Czy na Górkach jesteśmy skazani na coraz głębszy konflikt?

Konflikt wokół budowy kościoła na Górkach trwa już kilka lat. Nie jest w niczyim interesie, by się przeciągał. Wyciągniętej ręki nie należy odtrącać. Głosy rozsądku pojawiały się ostatnio z kilku stron. Czas, by one przeważyły.

Minęło już pół roku od czasu, gdy na spotkaniu w Kurii Biskupiej w Łowiczu kanclerz Kurii, ks. Wiesław Wronka, zaproponował, że diecezja skłonna byłaby wejść w posiadanie tylko części miejskiego gruntu przy ul. Miodowej, by tam wznieść kościół, że nie jest jej potrzebny cały plac. Minęły już dwa miesiące od sesji Rady Miejskiej, na której kilku radnych, z różnych zresztą opcji: Mariusz Siewiera, Robert Wójcik, Marek Boroski, Zofia Kroc, wprost lub pośrednio nawoływało do kompromisu. A burmistrz Krzysztof Kaliński podkreślał, że w tej sprawie decydujący głos należy do całej Rady Miejskiej.

I co? I nic. Radny i zarazem przewodniczący samorządu osiedlowego na Górkach Krzysztof Janicki powiedział mi w rozmowie telefonicznej na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, że w rozmowach z mieszkańcami, w tym na spotkaniach przedświątecznych, większość osób, z którymi rozmawiał, prezentowała pogląd, iż nie chcą, by przy Miodowej kościół powstał. Co więcej, powiedział, że ci mieszkańcy czekają tylko na sygnały, czy cokolwiek w tej sprawie się dzieje, by, jeśli tylko to będzie konieczne, wznowić protesty.

Przypomnijmy, że teren, o którym mowa, położony w centrum Górek, na zachód od „Biedronki”, doskonale widoczny z ul. Łęczyckiej, w uchwalonym przez Radę Miejską planie przestrzennego zagospodarowania miasta, już w 2007 roku został przeznaczony na cele kultu religijnego. Co nie znaczy, że miasto było zobowiązane przekazać ten teren diecezji bezpłatnie. jeśli radni wyraziliby taką wolę, mogliby tak zagłosować, ale możliwa jest zarówno zamiana tego terenu na jakikolwiek inny, będący aktualnie własnością kościelną, jak i po prostu sprzedaż, na warunkach rynkowych lub z bonifikatą.

Gdy biskup Andrzej F. Dziuba przedsięwziął pierwsze kroki w kierunku budowy kościoła, mianując już nawet księdza, który miał się tym zająć, duża część mieszkańców Górek wyraziła swój ostry protest, doprowadzając w 2012 roku do tego, że burmistrz zdecydował się na przeprowadzenie na Górkach konsultacji społecznych w tej sprawie. Okazało się, że z tych mieszkańców, którzy głosowali, zdecydowana większość, 390 osób, była za zmianą przeznaczenia tego terenu na usługowy, tylko 171 chciało, by nadal był przeznaczony pod budowę kościoła.

W następstwie konsultacji – choć nie były one dla Rady Miejskiej wiążące – radni zmienili plan zagospodarowania dla tego miejsca. Uczynili to jednak w taki sposób, że zapis w planie umożliwia teraz w tym miejscu zarówno usługi, jak i stworzenie miejsca kultu.

Sytuacja się zmieniła

Ta uchylona furtka była dobrym wyjściem, bowiem umożliwiała – i umożliwia nadal – kompromis. Rada Miejska mimo to na razie ze stworzonej przez samą siebie furtki nie skorzystała, nie przedstawiając diecezji oferty kupna bądź zamiany. Jasne jest, że radni nie chcą postępować wbrew woli większości mieszkańców, wyrażonej w konsultacjach. Czy jednak dobrze robią?

W moim przekonaniu nie. Bowiem od czasu głosowania w 2012 roku zaszły dwie zmiany, obie o zasadniczym znaczeniu. Pierwsza, bardzo konkretna i lokalna: biskup Andrzej Dziuba, deklarując w czerwcu kończącego się roku rezygnację ze starań o całą działkę, wyciągnął rękę do zgody, stworzył pole do rozmów, do spotkania się, do negocjacji, do zaspokojenia także tych potrzeb, o których mówią ludzie na Górkach: stworzenia przy Miodowej przedszkola i (lub) terenu rekreacyjnego. Tym samym doprowadził do sytuacji,
w której dziś, gdyby przeprowadzano konsultacje, pytanie nie brzmiałoby: czy chcesz kościoła czy go nie chcesz?, tylko: czy chcesz wyłącznie kościoła, czy też i kościoła, i przedszkola, i terenu rekreacyjnego. I wynik takiego głosowania mógłby być zupełnie inny.

Druga zmiana, jaka zaszła, to zaostrzenie się atmosfery politycznej w całym kraju do tego stopnia, że jesteśmy o krok od fizycznych aktów nienawiści. Nie oceniam, kto ponosi za to więcej winy: czy ci, którzy stracili władzę i nie mogą się z tym pogodzić, czy ci, którzy ją teraz sprawują w sposób, który u innych wzbudza obawy o dążenie do rządów autorytarnych. Istotne jest, że trzeba robić wszystko, by nie doprowadzić do wybuchu. Górki mogłyby być przykładem, że można rozmawiać i się dogadywać.

Pierwszy krok uczynił biskup, teraz czas na samorząd mieszkańców. Tak, jestem przekonany, że największa odpowiedzialność ciąży na ludziach, którzy tworzą zarząd osiedla. Wycofanie się z twardego „Nie” jest, moim zdaniem, niezbędne. Byłoby ono dowodem dojrzałości. Bo w sytuacji, gdy na placu da się pogodzić dwie sprawy, upierania się przy „Nie, bo nie” nie da się racjonalnie obronić.

Z szacunkiem wobec obaw ludzi

Oczywiście, można zrozumieć, że ludzie boją się budowy kościoła, gdyż, o ile są wierzący, będzie to ich obligowało, wprawdzie tylko moralnie, do uczestniczenia w kosztach tej budowy. Tej obawy zasadniczo nikt z mieszkańców nie kryje, tę obawę należy uszanować, mieć ją na uwadze podejmując decyzję o skali planowanego kościoła – ale też nie należy z nią przesadzać. Przecież każdy z nas jest wolny. Każdy dorosły człowiek może powiedzieć wprost, w oczy, księdzu czy radnemu parafialnemu, który przyjdzie kwestować na budowę: Nie, w tym miesiącu nie dam, nie stać mnie. Albo: Ja w ogóle nie daję, proszę nie przychodzić. Albo: Dałem podczas kolędy, proszę mnie w innych terminach nie odwiedzać. Choć nie wątpię, że gdy przyjdzie co do czego, to wielu mieszkańców Górek jednak uzna budowę za swoje dzieło i się w nią zaangażuje. Biskup też, być może, zdając sobie sprawę z wcześniejszych protestów, będzie chciał wspomóc powstającą parafię funduszami diecezji.

Obawy o konieczność ponoszenia wydatków, nie wyrażane oficjalnie, ale artykułowane w prywatnych rozmowach, są zresztą, w moim przekonaniu, jedynym racjonalnym argumentem, który należy traktować poważnie i z szacunkiem. Bo nie przekonują mnie argumenty o przywiązaniu do parafii św. Ducha, w której część mieszkańców była chrzczona. Szanuję taki sentyment, ale to jest tylko sentyment.

Za budową świątyni na Górkach, choćby niewielkiej, przemawia fakt, iż ułatwiłoby to dotarcie do kościoła osobom starszym i dzieciom, rozwiązałoby problemy z parkowaniem przy kościele Św. Ducha, przede wszystkim jednak ułatwiłoby stworzenie na Górkach lokalnej wspólnoty, organizującej się wokół czegoś, zorientowanej na budowę wartości pozytywnych. Bo choć do kościoła uczęszcza regularnie tylko co trzeci, może co czwarty mieszkaniec Łowicza, to jednak promieniowanie takiej wspólnoty wykracza daleko poza to grono. Widać to na Korabce, gdzie mieszkam: tam plac przed kościołem jest tym miejscem, w którym łatwo kogoś spotkać i porozmawiać, działająca przy parafii świetlica jest miejscem, w którym dzieci mogą odrobić lekcje i pobyć ze sobą, plac zabaw przyciąga matki i babcie z małymi dziećmi. A na Górkach mogłoby być jeszcze przedszkole – biskup deklarował, że może je tam stworzyć.

Wprawdzie radny z Górek Józef Szczepanik na październikowej sesji Rady Miejskiej wyraził obawę czy drugie katolickie przedszkole w Łowiczu miałoby nabór – ale wiele mi mówi, że są to obawy płonne: ludzie chętnie oddają dzieci tam, gdzie opieka nad dzieckiem nie jest tylko zawodowym obowiązkiem, ale i powołaniem.

Należne miejsce

Wspomniany radny powiedział też wówczas, że problemem nie jest budowa na Górkach kościoła w ogóle, ale jego lokalizacja. To jednoznaczne wskazanie, że budowa w innym miejscu niż przy Miodowej nie wzbudzałaby takich oporów. Sęk w tym, że inny wolny teren komunalny jest na Górkach tylko na obrzeżach, przy ul. Młyńskiej. W takich miejscach się świątyń nie stawia. Ściślej: czasami stawiało się za komuny, gdy władze z Kościołem walczyły i bywało, że lepszych lokalizacji nie dało się wspólnocie wiernych uzyskać. Nie wierzę, by kontynuowanie takich tradycji było intencją większości mieszkańców osiedla.

Gdy muzułmanie budują u siebie nowe meczety, zawsze stawiają je w miejscach centralnych – choć przecież na modły do tychże meczetów uczęszcza też tylko część z nich. Bo meczet jest także znakiem tożsamości. Kościół też takim znakiem jest.

Gdy więc mamy, po propozycjach biskupa, możliwość stworzenia na centralnym placu zarówno kościoła, jak przedszkola, placu zabaw czy centrum fitnessu, to należy tę możliwość wykorzystać. Można się spierać o wielkości działek, ustawienie jednych obiektów względem drugich, konkretne zobowiązania co do przedszkola, tempa inwestycji miejskich itd. itp. – ale rozmawiać należy. Myślę, że podświadomie czuje to wielu mieszkańców.

Można się też spierać czy inna postawa: twarde „nie, bo nie” – prowadzić będzie do rozbudzania nienawiści do Kościoła, czy też już jest jej wyrazem – ale jestem przekonany, że samorząd dzielnicy nie powinien takiej postawy firmować. Celem powinno być dogadanie się.

„Nowy Łowiczanin” nr 52/2016 z dn. 29.12.2016 r.

Komentowanie nie jest możliwe.