W deszczowy poniedziałek 8 września br. w Alei Zasłużonych na łódzkim Cmentarzu Komunalnym na Dołach pochowano zmarłego 31 sierpnia wybitnego malarza, Honorowego Obywatela Miasta Głowna, profesora Wiesława Garbolińskiego. Artystę żegnali liczni przedstawiciele władz samorządowych, ludzie sztuki, rodzina i przyjaciele. Odszedł człowiek wielki, który światu pozostawił po sobie imponujący dorobek w postaci licznych dzieł, a którego bliscy wspominają jako wyjątkowo ciepłego i dobrego człowieka. Człowieka, który od splendorów świata sztuki chętnie wracał w zacisze niewielkiego domku po rodzicach na ulicy Kopernika w Głownie. Tutaj, jak wspomina jego żona, Halina Strzyż-Garbolińska, najchętniej malował. W ogrodowej altanie powstawały liczne rysunki i szkice do dzieł mistrza. Pamiętając o tym, wdowa po zmarłym zamierza upamiętnić męża najpierw tablicą pamiątkową na głowieńskim domu, a w przyszłości także utworzeniem tutaj poświęconej mu izby pamięci.

Dzieciństwo i młodość

Właśnie w tym domku, gdzie przed wieloma dziesięcioleciami mieszkał jako dziecko przyszły mistrz ze swoimi rodzicami i bratem, spotkaliśmy się z panią Haliną (choć w metryce i dowodzie wpisano jej imię Helena), by wysłuchać jej opowieści o ciekawym życiu pary artystów, którzy poznali się na Akademii Sztuk Plastycznych w Krakowie. Zanim jednak do tego doszło, napiszmy kilka słów o najwcześniejszym okresie życia Wiesława Garbolińskiego Z pochodzenia był głownianinem. Urodził się 2 stycznia 1927 roku w niezamożnej rodzinie Jadwigi (z domu Pietrasiak) i Władysława Garbolińskiego, którzy pochodzili ze Strykowa. Ojciec z zawodu był młynarzem, lecz nie posiadał młyna i pracował sezonowo jako strycharz – przy wyrabianiu cegieł. Zajęcie nie zaspokajało w pełni życiowych potrzeb rodziny i Garbolińscy żyli bardzo skromnie. Wiesław miał starszego brata Stanisława, który później został zawiadowcą na kolei i pracował na dworcu Łódź Kaliska. Wiesław Garboliński swoje pierwsze kroki w świecie sztuki stawiał pod kierunkiem nauczyciela i dyrektora głowieńskiej Szkoły Podstawowej nr 2 Aleksandra Orczykowskiego, który zaszczepił w nim miłość do dzieł Wyspiańskiego, Axentowicza i Matejki.

W czasie okupacji ojciec i brat Wiesława Garbolińskiego zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Niemiec, a na barki nastoletniego chłopca spadł ciężar utrzymania matki i siebie. Pracował jako pomocnik artysty Feliksa Paszkowskiego przy tworzeniu polichromii w kościele pw. św. Jakuba Apostoła. Artysta otoczył utalentowanego chłopca ojcowską pieczą i wiele go nauczył. Później Wiesław Garboliński ubolewał, że polichromia Paszkowskiego została w końcówce lat 70. zakryta wątpliwej urody malowidłami.

Studia i małżeństwo

Po wojnie, już jako pełnoletni młodzieniec, Wiesław Garboliński ukończył liceum dla dorosłych w Łodzi, zdając maturę w 1948 r. W latach 1948-1954 studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Do swojej pracowni wybrał go ceniony malarz Zbigniew Pronaszko, co było znaczącym wyróżnieniem. Później, na skutek zmian natury administracyjnej na uczelni, student z Głowna dostawał się kolejno pod skrzydła prof. Adama Marczyńskiego i prof. Wacława Taranczewskiego. W 1954 wyjechał na studia aspiranckie w Instytucie Rzeźby i Architektury w Leningradzie (dzisiejszym Sankt Petersburgu).

W tym czasie na krakowskiej ASP studiowała również malarstwo przyszła pani Garbolińska – Halina Strzyż, pochodząca z chłopskiej rodziny z Lipiec Reymontowskich. Na krakowską ASP przeniosła się z Poznania i dostała się do pracowni prof. Hanny Rudzkiej-Cybisowej, rysunku uczył ją Jonasz Stern.

– Poznaliśmy się u koleżanki. Oni wtedy przyjechali na półrocze z Leningradu, czyli mąż z Marianem Koniecznym (autorem warszawskiej Nike – dop red.). Miałam taką koleżankę, już nieżyjącą, do której uderzał Konieczny.

Po pół roku znajomości Halina i Wiesław pobrali się 28 sierpnia 1955 r. – Nasze wesele studenckie odbyło się w mieszkaniu na Karmelickiej, które zostawił studentom Xawery Dunikowski. Na weselu zrobił się skandal, bo sympatia Koniecznego ciskała jabłkami na ulicę i w kogoś uderzyła. Ten przysłał milicję, Konieczny wziął winę na siebie i na zadanie dokumentu wyciągnął paszport (nie można było mieć równocześnie paszportu i dowodu), milicjant poprosił więc kogoś innego, zgłosił się mój mąż, też z paszportem. Wtedy milicjant stwierdził: „widzę, że tu jest porządne towarzystwo” i podał nam adres poszkodowanego, żeby się z nim porozumieć. Poszedł do niego Konieczny i okazało się, że obydwaj pochodzą z tej samej miejscowości i wspaniale się dogadali – wspomina weselny incydent profesorowa.

W pierwszych latach małżeństwa młoda żona kilkakrotnie odwiedzała męża studiującego w Leningradzie. Opowiada, że on sam bardzo intensywnie wówczas pracował, a każdą wolną chwilę poświęcał na wnikliwe oglądanie zbiorów dzieł sztuki w Ermitrażu.

Instytut mieścił się w ciągnącym się kilometrami kompleksie przepięknych budynków akademickich, wzniesionych nad Newą na polecenie carycy Katarzyny. Kiedy pani Halina wraca myślami do czasów, kiedy tam bywała z mężem, mówi: – To jest najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam. To jest coś cudownego! Zbudowane z wielkim rozmachem…

Po powrocie do Polski, w 1958 roku Wiesław Garboliński osiedlił się wraz z żoną Łodzi, skąd obydwoje mieli blisko do swoich rodziców w Głownie i Lipcach Reymontowskich. W tym samym roku na świat przyszła ich córka Matylda. Kiedy dorosła, poślubiła doktora medycyny Wiesława Niwalda, który dla państwa Garbolińskich okazał się wspaniałym zięciem, co podkreśla pani Halina. Matylda urodziła syna Ignacego (dziś 27-letniego) i córkę Weronikę (dziś 24-latkę). Córka państwa Garbolińskich zmarła zbyt wcześnie, w wyniku choroby, 11 listopada 2007 r.

Praca i powołanie

W Łodzi Wiesław Garboliński aktywnie włączył się w działania Związku Plastyków Polskich. Dużo tworzył, eksperymentował, a jego poszukiwania twórcze zyskiwały uznanie. Osiągnął warsztatową doskonałość i był jednym z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku. Tworzył w nurcie realizmu, przy czym nieobca była mu poetycka refleksja i często zaskakujące metafory. Jak sam mawiał, fascynowała go „rzeczywistość nieoczywista”. Miał wiele wystaw indywidualnych, wielokrotnie nagradzany i odznaczany, zapisał się w historii artystycznej Łodzi także jako rektor (w latach 1975-1981) Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (dzisiejszej ASP), na której to uczelni był wykładowcą do 2001 r. Jako pedagog i rektor cieszył się ogromną sympatią studentów, ponieważ nikogo nie wykluczał i potrafił wspierać w poszukiwaniu własnego stylu tych, których inni malarze wyrzucali ze swych pracowni jako mało utalentowanych i nieradzących sobie.

– Tacy stłamszeni, psychicznie poturbowani studenci przychodzili do mojego męża i zostawali artystami, dobrymi artystami. Mąż miał wielki dar, umiał wydobyć z młodego człowieka talent. Niekiedy zdarza się, że jakiś profesor jest na niskim poziomie etycznym i umysłowym i dopiero, jak pokaże studentowi, kto tu rządzi, to czuje się wielki. Mąż bardzo z tym walczył. Uważał, że to profesor jest dla studentów, a nie studenci dla profesora, bo jak zabraknie studentów, to profesorowie nie będą potrzebni – wspomina Halina Strzyż-Garbolińska. Ona sama, jako malarka, razem z mężem malowała polichromie w kościołach, co było pracą niełatwą, ze względu na bardzo wymagająca technikę fresku. Żona była pierwszym recenzentem jego prac, na niej też spoczywały sprawy bardziej codzienne i przyziemne, jak prowadzenie domu.

Od 2001 do ostatniego roku życia prof. Wiesław Garbiloński wykładał na Europejskiej Akademii Sztuki Antoniego Fałata w Warszawie. Ostatnie zajęcia ze studentami miał w tym roku. Już wtedy poważnie chorował, ale jak wspomina żona, kiedy jechał na zajęcia, to jakby zdrowiał.

Wiesław Garboliński należał do Związku Polskich Artystów Plastyków i pełnił funkcję prezesa jego łódzkiego oddziału (w latach 1972-1977). Był także wspołzałożycielem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików, a w latach 1985-89 – wiceprezesem zarządu głównego. Angażował się społecznie, był radnym, działał w wojewódzkiej komisji kultury.

A jak tworzył?

– Wstawał, zjadał śniadanie i brał się za malowanie. Zjadał obiad i jak było odpowiednie światło, to kolejne 2-3 godziny jeszcze pracował. Później szukał w książkach, wpatrywał się. Zawsze miał mnóstwo książek rozłożonych i czerpał z nich inspirację. Bardzo mocno był związany z Głownem, spędzaliśmy tutaj dużo czasu – opowiada pani Halina i nadmienia, że niestety, jako ludzie już w podeszłym wieku, nie mieli szczęścia do życzliwego sąsiedztwa.

Honorowe obywatelstwo

Autor wniosku o nadanie profesorowi tytułu Honorowego Obywatela Miasta Głowna, radny miejski Dariusz Młynarczyk wspomina, że będąc wybitnym człowiekiem sztuki, Wiesław Garboliński równocześnie był przemiłym człowiekiem, pełnym wewnętrznego ciepła.

– Nie miałem sam przyjemności studiować u profesora, ale moi znajomi, jego studenci, potwierdzali, że zawsze był wyrozumiały, zawsze chętnie słuchał ludzi, zawsze był świetnym nauczycielem akademickim, nie wynosił się ponad innych – mówi Dariusz Młynarczyk i dodaje: – Moi przyjaciele powtarzali, ze jako rektor ASP Garboliński był najlepszym gospodarzem, jak jeździli na plener, dostawali blejtramy, farby, wszystko potrafił zorganizować.

Tytuł Honorowego Obywatela Miasta Głowna uroczyście nadano profesorowi Wiesławowi Garbolińskiemu 15 czerwca 2007 r. Rok wcześniej, z okazji zbliżających się 80. urodzin mistrza, galeria Adiart wydała poświęcony mu album „Garboliński”.

Artysta odszedł w wieku 87 lat.

(ewr | ela.woldan@lowiczanin.info)

1 komentarz

  1. Sąsiedzi też nie mieli szczęścia do Pani Garbolińskiej. Skłócona jest ze wszystkimi sąsiadami, których obraża na każdym kroku. Jedną z nich nawet uderzyła w twarz co zakończyło się podstępowaniem sądowym i wyrokiem skazującym. Ponadto, uprawia ona jakieś gusła wywieszając na płocie korzenie krzewów i przywiązuje czerwone szmaty. Podeszły wiek nie jest wytłumaczeniem dla tak podłego charakteru, który jest dobrze znany w całej okolicy. Pan Garboliński był spokojnym człowiekiem, niestety jego żona to jego całkowite przeciwieństwo.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.