Policja prowadzi czynności w związku z pożarem, do jakiego doszło w nocy z piątku na sobotę 9/10 września w bloku nr 9 Spółdzielni Mieszkaniowej na osiedlu Kopernika w Głownie. Straż podejrzewa podpalenie, mieszkańcy bloku są tego samego zdania.

Pozar w bloku w Głownie.
Groźny pożar w bloku spółdzielczym w Głownie.

To była koszmarna noc. Niektórzy już spali, inni szykowali się do snu, kiedy zostali zaalarmowani
o pożarze w mieszkaniu na parterze. Niektórych zaniepokoiły hałasy na klatce, innych obudzili dopiero strażacy.

Dym wydobywający się na klatkę schodową spod drzwi mieszkania na parterze zauważono w nocy, po 23.00. Straż otrzymała wezwanie do pożaru dokładnie o godz. 23.08. Na miejsce zadysponowano 3 zastępy strażaków z OSP (po jednym z Głowna, Ostrołęki i Lubiankowa, łącznie w sile 18 druhów) i 3 zastępy z JRG PSP w Strykowie (w sile 10 strażaków zawodowych), a także dwie karetki pogotowia ratunkowego oraz policyjny radiowóz. Jeszcze przed przybyciem służb, mieszkańcy bloku sami  próbowali ugasić płonące drzwi mieszkania na parterze, bo płomienie wydobywały się już na klatkę. Wodę czerpano z sąsiedniego mieszkania, ale ognia nie udało się w ten sposób opanować.

Wszędzie pełno było dławiącego dymu, który wdzierał się do pozostałych mieszkań. Po przybyciu na miejsce straży pożarnej, na skutek znacznego zadymienia klatki schodowej, zarządzono ewakuację 30 mieszkańców. Strażacy ugasili ogień wchodząc do budynku w aparatach powietrznych. Osoby  ewakuowane ich nie miały i musiały opuszczać budynek narażając się na wdychanie dymu. Z tego też powodu z podejrzeniem podtrucia dymem do szpitala ul. Sporną w Łodzi zabrano 7-letniego chłopca. Mieszkanka bloku, matka dwójki innych dzieci, 5-miesięcznego i niespełna 2-latki, powiedziała nam: – Kiedy doszło do pożaru, nasze dzieci już spały. Zaalarmowała nas sąsiadka. Na klatce było pełno dymu, który wchodził pod drzwiami do mieszkania. Musieliśmy po tych schodach, przez dym, zbiegać z dwójką dzieci. To był koszmar, dziecko zaczęło mi się dusić od razu na klatce, ale kiedy wezwałam pogotowie, usłyszałam, że innym osobom bardziej jest potrzebna pomoc – wspomina pani, która schroniła się z dziećmi u cioci w sąsiednim bloku.

Inną mieszkankę bloku, która była w domu z mężem i psem, pół godziny przed zdarzeniem zaniepokoił głośny hałas, jakby gdzieś przewrócił się stolik. Usłyszała to będąc na balkonie, ale ponieważ nic więcej się nie działo, nie zastanawiała się nad tym dłużej. Nieco później, gdy była już w mieszkaniu, usłyszała głośny płacz dzieci sąsiadów. Wyszła na klatkę, gdzie był już tak gęsty dym, że nie widziała możliwości opuszczenia mieszkania. Razem z mężem i psem zamknęli się w najmniejszym pokoju, pootwierali wszystkie okna, a pod drzwiami ułożyli mokry ręcznik. Telefonicznie alarmowali straż, powiadomioną przez kogoś innego już wcześniej. Wyszli dopiero, gdy strażacy ugasili ogień.

Kobieta uważa, że strażacy powinni mieć maski nie tylko dla siebie, ale również dla ewakuowanych osób, chociażby dla dzieci, bo może wówczas chłopiec schodzący z wyższej kondygnacji nie byłby narażony na podtrucie. Strażacy z podnośnika skontrolowali mieszkanie na ostatnim piętrze pod kątem obecności ludzi (istniało ryzyko, że w niebezpieczeństwie znalazła się kobieta w ciąży), ale mimo uchylonego okna mieszkanie okazało się ono puste.

Właściciele mieszkania na I piętrze, znajdującego się bezpośrednio nad lokalem ogarniętym pożarem, to emeryci. Po 23.00 już spali i obudziły ich dopiero członkinie OSP: – Strażaczki kazały nam wychodzić, bo się udusimy, wszędzie było ciemno od dymu, nawet ich nie widzieliśmy przed sobą wyraźnie – opowiadają emeryci, którzy całą strażacka akcję przeczekali przed blokiem, gdzie zgromadził się tłum ludzi, także z innych klatek i bloków.

Do dziś ich mieszkanie musi być cały czas wietrzone. 13 września zastaliśmy ich jak zmywali ze swojego balkonu grubą warstwę sadzy, lepkiej i trudnej do usunięcia jak smar. Pożar w mieszkaniu na parterze ugaszono jednym prądem wody, a następnie korytarz oddymiono i skontrolowano cały budynek pod kątem obecności tlenku węgla. Kiedy detektor czadu wykazał poziom zerowy czadu, mieszkańcom bloku pozwolono na powrót do domów. Dla nikogo reszta nocy nie była spokojna, wszędzie unosił się okropny swąd spalenizny, nadal wyczuwalny nie tylko na klatce schodowej, ale i w mieszkaniach. Strażacy wrócili z akcji 10 września o godz. 1:28. Kiedy pożar wybuchł, mieszkańcy bloku podejrzewali, że w płonącym mieszkaniu znajduje się jego niepełnosprawny właściciel, ale  okazało się, że lokal był pusty, a mężczyzna, który feralnej nocy był poza domem, o całym zdarzeniu dowiedział się dopiero dwa dni później. We wtorek, 13 września, nie zastaliśmy go na miejscu, nie było też widać żadnych śladów sprzątania pogorzeliska. Strażacy wartość strat oszacowali na 31 tys. zł , w tym 27 tys. zł w budynku, zaś wartość uratowanego mienia na 300 tys. zł.

Spółdzielnia Mieszkaniowa w Głownie powiadomiła już o zdarzeniu firmę ubezpieczeniową i oczekuje na wizytę rzeczoznawcy (tak było, gdy rozmawialiśmy z administratorem 13 września). Dopiero po dokonaniu oszacowania strat, będzie można przystąpić do remontu korytarza.

Syn groził, że spali ojca

Jako prawdopodobną przyczynę pożaru z 9 września strażacy podają podpalenie.– Niech pani spyta kolejno stu osob napotkanych na osiedlu kto to zrobił, to gwarantuję, że wszyscy wytypują jedną osobę – syna właściciela mieszkania na parterze, skonfliktowanego z ojcem i odgrażającego się mu w przeszłości, że go spali – powiedział nam anonimowo jeden z mieszkańców osiedla. Podobno  typowany mężczyzna odpowiadał za podpalenie komórek kilka lat temu.

W lokalnym środowisku uchodzi za niebezpiecznego piromana, karanego już sądownie. Policja na razie w sprawie domniemanego podpalenia nie chce się wypowiadać. Oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Zgierzu Magdalena Czarnacka informuje lakonicznie, że prowadzone są  czynności w sprawie, póki co – o zniszczenie mienia. Policja nie otrzymała jeszcze kompletnej opinii biegłego z zakresu pożarnictwa, dlatego nie wypowiada się jednoznacznie, czy faktycznie było to podpalenie. Taka jest wstępna hipoteza.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.