Nadszedł czas na dalszy ciąg wspomnień Zbigniewa Gronczewskiego, wielokrotnego maratończyka,  nauczyciela wychowania fizycznego przez wiele lat związanego ze Szkołą Podstawową nr 2 w Łowiczu i Szkołą Podstawową nr 3 w Łowiczu,  ze swoich występów w biegach. Dzisiejsza opowieść rozpoczyna się w Berlinie…

 Gogo

Sukcesem zakończył się dla Zbigniewa Gronczewskiego dwunastogodzinny start w sztafecie w Gerze. Fot.: archiwum.

Przez Berlin, Biel, Gerę do Riccione

W Europie organizowanych jest wiele maratonów. Każda stolica europejska ma swój bieg maratoński, każdy kraj organizuje wiele biegów na dystansie 42 km i 195 m.I chociaż każdy maraton jest trudny do pokonania, każdy ma tą samą długość, to jednak każdy jest inny. Przede wszystkim różnią się od siebie szeroko pojętą organizacją oraz profilem trasy, z czym związana jest często liczba startujących, oraz ich klasa. Najlepsi biegają maratony 2-3 razy w roku, w związku z tym „szukają miejsca”, w którym można uzyskać dobry wynik, a sprzyja temu ukształtowanie trasy biegu. Płaska trasa, to podstawowy warunek pobicia rekordu życiowego, zwycięstwa, lub uplasowania się w ścisłej czołówce. Takie trasy posiadają Paryż, Londyn, Rotterdam i Berlin. Dlatego też w tamtejszych biegach bierze udział po kilkadziesiąt tysięcy zawodników.

Berlin przyciąga zawodników z Polski swoją bliskością, wielkością oraz prestiżem. Prestiż maratonu berlińskiego podniósł jego zwycięzca z roku 1998 brazylijczyk Ronaldo Da Costa, który uzyskał wynik 2:06,05 h. Wynik ten był wówczas najlepszym na świecie. Miałem szczęście biec z tym zawodnikiem w jednym biegu. Maraton ukończyłem z rezultatem 2:53,42 h.

Bardzo dobrą reklamą Maratonu Berlińskiego są jego uczestnicy. Organizatorzy wychodzą z założenia, że biegacz zadowolony z uczestnictwa, będzie chciał pobiec w Berlinie jeszcze raz, a przy okazji nakłoni swoich znajomych do startu w stolicy Niemiec. Niemiecka doskonała organizacja, płaska trasa, dobry termin (koniec września), to duże atrybuty w rękach organizatorów.

Maraton w Berlinie, to również szereg imprez towarzyszących, które trwają kilka dni. Są to targi sportowe, na których można się zaopatrzyć w sprzęt oraz wszystkie akcesoria potrzebne maratończykowi, łącznie z odżywianiem. Każda firma sportowa produkująca niezbędne wyroby do aktywnego trybu życia, zachęca kupujących niskimi cenami i profesjonalną obsługą.

To jest prawdziwy raj dla wszystkich amatorów biegania. Każdy liczący się maraton ma tutaj swoje stanowisko. W przeddzień maratonu obywa się „bieg śniadaniowy” na krótkim dystansie, który jest rozgrzewką przed głównym biegiem dla wielu jego uczestników. Popularna na całym świecie jazda na rolkach znalazła również uznanie organizatorów i amatorzy takiego sposobu poruszania się mają tutaj również swój maraton, tak jak na wielu innych imprezach.

Ponieważ mój start w Berlinie (1995 r.), był pierwszym moim udziałem w tak wielkiej imprezie, zawsze interesowało mnie jak są ustawieni zawodnicy na starcie i jak wygląda pomiar czasu przy tak dużej liczbie startujących. Okazało się, że problem ten był rozwiązany w bardzo prosty sposób. Zawodnicy zgłaszając się do biegu musieli podawać swój najlepszy wynik na dystansie maratońskim i stosownie do wyniku otrzymywali odpowiedniego koloru znaczek na numerze startowym. Na miejscu startu zawodnicy ustawiali się w boksach, przedzielonych taśmami w poprzek jezdni stosownie do swoich rekordów życiowych. Obowiązywały półgodzinne przedziały czasowe. Najlepsi ustawiali się z przodu, a z tyłu kolejno w swoich boksach, zawodnicy z gorszymi wynikami.

Przed pierwszym boksem było miejsce dla elity, czyli zawodników cieszących się specjalnymi względami organizatorów, a ich wyniki uzyskiwane na tym dystansie, stawiały ich w roli faworytów.

W momencie, kiedy oni kontynuowali rozgrzewkę, a mieli do tego dużo przestrzeni, pozostali zawodnicy stojąc w miejscu przedeptywali z nogi na nogę. Była jedna linia startu dla wszystkich, ale uczestnicy rozciągnięci byli na odcinku dobrych kilkuset metrów za nią. Problem pomiaru czasu rozwiązywało urządzenie elektroniczne CHAMPION CHIP, które każdy biegacz miał przytwierdzone do buta. Dzięki temu urządzeniu czas każdego maratończyka uruchamiał się w momencie przekraczania linii startu a nie tuż po strzale startera. Dzięki CHAMPION CHIP-owi możliwy był pomiar czasu na punktach kontrolnych (co 5 km) i oczywiście na mecie, pokonywanej nieraz jednocześnie przez kilkunastu biegaczy. Podobno, aż trudno w to uwierzyć, że 2 godziny po maratonie wszystko jest dokładnie uprzątnięte i odbywa się normalny ruch samochodowy.

Startując w Maratonie Berlińskim w 1995 roku miałem już spore doświadczenie wyniesione ze startów w biegach krajowych, ale tutaj nauczyłem się biec w grupie a raczej w tłumie. Do 33-go kilometra poruszałem się jak cześć fali, nie potrafiąc samodzielnie sterować własnym ciałem. Miało to chyba nawet dobry skutek, bo ja lubiłem bardzo mocno rozpoczynać wszystkie biegi i nie zawsze wystarczało mi sił do końca, a tutaj nie mogłem sobie poszaleć. Na 33-cim kilometrze opuściłem falę, miałem jeszcze dużo siły żeby przyśpieszyć i chyba pierwszy raz w biegu maratońskim minąłem metę niezmęczony.

W drugim swoim występie w Maratonie Berlińskim w roku 1997, dzięki wynikowi z poprzedniego biegu 3:05,44 h, byłem ustawiony na starcie w drugim sektorze i dało mi to możliwość przekroczenia linii startu kilka sekund po strzale startera. Rozpocząłem bieg „swoim tempem” czując prawdziwą radość z możliwości swobodnego poruszania się. Do 35-go kilometra pokonywałem każdy kilometr trasy w czasie poniżej czterech minut, ale ta bariera, którą zna każdy maratończyk (35 km) dała o sobie znać. Rozpoczęła się walka z własnym zmęczeniem, zapas energii zgromadzonej w organizmie powoli się kończył, czułem jak asfalt pali mnie w stopy. Czasami był to już marszobieg. Przekroczyłem metę z czasem 2:51,31 h i byłem niezadowolony z wyniku, chociaż był to mój najlepszy czas od kilkunastu lat. Teraz po latach byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł jeszcze tak pobiec…

W trzecim swoim występie w Maratonie Berlińskim w roku 1998, wystartowałem już z pierwszego sektora. Sam fakt, że stałem w pierwszej linii, przede mną była tylko elita i nie osiągnąłem tego dzięki dobrym łokciom, lecz dzięki własnym nogom i stało się to na jednym z największych maratonów świata, był dla mnie wielkim sukcesem. Chyba większym niż uzyskany przeze mnie wynik, chociaż był on gorszy tylko o dwie minuty od osiągniętego w poprzednim biegu. Maraton Berliński sprawił, że częściej odwiedzałem to miasto, biorąc udział jeszcze w czterech półmaratonach i jednym biegu na 25 km ze startem i metą na Stadionie Olimpijskim.

W ekstremalnym biegu w Biel Zbigniewa Gronczewski został sklasyfikowany na 23. miejscu. Fot.: archiwum.

Prawdziwym świętem biegania był Bieler Lauftage, odbywający się w Biel (Szwajcaria). Raz do roku zjeżdżali się tam biegacze z całego świata, aby spróbować swoich sił na morderczym dystansie 100 km. Bieg na 100 km w Biel, 44 km w Swabisch Gmünd (Niemcy) oraz 68 km Beim Rennsteiglauf (Niemcy), były zaliczane do Pucharu Europy w supermaratonach.

Oprócz biegu na 100 km organizowane były również zawody w maratonie, półmaratonie i ćwierćmaratonie. Bieg na dystansie 100 km rozpoczynał się o godz. 22-giej, a więc był to bieg nocny, natomiast biegi na pozostałych dystansach odbywały się następnego dnia w godzinach przedpołudniowych. Startowali również rolkarze, którzy rywalizowali na odcinkach od 40 km do 8 km. Wszyscy jednak oczekiwali na bieg główny, który był świętem nie tylko biegaczy, ale również mieszkańców Biel, oraz kibiców zgromadzonych na trasie biegu, wśród których było wielu Polaków. Był to dystans ekstremalny nie tylko ze względu na jego długość, ale również dlatego, że był biegiem nocnym z licznymi bardzo trudnymi podbiegami, oraz o zmiennym podłożu. Organizatorzy, pragnąc dać satysfakcję wszystkim zawodnikom, a więc również tym, którzy nie zniosą trudów całego dystansu, ustawili trzy mety, na 38 km, 58 km oraz 82 km.

Biegacze, którzy przeliczyli się ze swoimi siłami finiszowali i byli klasyfikowani na w/w dystansach. To był chyba jedyny taki bieg na świecie, którego organizatorzy stworzyli możliwość rywalizacji każdemu, szczególnie wtedy, kiedy przychodzą trudne chwile uniemożliwiające kontynuowanie walki na całym dystansie.

W trakcie próby pokonania setki w Biel (1995r.), skorzystałem z pierwszej wersji mety i zostałem sklasyfikowany na 23 miejscu. Wracałem do Biel jeszcze trzykrotnie startując na nietypowym dystansie 10,5 km, na którym w roku 1997 osiągnąłem 37,02 min, zajmując 6 miejsce w klasyfikacji generalnej.

Sporymi sukcesami zakończyły się dla mnie dwukrotne starty w sztafetach dwunastogodzinnych w Gerze w latach 1997-1998. Reprezentując barwy Skierniewic znalazłem się w trzyosobowym składzie „Truchtu”. Były to próby, które można porównać, biorąc pod uwagę wysiłek, do biegu na 100 km. Trasę biegu stanowiła 3,5 km pętla, na której musiał znajdować się jeden zawodnik z trzyosobowej ekipy każdej ze sztafet. Każda z ekip mogła dowolnie decydować o tym, po ilu okrążeniach dokona zmiany w strefie zmian.

My postanowiliśmy zmieniać się po czterech okrążeniach trasy. Taka taktyka pozwalała na prawie dwugodzinny odpoczynek, podczas którego można było się wykąpać i skorzystać z masażu. Trzeba podkreślić, że organizatorzy byli bardzo dobrze przygotowani do kontroli biegających. Na olbrzymiej tablicy zaznaczano przyklejając czarny pasek każdej drużynie po pokonaniu kolejnego okrążenia. Tworzyła się z tego jedna linia, pozwalająca na bieżąco odczytać dystans pokonany przez każdą z drużyn. Start był o godzinie siódmej rano, a koniec biegu oznajmiano wystrzałem armatnim o siódmej wieczorem. Wtedy każdy zawodnik kontynuujący bieg, musiał się zatrzymać i poczekać na zmierzeniu pokonanego końcówki dystansu za pomocą taśmy. Sędziowie nie mieli problemów z pomiarem, ponieważ ostatnie pół godziny biegu odbywało się na bieżni stadionu.

W 1997 roku ukończyliśmy rywalizację na czwartym miejscu, a w roku 1998 na miejscu trzecim z wynikiem 173,3455 km, pokonując 21 sztafet, w tym faworyzowanych Amerykanów. Będąc dobrze przygotowany do tej próby, pokonałem 61 km, znajdując się na trasie 3:55 h.

Ukoronowaniem moich startów w biegach zagranicznych był udział w VI Mistrzostwach Świata Weteranów w Riccione (Włochy), w dniach 22 maja – 26 maja 2002 roku. Był wtedy planowany mój udział w maratonie w Nowym Jorku, ale po namowach jednego ze znajomych z Warszawy, postanowiłem zmienić plany. Byłem zgłoszony do biegu na dystansie 10 km, ale w rezultacie pobiegłem na trzech dystansach, wspomnianych 10 km w półmaratonie (21,0975 km) oraz w sztafecie Cross Country 4×5 km. Dystans półmaratonu pokonałem za kolegę, który się rozchorował, a w sztafecie pobiegłem dzięki temu że można ją było wystawić dosłownie w ostatniej chwili. I właśnie w sztafecie otarliśmy się o medal mistrzostw świata. Biegłem na ostatniej zmianie przejmując pałeczkę od kolegi, który wywrócił się na trasie i przyprowadził polską sztafetę na 12 miejscu.

W trakcie swojej zmiany wyprowadziłem naszą ekipę na 5 miejsce i tyle tylko mogłem zrobić. Wygrała Szwajcaria przed Wielką Brytanią, Rosją i Włochami. Na pocieszenie pozostaną mi wspomnienia z tych zawodów, z samego udziału, z faktu pokonania wielu znakomitych zawodników z czołówki światowej, którzy już mieli wtedy lata świetności za sobą, ale spotkanie z takimi na trasie biegu, zawsze dostarcza wielu wrażeń.

Teraz po latach myśląc o swoich startach, dochodzę do wniosku, że nie liczą się dla mnie wyniki, jakie uzyskiwałem, tylko umiejętność swobodnego i szybkiego poruszania się, z czym teraz niejednokrotnie mam problemy.

Zbigniew Gronczewski

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.