Marianna Zybało urodziła się miesiąc przed wybuchem II wojny światowej, 1 sierpnia 1939 roku w Łowiczu, w niezbyt zamożnej rodzinie. Oboje z rodziców zmarli, zanim osiągnęła pełnoletność. Nastoletnia Marianna wiele przeżyła, mogła sama decydować o swoim losie.

 

Jej ojciec został rozstrzelany podczas wojny przez hitlerowców w jednej z łapanek w Warszawie. Nie wiadomo, gdzie został pochowany. Marianna go nie zapamiętała. Matka pani Marianny zmarła po wojnie, w roku 1949, prawdopodobnie na nieleczone zapalenie płuc. Na tę samą chorobę zmarła również jej starsza o dwa lata siostra. Dziesięcioletnią wtedy Marianną zaopiekowała się rodzina aż z Wałbrzycha. Wiązało się to z przeprowadzką i całkowitą zmianą środowiska, w którym się wychowywała. Dziesięcioletnia Marianna trafiła do rodziny, w której wychowywano ją twardą ręką i od młodych lat musiała pracować – zajmować się młodszymi dziećmi, których w tym domu nie brakowało. Wychowywała się bowiem w 8-osobowej rodzinie. Ojczym pracował w kopalni węgla na przodku, a matka zajmowała się nią i jej ciotecznym rodzeństwem oraz prowadziła dom. Pomimo przeprowadzki do Wałbrzycha, nastoletnia Marianna nie straciła jednak kontaktu z rodziną w Łowiczu. Zdawała sobie sprawę, że nie została odrzucona, tylko nie mogła zostać w Łowiczu – ze względu na trudną sytuację materialną tutejszej rodziny. Z uwagi na trudności rodzinne, skończyła tylko szkołę podstawową i po przerwie spowodowanej chorobą – szkołę zawodową. Zaczęła pracować w sklepie.

Ojczym zginął podczas wypadku w kopalni, co w tamtych czasach nie było czymś nadzwyczajnym. Wiele rodzin traciło główne źródła utrzymania po wypadkach w kopalniach. Gdy cioteczne rodzeństwo Marianny zaczęło dorastać, okazała się niepotrzebna w domu w Wałbrzychu. Pojawiły się konflikty, które narastały z miesiąca na miesiąc. Dorosła już pani Marianna wróciła więc do Łowicza i zamieszkała w niedużym mieszkaniu podnajmowanym w kamienicy przy ulicy Mostowej. Odnowiła znajomości i przyjaźnie w Łowiczu. Pracowała między innymi jako sprzątaczka na kolei, a jesienią dorabiała zbierając owoce w podłowickich sadach.

Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż wielu mężczyzn starało się o jej rękę. W latach 80-tych wyjechała do Chicago w USA i już tam została. Pracowała sprzątając mieszkania i myjąc talerze i garnki w kuchniach restauracji. Do Polski wróciła dopiero po kilku latach. Przez lata ciężkiej pracy w USA żyła bardzo oszczędnie i odkładała pieniądze, które jej się udało zarobić. Gdy wróciła, było ją stać na kupienie dwupokojowego mieszkania w Łodzi. Ponownie odnowiła kontakty ze znajomymi w Łowiczu. – Mówiłem na panią Mariannę ciocia, a ona dodawała, że jest taką „przyszywaną ciocią”. Znała ją moja mama, były przyjaciółkami. Pani Marianna była bardzo dobrą ciocią i wcale nie dlatego, że miała dolary. Po prostu była miła, chętnie się z nami bawiła, zabierała nas na wycieczki, zapraszała do siebie do Łodzi „na nocowanie” – wspomina panią Mariannę Justyna z Łowicza. Pani Marianna zmarła 11 marca tego roku. Na pogrzebie w Łodzi nie było zbyt wiele osób, ale ci, którzy przyszli, ciepło ją wspominali.

(Marcin Kucharski | marcin.kucharski@lowiczanin.info)

Komentowanie nie jest możliwe.