Wreszcie! Dopiero po serii naszych publikacji, kiedy obnażyliśmy przebieg przetargu, w którym Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o. w Zamościu mogło stracić 2 mln zł (!), rada nadzorcza spółki złożyła zawiadomienie do prokuratury. Jednak ani dla niej, ani dla reprezentującego właściciela (jest nim miasto) prezydenta Andrzeja Wnuka nie był to wystarczający powód, by odwołać prezesa PGK. Dlaczego go chronią?

O tym, że rada nadzorcza złożyła zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa podczas (ustawionego?) przetargu, który wygrała firma z ofertą o 2 mln droższą, jej przewodniczący Roman Cioch poinformował 8 października, podczas specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Tłumaczył się też, dlaczego rada, choć to wydawało się oczywiste, nie odwołała prezesa zarządu zamojskiego PGK Jarosława Maluhy. Właśnie to wzbudza największe zdziwienie. Rodzi także pytania: Czy narażenie na tak dużą stratę miejskiej spółki to za mało, żeby podjąć wobec jej szefa radykalne decyzje? Co się jeszcze musi wydarzyć, by był to wystarczający powód do odwołania prezesa, pod rządami którego miejską spółkę niektórzy traktowali jak prywatny folwark? Dlaczego prezydent Wnuk nie reaguje jak należy i nie chce posprzątać w PGK?

Koniec kolesiostwa
Gdy przewodniczący rady nadzorczej odczytywał na konferencji oświadczenie, w którym „pudrował” sytuację w PGK, przed siedzibą spółki oburzeni mieszkańcy Zamościa stanęli z transparentami: „Koniec kolesiostwa”, „Obiecanki cacanki prezydenta PiS”, „Kolega z klasy – 20 000 zł miesięcznie” czy „Tańszy zarząd. Tańsza woda. Tańsze śmieci”. Banery oddawały nastroje panujące w mieście i wśród załogi PGK po publikacji tekstów, w których ujawniliśmy – jak napisał w doniesieniu złożonym do prokuratury jeszcze we wrześniu Franciszek Josik, były wieloletni prezes spółki – „przekręty podczas przetargów, jakich dopuścił się zarząd”.
W naszych artykułach obnażyliśmy także bezczelność bliskich współpracowników prezesa, którzy traktowali spółkę jak źródło, z którego można czerpać korzyści służbowe i prywatne. Pierwszy z brzegu przykład: pani dyrektor pod pretekstem prezentacji maszyn służbowym samochodem z kierowcą wiozła do stolicy meble siostry. Innym razem ta sama szefowa angażowała pracowników PGK, by wnosili kanapę do jej mieszkania.
Pokazaliśmy także, jak wysokie są koszty utrzymania kierownictwa spółki. Przypomnijmy je, bo kwoty robią wrażenie. Prezes Jarosław Maluha – desygnowany zresztą przez Wnuka (to koledzy z jednej klasy z „Elektryka”) – miesięcznie zarabia 18,7 tys. zł brutto. A ostatnio na wniosek rady nadzorczej kolega prezydent przyznał mu nagrodę w wysokości… 63 414 zł (brutto). Za 2017 r., kiedy organizowany był budzący podejrzenia przetarg, mimo że właśnie w ub. roku prezes powiększył stratę na działalności podstawowej PGK o 1 mln zł. Ponadto Klaudia Malec, prokurent i dyrektor do spraw organizacji i usług komunalnych (przy obecnym prezydencie zrobiła zawrotną karierę), bierze 11,7 tys. zł i sowite nagrody. Teraz, gdy prezes nagle zachorował, a rada nadzorcza przyjęła, że zwolnienie będzie długoterminowe (!), nowo powołany członek zarządu Sylwester Budzyński będzie zarabiał ponad 9 tys. zł. Wszyscy są opłacani z pieniędzy mieszkańców.

Przetarg ustawiony?
Wszystko zaczęło się od przetargu, który wyłonił wykonawcę inwestycji na terenie Regionalnego Zakładu Zagospodarowania Odpadów w Dębowcu. Chodziło o budowę drogi dojazdowej oraz rekultywację terenu i wykonanie farmy fotowoltaicznej (w jednym zadaniu). Dotarliśmy do dokumentów i informacji, które dziwnym trafem mogą układać się w pewną całość. I pozwalają na przypuszczenie, że przetarg mógł być ustawiony pod „swojego”. Dlaczego PGK wybrało ofertę zamojskiej firmy za 8,5 mln zł, o około 2 mln droższą oferty proponowanej przez przedsiębiorcę z Gdańska? Czy to przypadek, że spółka zleciła wykonanie dokumentacji inwestycji siostrze właściciela firmy, która potem wygrała przetarg. I kolejny zbieg okoliczności: zwycięzca „niemal dokładnie podał cenę inwestorską”. A korespondencja w sprawie szczegółów umowy, w tym wszelkie kosztorysy, prowadzona była z… adresu mejlowego firmy brata. To tylko niektóre co najmniej dziwne szczegóły przetargu. Właśnie nim zainteresowało się Centralne Biuro Antykorupcyjne i Prokuratura Okręgowa w Zamościu. Zamojscy śledczy badają również kolejne trzy przetargi, na łączną kwotę 450 tys. zł, w których znów wygrywał ten, kto miał wygrać (mąż pani prokurator, znajomy prezesa – zwracali się do siebie po imieniu). Wiele wskazuje na to, że przetargi mogły być ręcznie sterowane przez samego Maluhę.

Odwołać? Spokojnie…
Wobec takich podejrzeń i okoliczności wydawało się, że prezes powinien zostać natychmiast odwołany (z pewnością tak zareagowałby właściciel prywatnej spółki). Jednak nic takiego się nie stało. Przeciwnie, można odnieść wrażenie, że potraktowano go nad wyraz łagodnie. Rada nadzorcza oszczędziła prezesa, mimo że umowę z wykonawcą, który wygrał podejrzany przetarg, nakazała zerwać z dniem 11 września w najważniejszym i najdroższym punkcie. A 21 września – jak poinformował na konferencji prasowej jej przewodniczący Roman Cioch – złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 305 kk. Mówi on o tym, że „kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej udaremnia lub utrudnia przetarg publiczny albo wchodzi w porozumienie z inną osobą, działając na szkodę właściciela mienia albo osoby lub instytucji, na rzecz której przetarg jest dokonywany, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Rada nadzorcza tłumaczyła również, dlaczego nie zdecydowała o odwołaniu prezesa. „Żadnemu pracownikowi spółki ani żadnej innej osobie nie zostały przedstawione zarzuty” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto – jak podkreślono – Jarosław Maluha jest radnym gminy Stary Zamość, więc zgodnie z prawem rozwiązanie z nim stosunku pracy wymaga zgody tej Rady Gminy.

Rada udaje?
Tymczasem prawnicy, którzy analizowali dla nas treść tego oświadczenia, twierdzą, że rada nadzorcza nie musiała mieć takiej zgody. Jest ona wymagana tylko przy rozwiązaniu umowy o pracę (na którą jest zatrudniony prezes PGK). W przypadku Maluhy mamy do czynienia z odwołaniem z funkcji, a to nie to samo, co rozwiązanie stosunku pracy. Tu zastosowanie ma nie prawo pracy, tylko kodeks spółek handlowych. Jego art. 203 mówi wyraźnie, że „członek zarządu może być w każdym czasie odwołany uchwałą wspólników. Nie pozbawia go to roszczeń ze stosunku pracy lub innego stosunku prawnego dotyczącego pełnienia funkcji członka zarządu”. Zatem osoba odwołana z zarządu ma nadal status pracownika. Dlaczego więc rada nadzorcza udaje, że tego nie wie? A może członkowie rady – by utrzymać swoje stanowiska – zachowali się tak, jest im nakazał prezydent? Wiadomo przecież, że powołał ich Wnuk, a żyć jakoś trzeba… Gdyby walczący o reelekcję prezydent przed wyborami odwołał kolegę prezesa, niejako przyznałby się do tego, że obsadzanie spółek znajomymi to błędne decyzje personalne.

Prezydent w układzie?
Ponadto rada nadzorcza usprawiedliwia się tym, że „prezes przebywa na zwolnieniu lekarskim, nie podejmuje żadnych czynności zarządczych w spółce, nie ma dostępu do żadncyh dokumentów”.
Choroba i zwolnienie lekarskie nie są przeszkodą w odwołaniu prezesa z funkcji. A tym bardziej kiedy istnieje podejrzenie, że zarząd mógł narazić spółkę na 2 mln zł straty i tym samym dopuścić się niegospodarności. Czego trzeba jeszcze, żeby rada znalazła powód odwołania?
Co istotne, uczynić to mógł (i wciąż może) prezydent, który reprezentuje Zgromadzenie Wspólników, czyli miasto. Złożył tylko wniosek do rady, by sprawdziła procedury przetargowe, poza tym nie reaguje. Co zatem robi w tym układzie Wnuk? Na razie udaje, że to nie jego sprawa. Ale to jest jak najbardziej jego sprawa. Takie działania, a raczej ich brak, tylko go kompromitują. Co tam strata 2 mln zł. Najważniejsze, by za wszelką cenę chronić kolegę. Tylko dlaczego boi się go odwołać? Skąd przesadna lojalność między nimi? Może prezydent tak wysoko cenił dotychczasową pracę i zasługi prezesa Maluhy? Jak bardzo? Aż strach o tym myśleć.
Mówiąc językiem Janusza Korwina-Mikkego, prezydent „rżnie głupa”. A razem z nim rada nadzorcza, której ruchy zdają się tylko usprawiedliwiać takie podejście Wnuka.

„Misio” i podsłuchy
Tymczasem docierają do nas kolejne rewelacje – sugestie istnienia kolejnych układów w PGK. I znów chodzi o przetargi, które łączy osoba kolejnego zamojskiego przedsiębiorcy – w PGK mówiono o nim „Misio”. Co ciekawe, cztery lata temu wspierał kampanię Andrzeja Wnuka. A jego żona startowała wówczas do RM z listy założonego przez kandydata na prezydenta „Wspólnego Zamościa”. Po wygranych przez Wnuka wyborach przedsiębiorca z żoną zajął się organizacją sylwestra w mieście (na podstawie umowy o dzieło). Właśnie wtedy „nieustalony pracownik UM zwrócił się” do niego, by dla magistratu kupił… No właśnie, do miasta firma przysłała wykrywacz podsłuchów, który potem w przedziwny sposób zmienił swoje przeznaczenie i stał się… zupełnie czymś innym – urządzeniem do pomiaru dźwięku (hałasu).
Pisaliśmy o tym wiele razy, śledztwo w sprawie poświadczenia nieprawdy w dokumentach i przywłaszczenie tego urządzenia prowadziła Prokuratura Rejonowa w Janowie Lub. Podejrzany o to był Andrzej Wnuk. W śledztwie pojawia się ów przedsiębiorca. Wiele wskazuje na to, że m.in. dzięki jego zeznaniom i „wybiórczej pamięci” śledztwo umorzono, choć to nie koniec – 15 października sąd rozpatrzy zażalenie. Zeznawał m.in., że kompletnie nie pamięta, kto i kiedy wykonywał wszelkie czynności związane z zakupem (prawdopodobnie on kupił dla miasta urządzenie, ale „nie pamiętał, w jakim sklepie internetowym”), jednak kategorycznie stwierdził, że nie był to wykrywacz podsłuchów.
Trudno w to uwierzyć , ale nie od rzeczy będzie tu wspomnieć, że firma jego żony wygrywała przetargi w PGK (zajmuje się m.in. instalacjami elektrycznymi i telekomunikacyjnymi oraz automatyką). Choć pracownicy spółki potwierdzają, że faktycznie roboty wykonywał on sam. We wrześniu firma ta wygrała przetarg na modernizację sieci okablowania w budynku spółki (wartość 176,6 tys. zł brutto). W marcu tego roku kolejna robota – likwidacja kabla zasilającego budynek administracyjny na cmentarzu komunalnym (wartość 29,3 tys. zł brutto). Także wiosną „Misio” dostał następną inwestycję od PGK – za 78,7 tys. zł brutto. I tu kuriozum. Spółka miejska proponuje firmie nadzwyczajne warunki – przedziwne, niespotykane w przetargach. PGK zapewnia wykonawcy niemal wszystko (czego nie miał): sprzęt budowalny, w tym zwyżkę i niezbędne maszyny, z operatorami (pracownikami spółki). Co więcej, gdyby PGK nie było w stanie udostępnić tych zasobów, a „Misio” zatrudnił podwykonawcę, wówczas kosztami wynajęcia obciążony byłby PGK.
– To kuriozum, z jakim nigdy się nie spotkałem. Wygląda na to, że umowę sporządzono tak, by komuś, komu brakuje odpowiedniego sprzętu, dać zarobić – nie ma wątpliwości specjalista, który od wielu lat zajmuje się przetargami. W sumie „Misio” zarobił 284,6 tys. zł brutto (na rękę 231 tys. zł). Czy to kolejne ustawione przetargi?
Jadwiga Hereta

(Tekst opublikowany w Tygodniku Zamojskim 10 października 2018)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.