Morderczy Bieg Rzeźnika Ultra w Cisnej był wyzwaniem, przed którym stanął Konrad Wolski, mieszkaniec Zdun, dla którego bieganie to pasja przynosząca sukcesy. Udało się i to bardzo dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że to pierwszy start tego zawodnika.

Fot.: Konrad Wolski.

Dystans 105 km Wolski pokonał, startując z 250 innymi zawodnikami, w łącznym czasie 23:40:59, co dało mu 133 lokatę, a uzyskany wynik przełożył się na 7. miejsce w kategorii wiekowej M20. Do mety dobiegło tylko 170 zawodników, a zwycięzca zakończył zawody z czasem niespełna 14. godzin.

Podstawowa trasa biegu prowadzi z Komańczy do Cisnej, przez szczyty: Paportna, Rabia Skała, Okrąglik, Przełęcz nad Roztokami, Rosocha, Hyrlata, Worwosoka i dalej czerwonym szlakiem do Cisnej.  Aby ją ukończyć trzeba wykazać się ogromnymi umiejętnościami i niesamowitym zaparciem w osiągnięciu celu. 

– Pomysł na ten bieg pojawił się tak spontanicznie, w założeniu miał być to bieg główny, czyli bieg Rzeźnika na 80 km, który biegnie się w zespole dwuosobowym. Miałem go biec z Maćkiem Jędrachowiczem, ale Maciek zakwalifikował się na Spartathlon i musiał zmienić trochę swoje plany. U mnie ten termin już był zarezerwowany na to wydarzenie, dlatego postanowiłem pobiec, tak czy inaczej i wybrałem indywidualny bieg Rzeźnika Ultra, który był na 106,9 km. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że rzuciłem się na głęboką wodę, ponieważ do tej pory biegałem jedynie po płaskim terenie i to maksymalnie maratony, czyli 42,195 km… Raz w życiu treningowo 50 km i tyle – opowiada Wolski.

– Dystans ponad 100km i to jeszcze po ciężkim, wymagającym terenie na szlakach w Bieszczadach, gdzie przez całą trasę było mokro i to całe błoto, glina kleiła się do podeszwy, co niesamowicie utrudniało każdy krok…nie mówiąc o tym, że momentami po kolana nogi grzęzły w błocie. Okazało się, że za a mocno zacząłem i trasa tak mi dała w kość, że już na 2 punkcie kontrolnym (35km) miałem dosyć i byłem skłonny zrezygnować z biegu – wspomina ultramaratończyk.

– Jedynie fakt, że miałem aż 3 godziny do opuszczenia tego punktu kontrolnego i w międzyczasie się zregenerować, zdecydował o tym, że ruszyłem do kolejnego na 58. km. Tutaj nawet położyłem się na godzinną drzemkę, żeby odzyskać siły. To było najcięższe w życiu dwadzieścia kilka kilometrów. Środek nocy, bo przed 2:00 ruszyłem dalej, w zasięgu wzroku nikogo na trasie nie widziałem długi czas, jedynie widziałem to, co moja lampka czołowa oświetlała, a do tego ból nóg, które już w tym momencie odczuwały zakwasy. Docierając do 58 km do Cisnej, gdzie był kolejny punkt kontrolny też ostatecznie miałem duży zapas czasu, który również poświeciłem na to, żeby się zregenerować na kolejne odcinki – opisuje biegową przygodę Wolski.

– O dziwo dalej cała trasa przebiegała mi lepiej, choć nogi bolały coraz bardziej głównie przez zbiegi, które potrafią wykończyć. To myślenie się zmieniło i uwierzyłem dopiero wtedy, że faktycznie mogę to ukończyć i zrobię to! Często od innych słyszałem, że w pewnym momencie biegnie się głową…i wtedy zrozumiałem co to znaczy. Moment kiedy nogi odmawiają posłuszeństwa, a głowa i tak pcha do przodu…to jest dla mnie do tej pory niezrozumiałe w jaki sposób ja po tym najbardziej kryzysowym 35. km byłem w stanie przebiec jeszcze ponad 70 km, gdzie nigdy dotąd nie przebiegłem tyle, z takim bólem jakiego nigdy nie doświadczyłem po żadnym maratonie. Wybiegając z ostatniego punktu kontrolnego, który był na 100 km, kiedy wiedziałem, że już nic złego nie może się stać i zmieszczę się w czasie, przez ostatnie 5 km na trasie miałem już łzy w oczach ze szczęścia, no i na mecie, kiedy już to wszystko do mnie doszło. I takim sposobem po 23 godzinach 40 minutach 59 sekundach wbiegłem na metę, pokonując dokładnie 106,9 km czyli bieg Rzeźnika Ultra zajmując 133. miejsce na 258 osób, które wystartowały. Bieg w ogóle ukończyło w limicie czasowym (24h30min00s) 156 osób + 14 osób, które dobiegły już po tym czasie, a 88 osób odpadło w trakcie biegu – podsumowuje niezmiernie szczęśliwy biegacz.

Wszystkie osoby, które słyszały o tym, że Wolski pierwszy ultramaraton wybrał właśnie Rzeźnika i to na tym dłuższym dystansie 106,9km, zgodnie uznały biegacza za… szaleńca.

Ogromną rolę odegrał w tym biegu „suport” zawodnika, czyli mama i jego dziewczyna, które na każdym punkcie kontrolnym czekały i były gotowe do pomocy i motywacji.

Fot.: Konrad Wolski.

Warto dodać również, że w tym roku, 7 kwietnia Wolski ukończył w Dębnie Koronę Maratonów Polskich. Zaczął ją w ubiegłym roku w Krakowie, kolejny był we Wrocławiu, następny w Warszawie, czwarty, wchodzący w skład Korony był w Poznaniu no i ostatni piąty w Dębnie. Czyli udało mu się to zrobić w 12 miesięcy, choć czas na zrobienie Korony Maratonów wynosi 24 miesiące od momentu ukończenia pierwszego, który się do niej zalicza.
Plany biegowe maratończyka ze Zdun są napięte. Już na tą chwilę zapisany jest na 3 maratony, 1 półmaraton (Łowicki) i kilka startów na krótszych dystansach typu półmaraton czy 10 km.

– Co do ultramaratonów, choć bardzo długo do siebie dochodzę po Rzeźniku, już jestem pewien, że to dopiero początek i będzie ich więcej, już teraz jestem mądrzejszy o to niezwykle cenne doświadczenie, więc pomysły są na kolejne setki…ale już mogę i tak nazwać siebie Ultramaratończykiem co brzmi niesamowicie dumnie – dodał na koniec dumy z osiągnięcia zawodnik.

Fot.: Konrad Wolski.
Fot.: Konrad Wolski.

2 komentarze

  1. WOW!!! MEGA WYCZYN!!, WIELKIE GRATULACJE!!!

  2. gratulacje! nie znam cie ale jestem pod megaaaaaaaa wrażeniem !!!! ile wysiłku to kosztowało to nawet nie jestem w stanie sobie togo wyobrazić! (czasu, treningów na przygotowanie) jeszcze raz gratuluję ! WOW!