Sylwetka porucznika Teodora Tadeusza Sołtyszewskiego – żołnierza tułacza, więźnia sowieckich łagrów, uczestnika walk pod Monte Cassino. Jest jednym z wielu, którego przeżycia  z wojny 1939-1945 przez ponad 40 lat stanowiły temat „tabu”.  Przemijający czas zaciera ślady po najbliższych, a w pamięci współziomków zanikają dowody o jego istnieniu. Uważam więc za stosowne uchronić od zapomnienia i przybliżyć współczesnemu pokoleniu postać żołnierza tułacza, więźnia syberyjskich obozów, bohatera walk pod Monte Cassino. Teodor Tadeusz Sołtyszewski urodził się 17 kwietnia 1916 roku w Bocheniu  jako jeden z dziewięciorga dzieci w rodzinie Franciszka i Małgorzaty z Panków gospodarujących na 78 morgach ziemi (największe gospodarstwo w Bocheniu w okresie międzywojennym). Po ukończeniu miejscowej szkoły powszechnej i gimnazjum w Łowiczu dalszą naukę odbywał w Korpusie Kadetów Nr 2 w Rawiczu (lata 1932-1937). Od 21.09.1937 roku pełnił służbę w Wojsku Polskim jako zawodowy plutonowy podchororąży w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii  w Toruniu.

 

Po napaści Niemiec na Polskę brał czynny udział w walkach obronnych, by pod koniec września zostać internowanym przez Rosjan, przebywając w różnych miejscach odosobnienia żołnierzy polskich na terenie Białorusi. Jak wynika z dostępnych mi dokumentów, udało mu się najwidoczniej przedostać na Litwę, bo w okresie od 5.05.1940 roku do 7.08.1940 roku przebywał w obozie koncentracyjnym na Litwie. Po udanej ucieczce ukrywał się w Wilnie. Poznał tam p. Zofię Podgórską – panienkę z Tarnobrzega, która  w okresie wakacji przyjechała w odwiedziny do ciotki i tam zastała ją wojna. Nowa znajomość, która przekształciła się w wielką miłość doprowadziła do zawarcia związku małżeńskiego. Cichy ślub Teodora Tadeusza Soltyszewskiego z panną Zofią – Marią Podgórską córką Karolagi Wandy z Kulwickich odbył się w kościele Najświętszego Serca Jezusa w  Wilnie w dniu 23.03.1941 r. Nowa sytuacja poprawiła nieco bezpieczeństwo P. Teodora – pozyskał zaufanie rodziny p. Zofii. Podjął nawet pracę w charakterze nocnego dozorcy.

 

Łomot o północy

 

Szczęście młodych małżonków trwało krótko. 15 czerwca tegoż roku, na tydzień przed wybuchem konfliktu obu sprzymierzonych dotąd potęg – hitlerowskich Niemiec i ZSRR, już po aneksji Litwy przez ZSRR, jeszcze przed świtem, łomot do drzwi wyrwał ze snu panią Zofię. W drzwiach pojawił się mężczyzna w towarzystwie uzbrojonych żołnierzy rosyjskich, który dał im 10 minut na spakowanie. Załadowani zostali do ciężarówki wypełnionej rodzinami z dziećmi i przewiezieni na dworzec kolejowy w Wilnie. Tam, pod dozorem karabinów maszynowych i w dużym pośpiechu  dowiezionych dzielono na grupy wg nieznanych kryteriów. – O Boże, co tam się działo… – pani Zofia Sołtyszewska do dziś nie może opanować przestrachu wspominając tamten dzień. Poszczególne grupy upychano w bydlęcych wagonach różnych pociągów, które rozjechały się w nieznanych kierunkach.

 

Od tego momentu, rozeszły się drogi życiowe młodych małżonków. Miejscem pobytu dla p. Zofii stała się miejscowość Kara-Su w Kirgizji. Dla Teodora Sołtyszewskiego miejscem docelowym była syberyjska tajga.Warunki podróżowania i codziennego życia nie odbiegały od tych, jakie przeżywali inni Polacy deportowani w głąb Rosji. Najpierw kilkutygodniowa podróż w bydlęcym wagonie z zabitymi oknami. Raz na dobę otwierały się drzwi i wrzucano jakiś ochłap do zjedzenia. Dziura w podłodze wagonu służyła za ubikację. A co dalej? Okrutne doświadczenia poniewierki, upodlenia i poniżania godności  ludzkiej w tajdze syberyjskiej i na stepach Kazachstanu. Miesiące i lata wegetacji na pograniczu życia i śmierci. Okropny głód, wszy i ciągły brak mydła.

 

Podobne losy na terenie ZSRR przeżywały setki tysięcy Polaków wywiezionych w wyniku aresztowań i deportacji z ziem okupowanych. Akcja ta, prowadzona od września 1939 r. do czerwca 1941 r., nosząca wszelkie znamiona zbrodni ludobójstwa, spowodowała, że na całym terytorium ZSRR znajdowały się ogromne rzesze obywateli polskich obojga płci w różnym wieku, od niemowląt do starców.  Ta ogromna masa ludności stała się źródłem dla tworzenia polskich oddziałów zbrojnych.  Po zawarciu układu Sikorski – Majski w dniu 30 lipca 1941 roku w Londynie, nastąpiło ogłoszenie przez władze sowieckie tzw. „amnestii”. Na wezwanie dowódcy Armii Polskiej na Wschodzie gen. dyw. Władysława Andersa pod narodowe sztandary zaczęły się zgłaszać dziesiątki tysięcy ochotników. Buzułuk, Tock, Tatiszczewo stały się ośrodkami organizacyjnymi jednostek polskich. Tak proces organizacyjny, jak i droga ochotników do organizowanych jednostek polskich, nie należały do łatwych.


Nareszcie mundur

 

 W I dekadzie stycznia 1942 roku w Kazachstanie został zorganizowany  pułk  artylerii lekkiej 10 Dywizji Piechoty, w którym to znalazł się ppor. Teodor Tadeusz Sołtyszewski. Od 13 stycznia  miejscem postoju tego pułku była miejscowość Ługowoje na południu Kazachstanu. Tu ppor. Sołtyszewski dowiedział się, że jego żona żyje i być może jest gdzieś w obozie na terenie Kazachstanu. Bezpośrednie podjęcie trudu poszukiwań było niemożliwe, ale odtąd towarzyszyła mu już iskra nadziei na spotkanie się z ukochaną żoną.

Warunki bytowania ochotników zgrupowanych w Ługowoje  były okropne. Obóz położony był na terenie podmokłym i błotnistym. Głęboko wykopane ziemianki nakryte starymi sowieckimi „pałatkami”, pocerowanymi i dziurawymi, nie dawały żadnego zabezpieczenia przed chłodem i deszczem. Wokół obozu koczowały rodziny żołnierzy, pozbawione nie tylko zakwaterowania, ale i środków do życia. Rodziny te uszczuplały żołnierskie racje żywnościowe, co nie wywoływało żadnego sprzeciwu. Niski stan sanitarny i brak środków higieny osobistej sprzyjały szerzeniu się wszawicy i chorób zakaźnych, takich jak tyfus plamisty. W pierwszych dniach lutego dotarły do obozu transporty z angielskim umundurowaniem, co jedynie wpłynęło na poprawę w ubiorze, ale nie zapobiegło wszawicy i chorobom. Pułk nie posiadał żadnego uzbrojenia, a zajęcia żołnierzy ograniczały się do musztry pieszej. Pomimo tak anormalnych warunków bytowania, aby odwrócić myśl żołnierską od smutnej rzeczywistości, dowództwo pułku we własnym zakresie organizowało różnego rodzaju rozrywki kulturalne, zaczęła też wychodzić dywizyjna gazetka „Dojdziemy”. Z początkiem marca coraz częściej mówiło się o wyjeździe z tej „nieludzkiej ziemi”, czego wszyscy oczekiwali w ogromnym napięciu.


25 marca pułk wraz ze 130 osobami cywilnymi – członkami rodzin żołnierskich – transportem kolejowym wywieziony został do portu Krasnowodsk nad Morzem Kaspijskim. Dowódcą transportu był płk. Stefan Świnarski. W dniu 31 marca następuje przeładunek na sowiecki statek ss „Agamali Ogły”, a już 1 kwietnia rozładunek w perskim porcie Pahlevi. Żołnierze maszerując nad brzegiem morza do miejsca przejściowego zakwaterowania podziwiali wszelkie dobra, a szczególnie sklepy pełne żywności. Tuż po zakwaterowaniu następuje okres odwszawiania, wymiany odzieży i dokarmiania oraz wypłata żołdu w railsach, zwanych również tumanami.
 

13 kwietnia pułk wyruszył transportem kołowym trasą przez Kazwin – Hamadan – Kermanszach – Habbaniyę – Mafrag osiągając 27 kwietnia Gederę w Palestynie. Tu nastąpiło ponowne przemundurowanie (strój tropikalny), badania lekarskie, a następnie pułk przeniesiony został do obozu Bash-shit, gdzie kwaterował do 8 maja. Po tym terminie przeprowadzka na nowe miejsce do obozu Qastima, przy szosie łączącej Gederę z Gazą.

 

Rozkazem dowódcy Ośrodka Zapasowego Wojsk Polskich Środkowego Wschodu 10 pułk artylerii lekkiej oddany został pod rozkazy dowódcy Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która po zwycięskiej kampanii libijskiej przybyła w tym czasie do Palestyny. Zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza, z dniem 3 maja 1942 r. powstała 3 Dywizja Strzelców Karpackich; 10 pułk artylerii lekkiej wszedł w jej skład i od 6 maja przemianowany został  na 3 Karpacki Pułk Artylerii Lekkiej. W tym samym czasie do nowo utworzonego 3  KPAL-u przeniesiono z 1 KPAL-u cały dyon wraz ze sprzętem oraz z częścią baterii dowodzenia pułku, tj: 11 oficerów, 65 szeregowych, 4 działa, 8 jaszczy, 36 samochodów różnego typu oraz broń piechoty.


Od 13 maja 1942 roku rozpoczęło się intensywne szkolenie całej personalnej obsady pułku. Dowództwo, wydanym rozkazem  Nr 16 z dnia 21 maja zobowiązało żołnierzy i kadrę pomocniczą do bezwzględnego zachowania stanu czystości osobistej i otoczenia oraz przestrzegania regulaminowej dyscypliny. O intensywności szkolenia bojowego świadczy rozkład zajęć, podany w rozkazie Nr 24 z dnia 30 maja 1942 roku:

            5. 00      – pobudka  
  5.05 – 5.25       – ubieranie i mycie    
  5.25 – 5.50       – śniadanie
  5.50 – 6.00       – apel poranny – modlitwa
  6.00 – 6.25        – gimnastyka   
  6.25 – 6.30        – zbiórka na zajęcia 
6.30 – 10.30        – szkolenie
10.30 – 11.00      – raport i czyszczenie broni
11.00 – 15.45      – przerwa obiadowa
15.45 – 16.00     – wycinkowy apel mundurowy  
16.00 – 18.00      – zajęcia szkoleniowe
18.00 – 18.15     – rozkaz dzienny
18.15 – 18.30      – kolacja
18.30 – 20.45      – czas wolny
 20.45 – 20.55     – apel wieczorny z modlitwą
             21.00      – capstrzyk
 

Obóz w Quastina położony był między szosą a drogą polną równoległą do szosy. Za drogą rozpościerał się duży gaj drzew pomarańczowych oraz grapefruitów i cytryn. Żołnierze mieszkali w namiotach wieloosobowych, w których rozścielano nieprzemakalne plandeki, zasłane następnie kocami wojskowymi z czystej wełny. Oficerowie posiadali na wyposażeniu łóżka polowe. Po drugiej stronie szosy znajdował się ogromny wysoki barak w którym wyświetlano wieczorem filmy. Przy szosie Arabowie posiadali również sklepiki z rzeczami przydatnymi wojsku.

Przez cały czerwiec napływał do pułku sprzęt i uzbrojenie, tak że w końcu miesiąca każdy z dywizjonów posiadał już pełne stany dział, jaszczy i ciągników. Oprócz karabinów Enfield, część załogi otrzymała pistolety automatyczne Thompson. Działa, to sławne 25 paunders, armato-haubice o wadze 1862 kg z kołem podkładowym – kaliber 87,6 mm. Żołnierze mieli zapewnioną opiekę lekarską, a nawet i dentystyczną. Wiadomo, że większość żołnierzy pułku przeszła przez łagry i przesiedleńcze posiołki. Reliktem szkorbutu były choroby i braki uzębienia. Miało to również wpływ na dużą fluktuację kadry.

 

Pomimo dobrych warunków, żołnierzy nurtował problem pozostawionych w ZSRR rodzin. Świeże wiadomości przynosili wciąż napływający nowi ochotnicy. Tą właśnie drogą ppor. Teodor Sołtyszewski otrzymał wiadomość, że jego żona znajduje się w obozie dla kobiet na terenie Kazachstanu. Z pomocą zakonu sióstr Nazaretanek nawiązał z nią kontakt. Podjął próbę ściągnięcia jej do Palestyny. Niestety, czas dłużył się jak wieczność, a otrzymywane listy nie odzwierciedlały aktualnej sytuacji. Kolejne miesiące to wielka rozterka – między nadzieją i zwątpieniem w możliwość połączenia się z małżonką.

 

Bodajże w miesiącu lipcu  odbyła się uroczysta przysięga żołnierzy, którzy jej jeszcze nie składali. Dzień był wolny od zajęć, poświęcony na imprezy i przepustki, z których skorzystało wielu żołnierzy, aby autostopem pojechać do pobliskich miast, w tym do Jerozolimy. Pod koniec sierpnia nadszedł czas wielkiego sprawdzianu wyszkolenia bojowego pułku. W dniach 20 – 22 sierpnia pułk przebywał na poligonie w Bershebie, uczestnicząc w szkole ognia. Pod koniec września pułk wyjechał na poligon Jerycho, aby wziąć udział w ostrym strzelaniu. Ćwiczenia wypadły pomyślnie. Ppor. T. Sołtyszewski otrzymał stopień porucznika. Rozpoczął się okres ćwiczeń bardziej złożonych i w różnym terenie oraz we współdziałaniu z wojskami angielskimi.

 

Do ziemi włoskiej

 

W przesłaniu noworocznym do żołnierzy dowódca Armii Polskiej na Wschodzie gen. dyw. Władysław Anders zwrócił się słowami:

„…Żołnierze!
Życzę Wam, aby rok 1943 był owocnym w marszu ku Wielkiej i Szczęśliwej Polsce…”.
Rok 1943 to dalsze szkolenie nowych oddziałów i bezpośredni udział oddziałów już przeszkolonych w rozpoznaniu terenu, ich ochronie i walkach zaczepnych.

Wizytę, a potem niespodziewaną, tragiczną śmierć w lipcu 1943 roku Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego żołnierze pułku przeżywali bardzo głęboko. Zadawali sobie pytanie, co będzie ze sprawą Polski, jakie będą jej dalsze losy?

Ostatnie ćwiczenia sprawdzające na poligonie w Bershebie obserwował Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski (następca po gen. W. Sikorskim). Widząc nacierającą pod ostrym ogniem artylerii, moździerzy i broni maszynowej piechotę we współdziałaniu z bronią pancerną, na zakończenie manewrów powiedział: „…Pójdziecie szlakiem Legionów Dąbrowskiego”.

Rozkazem Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych, 3 Dywizja Strzelców Karpackich miała, jako pierwsza wielka jednostka z 2 Korpusu Polskiego, wejść na europejski teatr wojenny we Włoszech.

 

Począwszy od 23 listopada 1943 roku oddziały Dywizji zaczęły opuszczać Palestynę przemieszczając się transportem kołowym i kolejowym do Egiptu. Miejscem postoju był obóz pustynny Qassasin – położony 48 km od miasta Ismailii.

 

27 listopada 3 DSK zaczęła przesuwanie swoich oddziałów do portów załadowczych. Rzuty osobowe kierowano do Suezu i Port Saidu, a samochody i działa do portu Aleksandrii. Systematyczny przerzut 3 DSK różnymi statkami przez Morze Śródziemne do włoskiego portu Taranto rozpoczął się 12 grudnia. Konwój, którym płynął  por. T. Sołtyszewski, 16 grudnia w godzinach popołudniowych opuścił Port Said i po wypłynięciu na pełne morze przyjął kurs na zachód. W dniu następnym dołączyły do konwoju okręty wojenne, wśród których były dwa polskie kontrtorpedowce: „Ślązak” i „Kujawiak”. Wzięły one odpowiedzialność za bezpieczeństwo konwoju przez Morze Śródziemne. Po zawinięciu do portu Taranto w dniu 21 grudnia zostali umieszczeni pod namiotami w przygotowanym wcześniej obozie przejściowym  w okolicy Massa Caselle. W oczekiwaniu na sprzęt bojowy spędzili tam wigilię i pierwszy dzień Bożego Narodzenia. 24 grudnia o zmierzchu, na apelu wieczornym, mjr Stojewski-Rybczyński złożył żołnierzom pułku życzenia świąteczne, łamiąc się z delegatami wszystkich baterii opłatkiem. Następnie kapelan pułku ks. Gerard Waculik odprawił tradycyjną Pasterkę. Pierwszy dzień Świąt wszyscy spędzili w obozie.

 

Od 26 grudnia  poszczególne oddziały zaczęły zajmować pozycje w różnych miejscach na przedpolach frontowych przemieszczając się na pola działań bojowych. Z dniem 4 lutego 1944 roku odpowiedzialność za odcinek frontu powierzony 3 DSK – w ramach VIII Armii Brytyjskiej – przejął gen. Bronisław Duch. Zadaniem 3 DSK była obrona odcinka rzeki Sangro oraz gotowość do odparcia ewentualnego natarcia nieprzyjaciela w celu przerwania łączności między V i VIII Armią i uderzenia na tyły wojsk sprzymierzonych walczących pod Monte Cassino.

 

Monte Cassino

 

W pierwszych dniach kwietnia zakończył się okres zaprawiania do walki polskich oddziałów na drugorzędnym odcinku frontu nad rzeką Sangro, a rozpoczęły się przegrupowania na stanowiska ogniowe na odcinku bojowym Monte Cassino.

Po nieudanych, choć krwawych i heroicznych uderzeniach Francuzów, Anglików, Hindusów, Nowozelandczyków i Amerykanów przygotowywał się do uderzenia na przeklęte wzgórze, stanowiące „dumę żołnierza niemieckiego” żołnierz tułacz, który od września 1939 r. nie wypuszczał broni z rąk, żołnierz idący szlakiem pradziadów.

Nadszedł dzień 11 maja 1944 roku. „Działanie Honeker” rozpoczyna się o godz. „H – 2300”. W godzinach popołudniowych oficer ogniowy, por. Sołtyszewski, obchodził działa i sprawdzał ich gotowość bojową. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Należało pomyśleć o sobie. Zastanawiające – nie było rozkazu, a każdy mył się, golił, czyścił i przebierał w czysty battledress. Jak na bal, a nie ciężką walkę. Powoli zapadał zmierzch. Por. Sołtyszewski  daje rozkaz: „Zwalić drzewa”. Sprawdzanie w każdym działonie pola ostrzału. O pełnym zmroku przychodzi z pułku ks. Gerard Waculik. Krótka zbiórka – wspólna modlitwa. Kapelan udziela wszystkim przedbitewnej absolucji. Wszyscy na stanowiskach. Czas się dłuży. Godz. 22.30. Jeszcze 30 minut…. długich jak wieczność. Sołtyszewski po kolei wywołuje przez radiotelefon działony:

– Pierwszy słyszy?
– Słyszy – odpowiada podchorąży Witek.
– …………………………………
– Czwarty słyszy?
– W porządku  – odpowiada kapral Gąsior.
Bateria do dział!
Amunicyjni podają pociski i ładunki. Załadowano pierwsze cztery. Na każdym z nich napis kredą: „Za Wolność!” „Za Polskę!” „Za Warszawę!” „Za poniewierkę!”
Nowa komenda: „Bateria – meldować
gotowość !”
„Pierwszy gotów !”
…………………………..
„Czwarty gotów !” – meldują działonowi.
Wszyscy patrzą na zegarki. Sołtyszewski podaje do baterii:
– Chłopcy, w imię, Boże, zaczynamy!
– Bateria salwami na komendę, uwagaaa!   Paal!

 

Jezus Maria! Rozświetliło się niebo tysiącem wystrzałów. Mrok ustąpił płomieniom, które z nocy zrobiły dzień! Huk narastał. Odbijany od wzgórz i gór zlał się w jeden nieprzerwany grzmot. Ta piekielna noc mijała  szybko. Siedem razy podrywały baterie komendy, nakazujące wykonanie „Karpat”. Siedem razy przeciwuderzali niemieccy spadochroniarze na zajęte przez karpacką piechotę wzgórza 569 i 593. Sześć razy odparto krwawo te wściekłe ataki. Siódmego nie było już kim odpierać. Piechota masakrowana przez artylerię niemiecką, przez moździerze i nebelwelfery, zarzucana granatami, ostrzeliwana z broni maszynowej, ze wszystkich stron została wybita. Na wzgórzach: 569, 593, na Gardzieli i na Głowie Węża, pozostali tylko zabici i ciężko ranni. Polska krew mieszała się z krwią niemiecką. Nikłe resztki ocalałych z tej rzeźi oddziałów wycofywały się na podstawę wyjściową bez dowódców, bez łączności, bez czołgów. Schodziły te kilkunastoosobowe grupy wycieńczone, wykrwawione, niosąc swoich rannych z ogniem i zaciętością w podkrążonych oczach. Rano ustał ogień artylerii. Sołtyszewski zachrypnięty, z wpadniętymi w głąb oczodołów oczami, polecił klęczącemu obok podchorążemu Czarkowi podnieść płachtę schronu, bo było ciemno od dymu. Po wyjściu ze schronu, dławiąc się żalem okrutnym i wściekłością, powiedział:  „Zostaliśmy odparci, atak się załamał, ponieśliśmy ciężkie straty”. Pozostali przy życiu żołnierze artylerii ustawili się przy drodze, tworząc żałobny szpaler, który mijały jeepy wiozące okryte w koce ciała poległych. Zaciskały się im pięści, ból ściskał serce, gniew wzbierał w piersiach i rodził zaciekłość, straszliwą i potworną chęć zemsty za ten danse macabre, za te młode ciała oddane włoskiej ziemi.

 

Znów dni mijały powoli. Sztaby montowały oddziały, przygotowując następne natarcie. W dniu 17 maja wszystko zaczęło się powtórnie. Nacierały ostatnie odwody, nacierały sklecone w kilka dni grupy szturmowe złożone z kierowców, kancelistów i zaopatrzeniowców. Poszły do ataku dywizjony przeciwlotnicze, przeciwpancerne, spieszeni ułani.18 maja – siódmy dzień bitwy. Drogą, przy której stacjonowały działony Sołtyszewskiego ciągle sunęły sanitarki. Było co wynosić i wywozić! 1.093 zabitych. Prawie 4.000 rannych i kontuzjowanych. Stojąc nad tą Drogą Krzyżową żołnierza polskiego, dostrzegli mijające się dwa jeepy. Na jednym owinięte truchla ludzkie, a na jadącym w stronę ognia – flaga narodowa z długim drzewcem. Po kilku godzinach walki dogasały. Wiatr rozpędzał dymy i opary, ukazując postrzępione mury klasztoru. Widać było wyraźnie żołnierskie postacie.

Wreszcie z wolna na wietrze zaczęła się rozwijać ona: flaga biało-czerwona. Wyglądała na tym pobojowisku jak skrwawiony bandaż.

 

Zwycięstwo!!!

Wszyscy padali sobie w ramiona,  mocząc się łzami szczęścia. 20 maja 1944 roku odczytano we wszystkich pułkach artylerii 3 DSK rozkazy: dowódcy 2 Korpusu Polskiego gen. Wł. Andersa i dowódcy 3 DSK gen. Bronisława Ducha, wydane z okazji zwycięstwa pod Monte Cassino. Dowódcy dziękowali wszystkim  pozostałym przy życiu żołnierzom za odwagę, wytrwałość i bohaterstwo.

Straty 3 DSK w walkach pod Monte Cassino wynosiły:

  •     zabitych – 31 oficerów; 327 podoficerów i szeregowych,
  •     rannych – 72 oficerów; 1.207 podoficerów i szeregowych,
  •     zaginionych 16 podoficerów i szeregowych,

 

Razem: 103 oficerów; 1.550 podoficerów i szeregowych. Pod koniec maja 1944 roku 3 DSK opuściła rejon stanowisk ogniowych pod Monte Cassino i przemieściła się do rejonu wypoczynkowego w okolicy Morcone.
Gorzki koniec wojny

Por. T. Sołtyszewski nadal nie zaprzestaje poszukiwań swojej żony. W tym czasie otrzymuje wiadomość ze Związku Narodowego Polskiego z Chicago, trudniącego się m.in. poszukiwaniem Polaków rozproszonych na Wschodzie, że na razie nawiązanie kontaktu z żoną, a tym bardziej jej ewakuacja z ZSRR są niemożliwe.

Począwszy od 12 czerwca 3 DSK bierze udział w pościgu za wycofującymi się z Rzymu wojskami niemieckimi w kierunku na port Ankona. Por. T.  Sołtyszewski w roli dowódcy baterii II dyonu przeżywa wiele jeszcze walk, w tym bitwę o port Ankona. W dniach od 3 do 6 grudnia kolejna bitwa – o miasto Faenza. Z początkiem kwietnia 1945 roku potężna akcja  bojowa tzw. „Buckland”.  21 kwietnia zajęcie miasta Bolonia.

 

W międzyczasie oddziały 8 Armii Brytyjskiej zaczęły opuszczać Włochy,  a wojsko polskie przejmowało ciężar służby wartowniczej przy obozach jenieckich, magazynach i brytyjskich składach wojskowych. To nowe zadanie spowodowało przerzucanie oddziałów 3 DSK do różnych części Włoch. Żołnierzy dręczyło pytanie: co ich czeka? Zdradzeni przez sprzymierzonych, z zamkniętą drogą do Polski w formacjach wojskowych, zdawali sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji, w jaką zostali wtrąceni wraz z całym polskim narodem.

Myśl, że Polska została wepchnięta w sidła komunistycznego mocarstwa paliła ich jak rana. Dręczył niepokój o los rodzin w kraju oraz o tych, którzy jeszcze ciągle przebywali na „nieludzkiej ziemi” lub na terenie Niemiec, w obu przypadkach wywiezionych do przymusowej pracy. Los rodzin na  terenie Afryki i Indii był również niepewny.

Te przygnębiające rozmyślania  podczas  pełnienia  służby okupacyjno-garnizonowej przerywały uroczystości związane z utrwalaniem wysiłku zbrojnego żołnierza polskiego na terenie Włoch. 3 Dywizja Strzelców Karpackich zbudowała na wzgórzu 593 pomnik ku czci poległych żołnierzy Dywizji w całej kampanii włoskiej.

Wybrano to wzgórze w masywie górskim Monte Cassino, bo na tej „ofiarnej górze” najwięcej ich poległo. 16 lipca 1945 roku pomnik ten został poświęcony w obecności dowódcy 2 KorpusuPolskiego gen. dyw. Władysława Andersa, dowódców wielkich jednostek tego Korpusu z delegacjami swoich oddziałów, opata klasztoru Monte Cassino oraz przedstawicieli duchowieństwa i delegacji wojsk sprzymierzonych: brytyjskich, francuskich, amerykańskich i nowozelandzkich. Wśród delegatów 3 DSK  był również por. T. Sołtyszewski.

Niestety nie jest to jedyny cmentarz poległych żołnierzy polskich na ziemi włoskiej. Kości ich spoczywają również na cmentarzach: Casa Massima na południu Włoch, w Loreto u stóp bazyliki w środkowych Włoszech, koło Bolonii na północy  tego kraju. Dopiero w drugiej połowie sierpnia 1946 roku 3 Dywizja Strzelców Karpackich zaczęła opuszczać teren Włoch. Niektóre oddziały dywizji odjeżdżały do Anglii: transportami kolejowymi do miasta Calais we Francji, stamtąd statkiem do Dover. Inne były przewożone do Anglii transportem morskim z Neapolu do portów Liverpool albo Glasgow. Por. Sołtyszewski dotarł do Anglii transportem morskim.

Należy dodać, że już w początkach sierpnia na terenie Wielkiej Brytanii powstał Polish Resettlement Corps tj. Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia Polskich Sił Zbrojnych (PKPR), które walczyły u boku armii sprzymierzonych na Zachodzie. Był on odpowiedzią na ostatni akt zbiorowego protestu żołnierzy polskich odmawiających powrotu do Ojczyzny, dla której uwolnienia od okupanta takie krwawe ponieśli ofiary, a którą sprzymierzeńcy zaprzedali komunistycznej Rosji – w układach podpisanych przez „Wielką Trójkę” w Teheranie, Jałcie i Poczdamie.

PKPR  był organizacją wchodzącą w skład sił zbrojnych Anglii. Miał on na celu przygotowanie do życia cywilnego żołnierzy polskich. Zaciąg do  Korpusu był ochotniczy. Czas pobytu w tej organizacji ograniczał się do dwóch lat. Żołnierze polscy, którzy wstąpili do PKPR mieli zagwarantowane pobory  oraz bezpłatne zakwaterowanie i wyżywienie.

Do PKPR wstąpił również por. T. Sołtyszewski. Swoje losy utożsamiał z losem pozostawionej w granicach „nieludzkiej ziemi” żony Zofii. Nawiązane wcześniej kontakty urwały się. Podjął kolejne poszukiwania  za pomocą Czerwonego Krzyża. Pod koniec listopada  1947 roku otrzymał wiadomość, że jego żona jest już w Polsce. W dniu 7 listopada 1945 roku przeszła przez Punkt Odbiorczy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tarnobrzegu. I to zadecydowało, że natychmiast podjął decyzję o powrocie do Polski. Podobną decyzję podjęła dość liczna  grupa jego kolegów – większość jednak osiedliła się w Wielkiej Brytanii. Duże grupy zdemobilizowanych żołnierzy wyemigrowały do Argentyny i Australii. Wielu osiedliło się w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Zdemobilizowany żołnierz por. Teodor Tadeusz Sołtyszewski odznaczony Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami (dwukrotnie), Medalem Wojska (dwukrotnie), Krzyżem Monte Cassino, „GWIAZDĄ ZA WOJNĘ 1939-1945” /Star/, GWIAZDĄ ZA WŁOCHY” /Italy Star/, i „Medalem Obrony” /Defence Medal/, upoważniony do noszenia pamiątkowej „Odznaki 3 Dywizji Strzelców Karpackich” w dniu 17. 12. 1947 roku zarejestrował się w Ojczyźnie w Punkcie Przyjęcia Gdynia – Port i udał się do Tarnobrzega w poszukiwaniu żony  Zofii.

Dla Sołtyszewskiego, możliwość spotkania się  z żoną we własnej i niby wolnej Ojczyźnie po tylu latach rozłąki, cierpienia i poniewierki była jedynie, przez lata uproszonym „darem od Boga”. Przebyty szlak bojowy i przywiezione odznaczenia dawały nadzieję szczęśliwego i w miarę dostatniego życia w ukochanej Ojczyźnie. A jaka była rzeczywistość?

Już po kilku dniach por. T. Sołtyszewski odczuł, że jest śledzony przez służby UB. Opuścił Tarnobrzeg i udał się do rodzinnego Bochenia. Po rozpoznaniu sytuacji (AK – Henryk Kocemba) postanowił  zatrzymać się w Głownie u państwa Panków (właścicieli bocheńskiego młyna sprzed 1932 roku ). Korzystając z dobrodziejstw  rodziny marzył o podjęciu pracy i otoczeniu szczególną opieką wycieńczonej i  schorowanej żony, która w łagrach rosyjskich dwukrotnie przeszła malarię. W małym Głownie zdobycie godziwej pracy wcale nie było łatwe,  szczególnie dla  repatrianta z  Zachodu. Pracował więc dorywczo, gdzie się dało, byleby zarabiać środki na utrzymanie. W roku 1948 przyszedł na świat pierwszy syn Sławomir. Warunki bytowe rodziny stawały się coraz trudniejsze.

Porucznik Sołtyszewski liczył na większe możliwości znalezienia pracy w odbudowującej się z ruin powojennych Warszawie. Z początkiem roku 1950 przeniósł się więc z rodziną do Warszawy i zamieszkał na Powiślu – również u rodziny. Poszukując pracy, nie uniknął spotkań z przychylnymi cywilami oferującymi pomoc pod warunkiem podpisania współpracy. Z takiej formy pomocy rezygnował. Znajdował pracę na własną odpowiedzialność, ale prześladował go pech, bo po kilku miesiącach tracił ją z niezawsze jasnych powodów. Rodzina powiększała się.

W roku 1950 przyszedł na świat drugi syn Waldemar, a wkrótce córka Liliana. Żona zajmowała się wychowaniem dzieci, był więc jedynym żywicielem rodziny. Nadal stanowił obiekt zainteresowania dla służb UB. Jednak uparcie odmawiał podjęcia jakiejkolwiek współpracy.

Pod koniec lat pięćdziesiątych, z finansową pomocą rodziny, nabył samochód osobowy – Warszawę, i został taksówkarzem. Żona podjęła pracę chałupniczą. I tak w wolnej Polsce Ludowej mijały lata życia żołnierza tułacza, bohatera spod Monte Cassino, weterana krwawych bojów o Wolną, Niepodległą i Suwerenną Ojczyznę.W dniu 29 kwietnia 1945 roku Niemcy na  terenie Włoch podpisali kapitulację.  3 DSK przebywał w tym czasie w rejonie Bolonii . Dopiero w połowie czerwca został przegrupowany w rejon miasta Ascoli Piceno, gdzie pozostał aż do jesieni 1945 roku. Dopiero w roku 1974 został przyjęty do jednego z warszawskich kół ZBOWiD. Niechętnie dzielił się przeżyciami wojennymi, nawet w gronie znajomych. Przemilczał radość z powrotu do Ojczyzny. Pod koniec lat siedemdziesiątych zachorował na raka krtani. Po wielkich cierpieniach i w poczuciu  krzywdy odszedł na zawsze w dniu 7 czerwca 1987 roku. Zgodnie z jego ostatnią wolą pochowany został na cmentarzu parafialnym w Chruślinie.

 

Spuścizną jego życia jest treść  tablicy nagrobkowej:
„Por. Teodor  Tadeusz Sołtyszewski 
ur.1916 – zm. 1987 
Więzień Syberii i żołnierz spod Monte Cassino”.

KH nr 3 (14),  październik 2006 r.

(Zenon Sokół)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.