Jak wyglądała inseminacja krów pięćdziesiąt lat temu w Łowickiem, wspomina Wacław Rybus. Który ma być, prawdziwy czy szklany? –  z takim pytaniem zwracał się do rolników przybyłych z krowami, gotowymi do zacielania, Jan Makowski ze wsi Klewków w roku 1957, prowadzący punkt kopulacyjny buhaja i już przeszkolony na inseminatora. Jesienią 1956 roku, po uruchomieniu w Łowiczu przy ul. Topolowej Państwowego Zakładu Unasieniania Zwierząt, Makowski zgłosił się na przeszkolenie i w roku 1957 rozpoczął sztuczne unasienianie krów.

 

Z momentem otwarcia „punktu” unasieniania zwierząt inseminator nie zlikwidował utrzymywanego buhaja. Prowadził jednocześnie punkt kopulacyjny i inseminacje.  Niby paradoks, naturalny czy szklany, ale to pozwalało na delikatne wejście z nowym i tworzenie się w okolicy opinii, że krowy mogą być zacielone także „szklanymi”. Decyzja o takim rozwiązaniu sprawy była znakomitym przyczynkiem późniejszych sukcesów inseminacji krów w tym rejonie. W tamtym czasie wcale nie było łatwe zdobycie zaufania rolników do nowej metody zapładniania krów. Prawdę mówiąc rolnicy byli wręcz przeciwni sztucznemu zapładnianiu.Powszechnie mówiono, że to jest nawet „grzeszne działanie”, robić coś takiego. Nie dawano również wiary, że jakaś mała probówka szklana z nasieniem buhaja i to rozcieńczonym, może zastąpić żywego buhaja.

 

Pierwsi do unasieniania swoich krów dali się namówić krewni inseminatora, bliscy znajomi i przodujący hodowcy, którzy dowiedzieli się jakiej wartości hodowlanej są buhaje w zakładzie w Łowiczu. Ta grupa rolników – hodowców, dążyła usilnie do poprawy produkcyjności posiadanych krów. Bo to przecież proste – więcej mleka i to większej zawartości tłuszczu – to większa kasa. No i udało się. Po normalnym dziewięciomiesięcznym okresie ciąży, krowy zaczęły się wycielać. Rodziły się pierwsze cielęta „po szklanym”. A więc jednak jest! Te pierwsze już tak na oko wyglądały jakby korzystniej w urodzie od tych dotychczasowych, po buhajach z punktów kopulacyjnych. I rzeczywiście, pochodziły przecież od buhajów zakupionych z najlepszych hodowli bydła holenderskiego.

 

Oczywiście, sam wygląd urodzonych po inseminacji cieląt był ważnym argumentem wspierającym inseminację. Nie zdecydowało to jednak o zmianie przekonań rolników, co do metody sztucznego unasieniania krów. Toteż inseminator przy każdej okazji wyjaśniał rolnikom jakie korzyści wnosi inseminacja. Po dwuletniej działalności punktu okazało się, że buhaj jest już niepotrzebny. Liczba unasienianych krów z roku na rok wzrastała. I tak w 1958 inseminator unasieniał 170 krów, a w roku 1961 liczba unasienianych sztuk osiągnęła 379. Równoległe do wzrostu ilościowego unasieniania krów, poprawiła się skuteczność zacieleń. W roku 1958 wynosiła 85%, a w roku 1961 przekroczyła 95%. To było ważne, bo opinie o niezacielaniu się krów inseminowanych bardzo utrudniały pracę. Takie krowy się zdarzały, ale były to krowy chore, które należało przedstawić do badania lekarzowi. Opinie jednak urabiano na wyrost: inseminowana równa się niezacielona. Sprawa to została wyjaśniona dzięki obowiązkowym badaniom lekarskim krów unasienianych, czy została zacielona.  Przy badaniu takim lekarz najczęściej usuwał przyczynę niezacielenia. Ostatecznie wskaźnik zacieleń wzrastał.

 

Tak wyglądały początki wprowadzonej inseminacji krów w latach 1955-1957,  w którym to okresie Zakłady Unasieniania Zwierząt były prowadzone przez Wydziały Weterynarii Zarządu Rolnictwa. W roku 1958 nastąpiła zmiana – Zakłady Unasieniania Zwierząt zostały przekazane Wojewódzkim Wydziałom Hodowli Zwierząt. Była to trafna decyzja, bo to hodowcy prowadzą doskonalenia hodowlane a lekarze zabezpieczają ich zdrowie. Pierwsza ważna sprawa wynikająca z tego zarządzania to możliwość ukierunkowania odpowiedniego instruktażu wspierającego wprowadzanie inseminacji jako metody hodowlanej, poprawiającej produkcyjność następnego pokolenia krów. Do Zakładów Unasieniania wprowadzono więc etaty hodowców, których zadaniem było propagowanie inseminacji, nie tylko wśród rolników posiadających bydło, ale i wśród całej służy rolnej powszechnie znanej jako agronomowie. Sztuczne unasienianie zwierząt było wprowadzone w Polsce niejako z rozbiegu. Temat stanowił zupełne novum. W omawianym okresie lat pięćdziesiątych, nikt nawet na uczelniach typu rolnego ani w szkołach średnich, nie uczył o stosowaniu sztucznego  zapładniania w rozrodzie zwierząt. Było więc nad czym prawować. Najpierw nad sobą, a potem ze wszystkimi.

 

Sam przekonałem się o tym wielkim novum, prowadząc szkolenia nieomal w każdej wsi w powiecie łowickim i co znaczniejszych wsiach w pozostałych powiatach naszego regionu. Te zebrania szkoleniowe udawały się. Były liczne, ale pełne niewiary, często nawet oburzenia w stosunku do omawianego tematu. No bo jak? Nie ma buhaja w procesie zapładniania krowy – a ciele jest. Myślę po pięćdziesięciu latach, że z tej właśnie racji powstało określenie metody sztucznego zapłodnienia „szklany byk”, gdyż inseminator zabieg unasieniania wykonywał sztuczną pepitą. Potęga tego określanie była kpiarsko znacząca – na nie inseminacji! W skutkach zaś, prelegenci, którzy tego zagadnienia na spotkaniach z rolnikami nie rozwiązali, osiągali mierne efekty. Mnie to się chyba udało. Zwrot ten usłyszałem na jednym z pierwszych spotkań, nie pamiętam na którym, jedna z gospodyń uczestniczących w zebraniu szkoleniowym starała się udowodnić krzywdę jaką sztucznym zapłodnieniem wyrządza się krowom – No bo jak, zacielona bez buhaja? I to zwierzęciu zabieracie?

 

Rzetelne, fizjologiczne omówienie sprawy publicznie na szkoleniu, przynosiło jednak efekt. Znaczącą sprawą w tworzeniu pozytywnej opinii o zaletach inseminacji było włączenie wyróżniających się hodowców do tego działania. Chodziło o tych rolników, których obory były objęte kontrolą wydajności mlecznej krów. W rejonie PZUZ w Łowiczu było ich sporo. Wyróżniał się w tym względzie hodowca Zygmunt Gasik z Niedźwiady. Gasik już w roku 1956 dochował się pierwszej cieliczki od krowy Lalka I z wydajnością mleka około 6000 l przy zawartości tłuszczu 3,6%. Jej córka Lalka II uzyskana z inseminacji była lepsza od już dobrej wydajności matki gdyż jej laktacja wynosiła ponad  7000 litrów mleka przy zawartości tłuszczu 4,1%. Był to pierwszy udokumentowany znakomity sygnał tego, co inseminacja wnosiła do obór wszystkich naszych rolników.

 

Zasadniczy argument w tym względzie, gwarantujący uzyskanie znaczącej poprawy produkcyjności następnych pokoleń naszych krów – to wysokiej wartości genetycznej buhaje. Zakład w Łowiczu działał  w oparciu o zakupione w Holandii buhaje preferenty (preferent to buhaj podnoszący wydajność produkcyjną swojego potomstwa), wywodzące się z najlepszych linii hodowlanych bydła rasy nizinno czarno-białej. Potomstwo tych buhajów zmieniło również typ budowy chowanego w latach sześćdziesiątych bydła. Hodowcy określali typ starego bydła zbliżony do kształtu wydłużonego trójkąta. Uzyskane potomstwo wyrastało zamykając się w kształcie wydłużonego prostokąta. A więc mała głowa, dobrze umięśniona szyja, szeroki zwięzły kłąb, głęboka klatka piersiowa, mocny grzbiet, szeroki, prosty zad – typ bydła mięsnego. Produkcyjność potomstwa przedstawionych buhajów również była wspaniała. Opracowane indeksy – porównanie wydajności matki z wydajnością córki wypadły nadzwyczaj korzystnie.  Córki przewyższały wydajnością matki średnio biorąc o ponad 1000 litrów mleka przy zawartości tłuszczu ponad czterech procent, co daje zwyżkę o około 0,5%.

 

I tu nie ma w wyliczeniu pomyłki – najlepszym potwierdzeniem wzrostu produkcji mleka w rejonie powiatu była decyzja o budowie w roku 1971 nowoczesnego zakładu mleczarskiego. I jeszcze jeden obrazek, który wniosło samo życie. Otóż w 1969 roku opuściłem Zakład  w Łowiczu podejmując pracę w Warszawie. Do Łowicza i mojej rodzinnej wioski Bocheń ciągnęło. Z Warszawy do Łowicza najczęściej przyjeżdżałem pociągiem. A w pociągu nieplanowane spotkanie. W przedziale dosiadłem się do mężczyzny wyglądającego na rolnika. Nie pomyliłem się, z podjętej rozmowy wynikało, że wraca do Bednar, a gospodarstwo rolne ma w Kompinie i hoduje sześć krów. Pytany o ich produkcyjność z dumą odpowiedział: – Teraz, panie, to są krowy po inseminacji. Dają, panie, po dwa tysiące litrów wincy jak stare. A mleczarnia płaci panie, prawie za 4% tłuszczu. Pilnowały panie roboty i wyszło…

 

Nie odkryłem się rozmówcy kim jestem. Ale byłem wielce uradowany z oceny wystawionej po latach działania inseminacji. Tym to ważniejsze, że ocena została przedstawiona tak na wprost i bez najmniejszej sugestii o jej przedstawienie. Ot, po prostu tak było w Kompinie i pozostałych wsiach rejonu działania Zakładu Unasieniania Zwierząt w Łowiczu. Serdeczne gratulacje tą drogą wszystkim hodowcom bydła, że dochowali się wspaniałych zwierząt. I serdecznie dziękuję wszystkim inseminatorom za ich pracę – oceną zasłyszaną od rolnika – hodowcy ze wsi Kompina „Panie, pilnowały roboty i wyszło”.

KH nr 2 (13),  sierpień 2006 r.

(Wacław Rybus)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.