Józef Burzyński urodził się w Bocheniu w 1886 roku, a zmarł w 1972. Wspomnienie o nim zacznę od tytułowego pytania, które postawił mu „Kierowca Wesołego Autobusu”, niezapomniany Wincenty Kazimierczak, na zakończeniu konkursu amatorskich zespołów śpiewaczych łowickich wsi.

 

– Kim pan właściwie jest, panie Józefie – rolnikiem czy muzykiem? Burzyński, skromny człowiek, odpowiedział:
– I tym trochę, i tym trochę.

To „trochę” muzyczne w przytoczonej odpowiedzi, to wyjątkowa prawda o utalentowanym Burzyńskim. Całe jego wykształcenie to ukończone cztery oddziały szkoły w rodzinnym Bocheniu, a dalej to już tylko samokształcenie. Pierwszy jego kontakt z muzyką polegał na pomocy organiście w kościele parafialnym w Chruślinie. „Józio” zaczynał od „kalikowania”, czyli pompowania powietrza dla kościelnych organów, którymi interesował się przy każdej okazji. Tak nawiązała się znajomość z organistą, która przerodziła się w systematyczne nauczanie muzyczne.

 

Przypadek zrządził, że do Bochenia na nauczyciela w szkole trafił Czesław Motyliński. Był to człowiek, jak na lata 1910-1924, ogromnie przydatny. Nie ograniczał bowiem swej działalności tylko do nauczania w szkole, ale współdziałał z całą wsią, inicjując zespołową działalność gospodarczą, jak organizacja Kasy Stefczyka, komasacja gruntów itp. Działał też oświatowo-kulturalnie. Wynikiem tego był pierwszy w kraju zespół teatralny, podjęcie się organizacji orkiestry symfonicznej, budowa Domu Ludowego. Próbę nauki grania na skrzypcach rozpoczęło dwunastu młodych chłopców. Chętnych było więcej, ale nie wszystkich było stać na kupno instrumentu. Burzyński oczywiście grał. Czesław Motyliński był więc drugim nauczycielem muzykowania dla Józia Burzyńskiego.

Orkiestra symfoniczna nie dawała jednak pełnej satysfakcji bocheniakom. Toteż po dwóch latach „smyczkowania” powstała myśl o zorganizowaniu czegoś większego. Zarząd OSP zgłosił projekt orkiestry dętej. I tak się to zaczęło. W roku 1919 odbyła się uroczystość oficjalnego otwarcia nowo wybudowanego Domu Ludowego. Orkiestra Dęta przy OSP w Bocheniu zagrała hymn narodowy i powitalne marsze.

W czasie organizowania orkiestry i jej pierwszych prób znacząco pomagał kapelmistrz z orkiestry 10 pułku piechoty w Łowiczu. I to był trzeci nauczyciel muzykowania Burzyńskiego. Dzięki temu rozwijały się wrodzone zdolności Burzyńskiego. A że był pilny, praca z nim satysfakcjonowała nauczycieli.Jak już wspomniałem, pierwsze próby muzykowania zaczęły się przy organach. Tu też powstała myśl, aby zorganizować w Bocheniu młodzieżowy chór kościelny. Zorganizowali, a po roku pracy z chórem, wspólnie z organistą, doprowadzili do przekazania prowadzenia chóru Burzyńskiemu. Podstawowym instrumentem przy prowadzeniu chóru były skrzypce, zakupione jeszcze za Motylińskiego.

 

Podobnie rzecz się miała z kapelmistrzostwem w prowadzeniu orkiestry dętej. Ponieważ dowożenie na próby orkiestry kapelmistrza z Łowicza było kłopotliwe, zdecydowano, że Burzyński na tyle już opanował muzykowanie, iż może samodzielnie prowadzić orkiestrę. I bez żadnej przechwałki, kierował nią wspaniale, bo nowy kapelmistrz potrafił grać na każdym instrumencie. Znalazła się także pomoc w prowadzeniu orkiestry. Otóż jeden z młodych członków orkiestry, Jan Rybus odbywał służbę wojskową w 10 pułku. Przydzielono go tam do orkiestry, a tam na tyle okrzepł, że radził sobie samodzielnie w jej prowadzeniu. Orkiestra z biegiem czasu doskonaliła swoje umiejętności. A będąc jedyną w województwie łódzkim, często uświetniała swoim graniem uroczystości na terenie powiatu łowickiego i województwa.

Jedną z takich uroczystości dobrze pamiętam. Działo się to w Bocheniu w roku 1927. Bocheńska OSP zdobyła na krajowych zawodach sprawnościowych w Poznaniu pierwsze miejsce. Jakimś zrządzeniem losu do Bochenia przyjechał Marszałek Józef Piłsudski. Orkiestra grała, że ledwo instrumenty wytrzymały, a my wszyscy bocheniacy byliśmy z tego bardzo dumni. Tym bardziej, że Marszałek pozaprogramowo wziął udział w zorganizowanym przez OSP dla mieszkańców Bochenia i gości poczęstunku, który urządzono w nowo wybudowanym Domu Ludowym, tzw. „Ludowcu”.

W lata trzydzieste Bocheń wchodził z nowym intelektualnym wsparciem. Trafił do nas młody, utalentowany nauczyciel, Teodor Goździkiewicz. Od pierwszych dni swojego urzędowania nawiązał współpracę z młodzieżą, zorganizowaną w kole „Wici”. Powstał zespół teatralny i chór młodzieżowy. Wyłaniały się nowe talenty – jak solistka Janina Karczewska i solista, syn Burzyńskiego, Mieczysław. Wkrótce o chórze zrobiło się głośno, a nawet został zaproszony do Polskiego Radia, gdzie Mieczysław popisywał się doskonałym, o aksamitnym brzmieniu głosem, śpiewając łowicką piosenkę „Oj ścieni dąbek, ścieni”.

 

W roku 1931 kończyła swoją chlubną działalność orkiestra dęta. Po prostu członkowie wykruszyli się – następców było brak. Burzyński jednak nie ustawał w działaniu i dalej prowadził chór kościelny, który w znaczniejsze święta występował w kościele, aż do czasu pierwszego września… „roku pamiętnego”. W czasie okupacji Bocheń podjął tajną walkę zbrojną z okupantem w szeregach AK i BCh. Szerzej o tym okresie można przeczytać w książce Bronisława Sałudy pt. „Tajemnice i kontrowersje”, wydanej w 2005 roku.

 

Po wyzwoleniu Bochenia, które nastąpiło 17 stycznia 1945 roku, wieś wróciła do działalności sprzed 1939 r. Pracę społeczną rozpoczynało nowe, młode pokolenie, organizując samorzutnie Koło Młodzieży Wiejskiej już w marcu 1945 roku. Na zebraniu organizacyjnym powierzono mi stanowisko prezesa Zarządu Koła. I tak bez zgłoszenia do władz, bez żadnej rejestracji… tylko działać! Mnie roznosiła myśl – zorganizować zespół taneczny – zatańczyć mazura, którego widziałem tylko raz w 1939 r., jak tańczyła u nas w Bocheniu młodzież z pokolenia przedwojennego.

No i tak się to zaczęło. Potrzebny był jednak zespołowi dobry śpiew. Rozmowa z Józefem Burzyńskim: – Będzie chór? Odpowiedział: – Oczywiście – i poprowadził go. Już 9 maja 1945 r. w święto zwycięstwa śpiewaliśmy w starym „Ludowcu” pieśni partyzanckie, m.in. „Marsz Mokotowa”. Burzyński wyszperał gdzieś opracowanie muzyczne, jednogłosowe. Rozpisał muzykę wg swojego pomysłu, bezbłędnie. Chwytało za serce każdego słuchającego. Szczególnym brzmieniem w wykonaniu naszego chóru wyróżniała się pieśń z Podlasia pt. „Za Niemen tam precz, koń gotów i zbroja, dziewczyno ty moja, wciśnij, daj miecz…”. Opracowanie muzyczne na cztery głosy J. Burzyńskiego wyróżniało się pięknym brzmieniem i wyjątkową wręcz harmonią.

Szybko nasz skromny, amatorski zespół pieśni i tańca z Bochenia zdobywał uznanie. Wszyscy nas potrzebowali – władze powiatowe, wojewódzkie, centralne. Nie było miesiąca bez wyjazdu do Warszawy, Łodzi lub Katowic. Byliśmy nawet w Gdańsku! I wszędzie z nami jeździł Burzyński. Za dużo. Robota w polu, a tu przysyłają samochód ciężarowy i pędzimy. Ale takie były potrzeby! W latach 1945-47 byliśmy jedynym zespołem ludowym, który w oryginalnych strojach łowickich dawał bezbłędną chóralną pieśń i łowickie tańce: mazur i oberek.

I pomyśleć o latach, które przeminęły. Latach, w których domorosłe talenty rozwijały się w oparciu o własne zainteresowania, umiały podpatrywać ludzi i same dawały przykład innym. Przez cały ten czas szkolącym i podpatrywanym był organista z kościoła parafialnego, kapelmistrz wojskowej orkiestry, nauczyciel wiejskiej szkoły, który umiał grać na skrzypcach. Ci ludzie, nauczyciele, śmiem twierdzić, nawet nie zdawali sobie sprawy, co z ich pracy wyrośnie. W naszym przypadku wyrósł Józef Burzyński. Wyrósł na muzycznego twórcę. Takim jednak tytułem nikt za życia go nie określał. Ot, po prostu mówiono: „Burzyński to dobry śpiewak”. My zaś możemy mu teraz wystawić najwyższą ocenę – Józef Burzyński był wspaniałym, ludowym muzykiem i kompozytorem.

 

KH nr 1 (28), 1  kwietnia 2010

(Wacław Rybus)

Komentowanie nie jest możliwe.