczącej mierze opierał się w swych poszukiwaniach na dokumentach, w tym na rozkazach dziennych, jakie pozostały po pułku w Archiwum Wojskowym w Rembertowie.

 

Nie wykluczone, że zostało to przeoczone w czasie moich prac, ponieważ dokumenty pułku, zwłaszcza z ostatnich lat, są mocno zdekompletowane – powiedział nam Wysocki. W czasie pracy naukowej spotkał się on kilkakrotnie z podobnymi pierścieniami w pułkach przedwojennej armii polskiej.  Wręczono ich jednak niewiele i tylko ze szczególnych okazji. Nie był zdziwiony, gdy pierścień pojawił się w Łowiczu – uważa to za duże wydarzenie i kolejny element odkrywanej powoli wiedzy o 10 Pułku Piechoty. Profesor Wysocki, powiedział nam, że wróci do tematu pułku i postara się wyjaśnić zagadkę związaną z pierścieniami.

 

Walerian Warchałowski dyrektor łowickiego muzeum, jak przyznał w rozmowie z nami, o pierścieniu nie może powiedzieć więcej niż w dniu, gdy trafił on do kolekcji łowickiego muzeum. Dla nas muzealników istotnym faktem jest pojawienie się tego obiektu. Oczywiście sprawdziliśmy jego autentyczność, m. in. przez to, że dokonana została na nim zmiana próby, a to miało miejsce zaraz po II wojnie światowej – powiedział. To, co wiąże się z jego pochodzeniem, okolicznościami gdy się pojawił, czy było więcej pierścieni i kto je otrzymał – to pytania, które powinien sobie zadać historyk, który zajmie się w przyszłości tematem 10 PP, w tym także pierścieni. Muzeum nie będzie podejmować takich badań ze względu na skromne siły jego załogi, jak i  z tego względu, że wykraczałoby to poza zadania i kompetencje muzeum. Warchałowski dodał także, że pierścień jest zachowany w bardzo dobrym stanie. To, że Pułk posiadał pierścienie, w rozmowie z nim potwierdziły niedawno bratanice dowódcy pułku płk Mariana Krudowskiego. Ale te także nie były w stanie powiedzieć nic więcej. Eksponat, najcenniejszy spośród pamiątek po 10 PP trafi na ekspozycję jemu poświęconą jeszcze w tym roku.

 

Zdaniem sprzedającego

Kolekcjoner i historyk Bohdan Kowalczyk, który sprzedał pierścień do muzeum w Łowiczu, powiedział nam, że nie wie nic na temat historii pierścienia. Był w mojej kolekcji ponad 20 lat. Trafił do mnie kupiony wraz z innymi rzeczami w stanie bardzo złym, pokryty patyną i zanieczyszczony, co wskazywać może, że przechodził ciężkie koleje losu. Przez cały ten czas próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o jego pochodzeniu. Nadaremnie. Jego historia okryta jest tajemnicą, jest bardzo mało dokumentów pozostawionych przez 10 Pułk, mnie nie udało się dotrzeć do żadnego, który rzuciłby światło na tę sprawę – powiedział nam Kowalczyk. On też poddaje w wątpliwość, by pierścień został wręczony sierżantowi. Z jego doświadczenia badacza spotykał się tylko z przykładami wręczania pierścieni kadrze oficerskiej, czyli porucznikom, kapitanom, majorom, pułkownikom. Działo się tak też m. in. dlatego, że był zwyczaj, że za taki pierścień osoba nim wyróżniona musiała zazwyczaj zapłacić – taki był zwyczaj w polskiej armii. Pierścień był przedmiotem zbytku, ale jednocześnie symbolem pozycji oficera i jego więzi z armią. Zgodnie z kodeksem honorowym musiał, po akceptacji ciała opiniującego jego osobę do wręczenia pierścienia, sam pokryć koszty związane z jego wykonaniem. Pod wątpliwość poddał także liczbę pięciu żołnierzy, którzy mieliby być wyróżnieni pierścieniami, jak i intencje córek Jana Czarnika. Tak też zagadka pierścienia po rozmowie z Kowalczykiem staje się jeszcze bardziej zagadkowa.

 

Sierżant też dostał

Ostatecznie o racji córek przekonują jednak słowa żołnierza 10 PP, we wrześniu 1939 roku kaprala dziś w randze porucznika w stanie spoczynku – Antoniego Borysa. – Pamiętam święto pułkowe w 1938 roku, to była wielka uroczystość. Na placu pod nowymi koszarami przy obecnej ul. Seminaryjnej stanął cały pułk. Wtedy wręczono pierścienie, było ich pięć i na pewno dostał jeden Czarnik. Dlaczego? Dziś nie wiem, był on żołnierzem wyróżniającym się, zasłużonym, służącym w pułku od początku. To że on dostał pierścień pamiętam, bo był jedynym podoficerem, w grupie wyróżnionych. Pozostałych nazwisk dziś nie pamiętam – opowiedział nam Antoni Borys, dziś mający 90 lat,  w 1938 roku 24 lata.

 

Kim był Jan Czarnik

O Janie Czarniku niewiele dowiedzieliśmy się od córek. Pochodził z Rzeszowskiego, przygodę z wojskiem rozpoczął w bardzo młodym wieku. Prawdopodobnie w czasie I Wojny Światowej walczył lub przebywał gdzieś we Włoszech – opowiadał o tym córkom.  Z pułkiem związany był od samego początku, czyli od jego powstania w 1918 roku w Cieszynie. Pani Janina wspomina, że w czasie ćwiczebnych alarmów, które odbywały się w jednostce był on zawsze wzywany do pułku przez żołnierza – posłańca. – Pamiętam to pukanie do okna i wołanie „Szefie, szefie alarm, niech Pan wstaje”. Córki nie wiedzą jednak na pewno czy walczył na wojnie bolszewickiej, na której pułk wsławił się kilkoma zwycięskimi bitwami.

 

W czasie walk w 1939 roku Jan Czarnik dostał się do niewoli, córki także nie potrafią powiedzieć gdzie, trafił do obozu we Wrocławiu. Tam został wzięty z grupą jeńców do robót, sprzeciwił się jednak żołnierzowi niemieckiemu, za co dostał cios kolbą karabinu w twarz. Po tym incydencie opuścił Wrocław i ostatecznie trafił do Stalagu VI w Krefeld. Był tam do końca wojny. Przez cały czas towarzyszył mu kolega z 10 Pułku, także starszy sierżant Wacław Sobolewski. Do Łowicza wrócił wiosną 1946 roku, zresztą razem z Sobolewskim. Szłam ulicą Floriana i zobaczyłam dorożkę, w której siedzieli wojskowi. Jeden z nich wydał się mi bardzo znajomy, po chwili poznałam w nim ojca. Tak się spotkaliśmy po 7 latach rozstania – wspomniała w rozmowie z nami Janina K. Po wojnie Jan Czarnik odszedł z armii i został pomocnikiem Powiatowego Lekarza Weterynarii, zajmował się szczepieniem krów.

 

Kradzież

Historia pierścienia, który dostał sierżant, jest bardziej dramatyczna od historii jego właściciela. Jan Czarnik miał go na palcu kilka razy w życiu. Nie lubił złotych ozdób, nie nosił nawet łańcuszka z medalikiem i obrączki. Pierścień trafił do szuflady, potem gdzieś między ubrania na półce w szafie, przeleżał tam cały okres okupacji, podczas gdy inne rzeczy, jak roczniki pism żołnierskich czy szabla, trafiły do dołu na podwórku, by nie były dowodem dla Niemców, że w rodzinie jest wojskowy. W czasie okupacji nigdy nie przyszło nam do głowy, by go sprzedać, choć było naprawdę ciężko, ojciec nigdy by tego nam nie wybaczył. Pierścień miał dla niego wielką wartość, a my starałyśmy dać sobie radę same – wspomina pani Stefania.

 

Po wojnie pierścień nadal był w szufladzie, obok innych rodzinnych kosztowności. W 1970 roku do domu włamali się złodzieje i skradli wszystko, co było cenne. Pierścień zniknął, choć w pamięci córek żołnierza 10 Pułku Piechoty pozostał na zawsze. Obie córki żałują bardzo, ale nie mogą nam więcej powiedzieć o swoim ojcu. Dokumenty dotyczące jego wojennej tułaczki i pobytu w stalagu zostały w komplecie przekazane jednemu z badaczy tematu stalagu w Krefeld. Było to w latach 80., do tej pory nie dostały od niego zwrotu tych materiałów. One same nigdy nie pomyślały, by spisać opowieści ojca, by pozostały świadectwem jego życia. Szkoda, mogłybyśmy wtedy powiedzieć o wiele więcej, a tak wielu rzeczy nie jesteśmy pewne, mamy wiele wątpliwości co do istotnych faktów –  powiedziała nam pani Janina. Nie trzeba udowadniać, że jedną z tych wątpliwości jest ta, czy pierścień, który trafił do muzeum z rąk kolekcjonera jest tym, który przed laty skradziono sierżantowi Czarnikowi – czy jedynym z czterech pozostałych.

 

Historia pierścienia dowodzi jak niewiele wiemy o 10 Pułku Piechoty, który w okresie międzywojennym był wpisany mocno w życie miasta. Rozmawiając z historykami i pasjonatami Łowicza, w celu potwierdzenia słów córek Jana Czarnika, często słyszeliśmy opinię, że Łowicz po wojnie zapomniał o 10 Pułku i o tradycjach z nim związanych. – Może nadszedł czas, by przywrócić w mieście zwyczaj czczenia przypadającego na 28 czerwca święta pułkowego – koncertem, spotkaniem towarzyskim, odczytem, czy rajdem turystycznym. Przed wojną było to wielkie wydarzenie. Warto przecież, by pamięć o „Dziesiątakach”, którzy walczyli z bolszewikami, a potem z Niemcami, by historia nie zaginęła i stała się bardziej dostępna dla mieszkańców miasta – powiedział nam jeden z rozmówców.

Zaintrygowani historią pierścienia 10 Pułku Piechoty apelujemy do wszystkich osób, które mogłyby rzucić odrobinę światła na okoliczności, w jakich został on wręczony żołnierzom 10 Pułku, by zgłosiły się do redakcji Nowego Łowiczanina.

 

KH nr 2 (6), lipiec 2004 r

(Tomasz Bartos)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.