Najbliższe dni to czas wyjątkowy. Wielu z nas odwiedza groby osób, których między nami już nie ma. Wśród nich są zarówno ci, których spotykaliśmy codziennie w pracy, nasi sąsiedzi, koledzy i koleżanki z podwórka, dalsi kuzyni, wujkowie, ciocie…, ale również ci najbliżsi, których nam ciągle bardzo brakuje…

Śmierć jest czymś naturalnym, a mimo to, tak trudno pogodzić się z myślą, że dotyczy ona również tych, których kochamy i którzy dla nas, dopóki są, wydają się długowieczni. – Wiem przecież, że Marta musiała kiedyś umrzeć, ale już teraz? – pyta retorycznie jej przyjaciółka Zofia Wielemborek. – Marcia była zresztą osobą, która sprawiała wrażenie odpornej na każdą przeciwność losu, na każdą chorobę… Zawsze pełna siły, energii i wiary, że będzie wszystko dobrze. – Jeszcze kilka dni wcześniej składałam jej życzenia imieninowe – mówi pani Ula. – Miałam do niej wpaść od razu, ale człowiek jest jakoś zabiegany i nie ma na nic czasu, więc ostatecznie umówiłyśmy się na poniedziałek, czyli 4 dni po jej imieninach. Ale spotkać się już nie zdążyłyśmy.

Joanna Mostowska, również koleżanka Marty Kaczor, też nie zdążyła się z nią spotkać. – Postanowiłam sobie teraz, że już nie będę odkładać spotkań ze znajomymi – mówi. – Człowiekowi wydaje się, że zawsze zdąży, a  w rzeczywistości odkłada to co najważniejsze. Kim była Marta Kaczor? Jej obraz, który wyłania się z przeprowadzonych rozmów z jej przyjaciółkami, rodziną, jest jednoznaczny. Najlepsza mama, żona, babcia, księgowa, która większość życia zawodowego przepracowała w wydziale oświaty, koleżanka z pracy, przyjaciółka. Wyrozumiała, życzliwa, stanowcza, pracowita, uczciwa, dobra.

– Najważniejsze, żeby pani napisała, że takich ludzi już nie ma – mówi pani Maria Walczak, jej koleżanka z czasów pracy w kasie zapomogowo – pożyczkowej. – Marta należała do innego pokolenia: pełna wyrozumiałości dla innych, pracowita, pomocna. Do każdego wyciągnęła dłoń, każdego wysłuchała, jak chciała, udzieliła mu rady, bo posiadała również tzw. mądrość życiową, ale nic wbrew innym. Nigdy o nikim nie mówiła źle, nigdy nie interesowały jej plotki. Była bardzo ciepłą i towarzyską osobą… Potrafiła, kiedy już nie pracowała z nami, odwiedzić nas przynosząc nam ruskie pierogi. Czyż to nie jest najlepsze potwierdzenie mych słów?

– Bardzo trudno mówić o Marcie w czasie przeszłym – przyznaje pani Zofia. – Do tej pory nie dociera do mnie, że jej już z nami nie ma. Trudno też streścić w kilku zdaniach kim była… miała zawsze taką radość w swoich oczach… takie iskierki… Marta Kaczor urodziła się 8 kwietnia 1939 r. w Wiśniewie. Jej rodzicami byli Stanisław Gzula i Marianna z domu Zacharska. – Nasi ojcowie byli braćmi – mówi Jan Gzula. – Byłem starszy od Marty o kilkanaście lat, więc jak to dzieci, dochodziło między nami do sporów, ale ostatecznie zawsze się godziliśmy. W 1953 r. Marta ukończyła szkołę podstawową w Osinach, a pięć lat później technikum planowania w Łodzi. Pracę zawodową rozpoczęła dopiero w grudniu 1959 r. Ślub z Janem Kaczorem wzięła w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1974 r. Urodziła dwóch synów. Najpierw w 1975 r. Michała, a rok później Pawła. W latach 1959 – 1965 Marta Kaczor pracowała jako księgowa w Wydziale Oświaty nadzorowanym przez Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Łowiczu. Od 1965 r. przez cztery lata pracowała jako starszy księgowy w Powiatowym Inspektoracie Melioracji Wodnych w Łowiczu.

Kolejne miejsca pracy Marty Kaczor były związane z oświatą. Od 1 grudnia 1969 r. pracowała jako główny księgowy w Liceum Ogólnokształcącym – jedynym wówczas – w Łowiczu. Od  1 września 1974 do końca 1990 r. pracowała jako starszy specjalista w Miejskim Zespole Ekonomiczno – Administracyjnym Szkół w Łowiczu. Z końcem 1990 r. jednostka ta przestała podlegać pod Kuratorium Oświaty i Wychowania przechodząc pod nadzór Urzędu Miejskiego. – Kiedy przyszłam do pracy, to pani Marcia uczyła mnie wszystkiego – mówi Halina Wojda. – Pracowałyśmy razem 6 lat i były to bardzo dobre lata. Odpowiadała na każde moje pytanie, służyła radą i wsparciem. Nigdy nie było tak, żeby nie miała dla mnie czasu. Zawsze starała się mnie przekonać, że to nie jest nic trudnego. I rzeczywiście, z jej pomocą wszystko szło do przodu.

 Od kwietnia 1991 r. pracowała jako inspektor w Wydziale Finansowym, by ostatnie trzy lata, 1993 – 1996, pracować jako główny księgowy w Zakładzie Obsługi Przedszkoli Miejskich w Łowiczu. – Marta była zawsze uśmiechnięta osobą – wspomina pani Joanna Mostowska. – Nawet kiedy ją coś bolało, kiedy z trudem chodziła, czy miała inne poważne dolegliwości, starała się po sobie nie pokazywać, że jest jej ciężko. – Mimo że Marta mieszkała na os. Starzyńskiego, czyli na tym samym co ja, poznałyśmy się, o dziwo, dopiero nad morzem, w Darłowie i to wyłącznie dzięki dzieciom – mówi pani Zofia. – Miałyśmy chłopców w tym samym wieku i o czym długo nie wiedziałyśmy – chodzących do tego samego przedszkola. Wówczas nad morzem, mój syn poznał swojego kolegę i tak zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać… Ich przyjaźń przetrwała całe lata. – Jej poczucie humoru i dystans do samej siebie od razu stawiały człowieka do pionu – mówi pani Zofia. Miedzy Martą Kaczor a Zofią Wielemborek było 12 lat różnicy. – Ale Marcia nigdy nie dała mi tego odczuć – mówi pani Zofia. – Służyła zawsze wsparciem, potrafiła wysłuchać, doradzić, uspokoić. Zdaniem wszystkich koleżanek, Marta nigdy nie odpoczywała. Była bardzo pracowita i dobrze zorganizowana. Nawet kiedy miała trochę wolnego czasu, nie spędzała go bezczynnie. Zawsze znalazła coś do zrobienia. – Zawsze tak było. My dopiero zaczynałyśmy planować, gdy ona kończyła już całą pracę. Tyle miała w sobie energii – śmieje się pani Zofia. Potwierdzają to synowie Marty, Michał i Paweł. – Mama rzadko kiedy siedziała przed telewizorem, zawsze w ruchu energiczna, i pełna zapału – mówi Paweł. Dodaje, że miała również zamiłowanie do wszelkich przemeblowań, malowań ścian i innych remontów.

– Mama zawsze musiała coś zrobić, a to odświeżyć kolor ścian, a to kupić chociaż dywan – śmieje się Paweł. –Często stawiała tatę przed faktem dokonanym i choć nie zawsze się zgadzali, to w końcu dochodzili do porozumienia. Byli bardzo zgodnym i szczęśliwym małżeństwem. – Dla mamy najważniejsza była wnusia, jej oczko w głowie – dodaje Michał, tata 9- letniej Oli. – Razem gotowały, sprzątały, robiły zakupy. Były dla siebie najważniejsze. To Ola dla babci robiła laurki. Mama bardzo kochała swoją jedyną wnusię, ale i dla Oli babcia była kimś bardzo ważnym. Zarówno Paweł, jak i Michał mówią o mamie ze ściśniętym gardłem, to zaledwie kilkanaście tygodni, od kiedy jej nie ma. Filar domu – tak wszyscy o niej mówią. Gotowała najlepsze potrawy: znajomi zachwalają jej pierogi i krokiety, a synowie – pomidorówkę i kapuśniak. Dla Marci najważniejsza była rodzina: dom, mąż, dzieci, wnuczka. Ale pani Marta miała także duży dystans do samej siebie. Z łatwością potrafiła się z siebie śmiać. Pewnego dnia idąc do pracy Marta założyła na lewą nogę czarny kozak, a na prawą nogę brązowy. Pomyłkę zauważyły dopiero koleżanki w pracy. – Marcia, kiedy zwrócono jej na to uwagę zaśmiała się tylko i powiedziała, że w takim razie musi zadzwonić do męża  i poprosić go o przyniesienie czarnego bądź brązowego buta, ale pewnie i tak się pomyli i przyniesie nie ten co trzeba – wspomina pani Zofia. – I rzeczywiście, jej mąż przyniósł szary kozak, a ona tylko się z tego śmiała… tego właśnie optymizmu i poczucia humoru będzie wszystkim najbardziej brakowało…

Komentowanie nie jest możliwe.