Wieś Bocheń to jedna ze sławniejszych w powiecie łowickim. W Bocheniu wszystko działo się najpierw. Nie będę wspominał dziejów historycznych „mojego Bochenia”, a zajmę się tylko okresem, który przeżyłem w Bocheniu razem z moim nauczycielem.

Teodor Goździkiewicz, bo to właśnie o nie go chodzi, do Bochenia przybył w roku 1925. Wieś jest już „rozbudzoną” – dla wyjaśnienia słowa rozbudzona podaję, że już w roku 1909, z inicjatywy sołtysa Jana Rybusa (popularnie zwanego Janem Sobaco – bo dziadek klął tylko po rosyjsku: sobaco tyle co po polsku piesko) – wieś z własnych środków pobudowała „ludowiec”, skrót z prawidłowej nazwy – Dom Ludowy. Jest to wyczyn, chyba jeden z pierwszych społecznych działań polskiej wsi, za czasów panującego nam itd. cara Rosji. Potrzeba tego rodzaju budowy we wsi – dla wsi, wyrosła z działania tych co doceniali oświatę, postęp, korzyści wynikające z posiadania wyższego poziomu intelektualnego. Wyrosła z inicjatywy najmądrzejszego człowieka we wsi, nauczyciela, którym w okresie 1910 -1920 r. był Czesław Motyliński. Z jego to inicjatywy we wsi działał zespół teatralny i do dziś – i to nie tylko w Bocheniu – pamiętane jest wystawienie sztuki pt. „Jaśkowe Zamyłsy”. Następnie zorganizowano orkiestrę symfoniczną, a dalej dętą. W taki to początek „rozbudzonej wsi” trafił do Bochenia Teodor Goździkiewicz.

 

Ale co to była za praca w tym przesławnym Bocheniu? Szkoły stałej, w wyodrębnionym budynku, nie było. Sześciooddziałowa szkoła była rozmieszczona w trzech klasach mieszczących się w wynajętych izbach poszczególnych gospodarzy, a to: Henryka Flisa, Wincentego Rybusa i Piotra Koteckiego. Mieszkanie dla nauczyciela też było w wynajętej izbie . T. Goździkiewicz mieszkał w domu sołtysa Franciszka Rybusa, sąsiadującym z naszym gospodarstwem, dysponując luksusem, bo miał do dyspozycji kuchnię i pokój.

 

Były więc w Bocheniu luksusy, na które składały się: „Ludowiec” i trzy izby szkolne tłoczące po dwa oddziały nauczania jednocześnie w jednej izbie. Zrozumiałe, że w tych pomieszczeniach zajęcia odbywały się po połowie: jeden oddział cicho, drugi oddział głośno. Dziś, pisząc te słowa, nie bardzo rozumiem jak można to było prowadzić? A jednak wielu z uczniów Teodora Goździkiewicza z tamtych właśnie trudnych czasów wyfrunęło z Bochenia i stanowiło filary działalności naukowej, zawodowej, politycznej i społecznej w naszej Ojczyźnie. Wymienię tylko niektórych, prof. Dyzmę-Gałaja, prof. Henryka śmiałka, dr med. Stanisława Flisa, lek. med. Stanisława Dekę, piszącego te słowa, synów Teodora -Ludomira i Bohdana Goździkiewiczów, trzech księży i wielu innych społecznie przydatnych obywateli.

 

A teraz wróćmy na chwilę do „klasy”, bo tak nazywaliśmy izby szkolne. Mój nauczyciel prowadził lekcje z piątym i szóstym oddziałem. Rozmieszczenie uczniów w klasie, w dwumiejscowych ławkach, było tak pomyślane, że najbardziej rośli byli rozsadzeni na końcowych ławkach, niżsi siedzieli najbliżej frontu. Mnie trafiła się pierwsza ławka. Siedziałem z podobnym „konusem”, także Wackiem, w pierwszej ławce. Siedziałem – no tak. – Ale wyobraźcie sobie dwunastolatków, nie zawsze się „nawidzących”, bez nadzoru przez pięć lub sześć godzin dziennie.

 

Tak też zaczęło się między nami od jakiejś  cichej sprzeczki, potem przeszło w tajne kuksańce, wreszcie w normalną uczniowską bójkę. Nauczyciel nie mógł tego wytrzymać. Przerwał lekcje „głośną” z szóstą klasą i dopadł nas likwidując słownie i czynnie naszą szarpaninę. Chwycił nas za kołnierze marynarek i stukając nas głowinami interpretował… – Wy łowickie warchoły, wy niedouczone Księżaki, wy barany nad baranami, cymbały i niedouki… I myślę, że wyczerpał swój zasób obelżywych słów, bo zwolnił kołnierze naszych marynarek i bez słowa odszedł do przerwanego, głośnego nauczania szóstaków… A my podjęliśmy zadanie cichego nauczania.

 

Przytoczyłem ten epizod zajścia z niesfornymi uczniami nie dla tego, żeby wypomnieć mojemu nauczycielowi zachowane w pamięci zajście, nie. Pamięta się to przez 70 lat nie jako obelgę lub wyrządzoną krzywdę cielesną czy krzywdę na honorze ucznia. I ty, Czytelniku, też na pewno jakieś piękne wrażenia z tych lat posiadasz. Kształt i forma tego wydarzenia są nie do odtworzenia. Mój nauczyciel był artystą i to nie tylko w nauczaniu, ale i w wychowaniu ogólnym życiowym, a nawet twórczym. Na dowód tego chciałbym przekazać jeszcze jeden obrazek z działalności pedagogicznej mojego nauczyciela. Jest wrzesień 1933 roku. Pracowite wakacje dzieci wsi zakończone. Spotykają się, o oddział wyżej, w ukochanej szkole. Ach, ta szkoła – sława temu kto ją wymyślił i temu co wdrożył do codziennej realizacji. Pięć godzin siedzenia – a po każdej godzinie szkolnej czyli 45 minutach, 15 minut przerwy w tym jedna duża, aż 20 minut! I to jeszcze nie wszystkie przyjemności. Nauczyciel właśnie na jutro zapowiedział naukę biologii w lesie oraz zbieranie grzybów! Weźcie jakieś torby na grzyby i mocniejsze drugie śniadanie. Czyż może być większa radość? Jutro w dwuszeregu zbiórka i drogą guźnicką do lasu. Nauczyciel podaje komendę – stój, w prawo zwrot – i zaczyna się instrukcja. W przypadku zbytniego oddalenia się, utraty orientacji należy…

 

Ja też staję wraz z pozostałymi w karnym szeregu, ale moje myśli są już w lesie. Buszują w znanych zakamarkach, które kryją cudowne w swych kształtach borowiki, sznury brunatnych maślaków, żółte jak kwiaty rzepaku gąski. I nagle, o mamo! Widzę borowika! Pięć metrów przed uczniowskim szeregiem. Wyjść z szeregu i zerwać – on mój! – nie mogę. A tu przecież ponad 30 par oczu właśnie patrzy w tym kierunku! Wypatrzą – dobiegną, zerwą mojego prawdziwka. Stoję, przebieram nogami, a mój nauczyciel gada… „Najlepiej po straceniu orientacji – krzyczymy – halo!”. Żeby cię diabli, już nie mogę, aż się spociłem – a „mój” gada – Spotykamy się tu o godzinie… A ja aż dłonie zaciskam w pięści, a „mój” gada…

 

I wreszcie komenda – rozejść się! Rzuciłem się, chyba szybciej jak Kusociński na olimpiadzie i… borowik mój! Napięcie spadło, zastąpiła ją radość znaleźnego, ale z dziecinnym zdumieniem stwierdziłem, że do borowika dobiegłem sam. A przecież cały szereg stał frontem do tej urody lasu? Patrzyli – pewno na dorodne wrzosy i słuchali wskazówek mojego nauczyciela.

 

Na drugi dzień, po udanej wycieczce do lasu – no jakże mogło być inaczej – obydwa oddziały, praca klasowa z tytułem jak wyżej. Osobiście poczułem uczniowską radość. Przecież znalazłem najpiękniejszego, najpierwszy, na oczach wszystkich. Taki sukces był tylko mój. Napiszę to, niech wiedzą. Napisałem wszystkiego niepełną stronę w szkolnym zeszycie… I byłem z tego znacząco dumny. Dopóki nie nastąpiło rozdanie zeszytów z ocenami. Ja nie otrzymałem zeszytu. Mój nauczyciel pozostawił go sobie do klasowej oceny wypracowania. No, nareszcie, piątka za borowika murowana. Zaczął od wytworzenia sytuacji, w jakiej oddziały się znalazły. – Wolne, wycieczka, beztroska zabawa i sukcesy… Po tym wstępie przeczytał moje wypracowanie, którego treść zamykała się tylko w jednym – ja i borowik. A dalej komentarz: – Uczeń nie zadał sobie trudu pokazania jego osobistych, wewnętrznych emocji, a na pewno takie przeżywał. Nie pokazał nam kształtów i barw borowika, otoczenia, wyjmowania borowika z leśnej ściółki itp. Zakończył wskazówką: – Pamiętajcie, następcy Sienkiewicza i innych znanych pisarzy, którymi się zaczytujecie, nigdy do innych nie traficie skąpym przekazem. Podawany temat musi błyszczeć szczególnie tym, co się pisząc chce przekazać.

 

No i pomyśleć. Dziś, po przeszło siedemdziesięciu latach, po napisaniu wielu artykułów i innych opracowań, w tym jeszcze nie wydanych, maksyma mojego nauczyciela jest na stałe ze mną. Nauczyłem się również od „mojego” i innych ważnych życiowych działań, w tym patriotycznej dumy z tego, że jestem dzieckiem polskiej wsi. Goździkiewicz współdziałał z Kołem Młodzieży Wiejskiej „Wici”, zorganizował chór młodzieżowy, zorganizował i prowadził orkiestrę symfoniczną. Grało nas chyba z piętnastu i jeszcze wielu. Ale to osobny temat, na razie skwituję: Bocheń, Teodor Goździkiewicz „mój nauczyciel” i ja w tym – to jedno.

 

 

KH nr 4 (8), grudzień 2004 r

(Wacław Rybus Otrębusy, 30 marca 2003 r.)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.