Zamknij
W domowej kaplicy w Złakowie Kościelnym. Od lewej s. Elżbieta terlikowska, s. teresa Tendaj i s. Agnieszka Kłosińska.

Z dyskoteki prosto do zakonu. Niezwykłe złakowskie historie

Wojciech Waligórski Wojciech Waligórski 12:56, 29.11.2025

Z dyskoteki prosto do zakonu. Niezwykłe złakowskie historie

 Były tu, zdawało się, od zawsze. Swoją obecnością wpływały na życie całej parafii, dla ludzi były wsparciem. A jednak 14 grudnia będą się ze Złakowem żegnać. Siostry Służki NMP uronią tego dnia pewnie niejedną łzę, mieszkańcy także. Ich życiorysy bywały niezwykłe. Poznajcie te siostry, które były tu do końca.

Dom, w którym mieszkały, rozbudowany w późnych latach 70. ubiegłego wieku, mieścił ich w najlepszym okresie nawet ponad dziesięć. W tym roku mieszkały w nim i pracowały już tylko dwie: s. Elżbieta Terlikowska, rodem z Piły i s. Teresa Tendaj, rodowita łowiczanka. S. Teresa służy w Złakowie od 9 lat, s. Elżbieta od dwóch.

Zmiana miejsca pobytu i pracy jest dla nich rzeczą normalną, charakterystycznym elementem zakonnego powołania. – Pokazujemy, że jesteśmy pielgrzymami na Ziemi, że jesteśmy w drodze – mówi s. Elżbieta.

Siostra Teresa w trakcie swego życia w zakonie służyła już dwukrotnie w Płocku, dwukrotnie w Częstochowie, nadto we Włocławku, Zakopanem, Tuszynie, Nowym Mieście nad Pilicą no i ostatnio w Złakowie.

Zaczynały w konspiracji

To miejsce jest dla zgromadzenia szczególne, bo należy do najstarszych, w których siostry Służki NMP, w głębokiej konspiracji, pod rosyjskim zaborem się osiedliły i pracowały.

Warto przypomnieć, że Służki Najświętszej Maryi Panny są jednym ze zgromadzeń niehabitowych, założonych przez bł. Honorata Koźmińskiego, kapucyna, obecnie patrona diecezji łowickiej, w latach 70. XIX wieku. Dla władz carskich miały być niewidoczne, więc i w zapisach kościelnych jest o nich skąpo, szczególnie w odniesieniu do pierwszych lat działalności. Pewnym jest jednak, że w Złakowie Kościelnym są obecne od roku 1882., choć prawdopodobnie były już kilka lat wcześniej.

Dla obecnych mieszkańców były tu jakby od zawsze. – Przychodzą czasem zobaczyć ten dom raz ostatni, przed sprzedażą, wspomnieć te lata, gdy w wakacje jako dzieci buszowali po nim, bo mieli tu opiekę gdy rodzice szli w pole – wspomina s. Elżbieta.

Pomocne w każdym miejscu

Bo taki jest charyzmat służek: w odróżnieniu od wielu innych zgromadzeń „honorackich”, mających zwykle swoje specyficzne, ukierunkowane powołanie, one są wezwane do wychodzenia do całego środowiska, w jakim tkwią, możliwie szeroko: do dzieci, rodzin, młodzieży, potrzebujących. Do każdego, w różny sposób.

Taka jest specyfika ich domów: by mieszkańcy okolicy mogli tu przyjść, porozmawiać, wspólnie odmówić różaniec… Zresztą już u zarania zgromadzenia o. Honorat Koźmiński posyłał je by chodziły po domach i tam czytały ludziom literaturę religijną i patriotyczną.

Tu, w Złakowie Kościelnym, siostry pracowały z dziećmi organizując dla nich gry i zabawy, wspierały Koła Żywego Różańca (w parafii jest 16 kół, a każde, przypomnijmy, liczy 20 osób, najczęściej kobiet, choć mężczyźni też się w kołach zdarzają), prowadziły koło misyjne, o którego inicjatywach nie raz w NŁ pisaliśmy.  

Czule tu wspominana s. Barbara Lewandowska jeszcze kilka lat temu prowadziła też katechezę i grała w kościele na organach, nadto starała się ożywić i uchronić od zapomnienia stare kościelne pieśni, znane tu od pokoleń, a datowane nawet na XVI wiek.

W domu zakonnym prowadzono rekolekcje dla dziewcząt, siostry chodziły z posługą do chorych, przygotowując do przyjęcia sakramentu chorych, s. Elżbieta przygotowywała chłopców do służby ministranckiej.

Przed kilkoma jeszcze laty siostry tkały księżackie pasiaki, wcześniej szyły kołdry. Siostra Teresa wyrabia różańce z nasion łzawicy ogrodowej, znanych jako „Łzy Hioba”. Przyjmują wypisywane przez ludzi na kartkach i wrzucane do drewnianej skrzyneczki prośby o modlitwę w konkretnych intencjach.

Do teraz, już ostatnie dni, zajmują się zakrystią.

Tej pracy towarzyszy życie modlitewne. Wstają wcześnie, o 6 mają jutrznię, po której jest czas na kontemplację Słowa Bożego, w południe kolejna modlitwa, około 17-18 nieszpory z różańcem, przed snem kompleta. Każda musi też znaleźć czas na indywidualną rozmowę z Bogiem. Wszystko przeplatane pracą.

Zaskarbiło im to wdzięczność parafian. – Przez lata rósł szacunek dla sióstr – mówi s. Elżbieta. – Bo wiedziano, że mogą pomagać, że zawsze pomagały.

Serce boli na myśl o rozstaniu

Dlaczego więc odchodzą? – To nie są łatwe decyzje – mówi s. Agnieszka Kłosińska z Płocka, reprezentująca w rozmowie z NŁ zarząd prowincji płockiej zgromadzenia, jednej z trzech w Polsce. Sióstr służek jest obecnie około 600, w tym około 500 w Polsce, inne pracują  na Litwie, Łotwie, w Ameryce i Afryce. To niemało, ale domów zakonnych w samej Polsce jest około 50. Dom w Złakowie jest za duży jak na tak niewielką obsadę. – Borykamy się z problemami personalnymi. Siostry są coraz starsze, jesteśmy przyparte do muru, nie jesteśmy w stanie obsadzić nasze domy wystarczającą ilością sióstr – tłumaczy s. Agnieszka.

Nie przychodzi jej to łatwo. – Osobiście mi szkoda. Gdy tu ostatnio częściej bywam, to coraz wyraźniej widzę szacunek i wdzięczność, jaką siostry tu są darzone. Środowisko jest wspaniałe, siostry są tu „od zawsze”. Serce boli – nie ukrywa.

Ale zmiany decyzji nie będzie, dom jest już sprzedany. Ponad 143-letnia historia obecności sióstr służek NMP w Złakowie Kościelnym definitywnie się zakończy w niedzielę 14 grudnia, gdy będą żegnane.

Dla tych, które pracowały tu w ostatnich latach, życie jednak nie kończy się z tym odejściem. Wybierały drogę za Chrystusem, zostają na niej nadal, najwyżej w innym miejscu. A ich osobiste historie są ciekawe. 

Teresa. Z Bolimowskiej, razem z siostrą

Teresa Tendaj jest rodowitą łowiczanką, z ul. Bolimowskiej. Pochodzi z rodziny wielodzietnej: było ich 5 sióstr i 3 braci. W domu nie było łatwo, tata chorował, poszła szybko do szkoły zawodowej a potem do pracy, liceum ogólnokształcące robiła dla pracujących, zorganizowane było takie przy LO im. Chełmońskiego. Maturę zdała w roku 1974.

Przez cały ten czas jednak szukała w życiu czegoś więcej, pociągało ją życie zakonne, choć nie wiedziała w jakim zgromadzeniu. W Łowiczu pracowały siostry Wspólnej Pracy – ale to jej nie odpowiadało. Myślała o bernardynkach, udała się nawet do nich, ale miała wtedy dopiero 14 lat no i była mała – odmówiły przyjęcia.

Zaczęła chodzić na pielgrzymki na Jasną Górę, do tej pory trasę łowickiej, majowej, przemierzyła z innymi już 31 razy. Ale decydujący był udział w pielgrzymce warszawskiej, w czasie liceum, z grupą pijarską. Po jej ukończeniu pijar, o. Krzysztof Muszyński, zapytał ją co zamierza robić po maturze. Opowiedziała o swoich poszukiwaniach. – Ja ci pomogę – usłyszała. I dostała od niego adres domu służek w Płocku. Napisała, szybko odpowiedziały, jeździła do nich co dwa tygodnie by się zapoznać. Do nowicjatu wstąpiła mając 18 lat.

Na Ziemię Łowicką, do Złakowa, wróciła w roku 2016, od października tegoż roku jest tutaj. Bardzo pogodna, spokojna, uśmiechnięta.

Nie jest w zgromadzeniu jedyną ze swej rodziny. Będąc jeszcze w nowicjacie modliła się o to, by jeszcze jedna z sióstr wybrała podobną drogę. Myślała wprawdzie o innej z rodzonych sióstr, ale niespodziewanie kiedyś otrzymała list od młodszej o 8 lat Weroniki: - A co, gdybym poszła w Twoje ślady? – pytała.

Dziś Weronika Tendaj jest służką w Kobyłce pod Warszawą.

Elżbieta. Z dyskoteki prosto na pociąg do zakonu

Elżbieta Terlikowska (nie, nie jest krewną znanego publicysty – zaznacza) uczyła się w liceum ogólnokształcącym w Pile. Marzyła o tym, by studiować archeologię, lubiła historię, rozczytywała się w książkach o cywilizacjach prekolumbijskich. – Byłam zakochana w Inkach i Aztekach – mówi. I uwielbiała tańczyć, była stałą bywalczynią dyskotek.

Ale w klasie maturalnej uświadomiła sobie, że zastanawia się nad swoim życiem: co z nim zrobić, by było piękne. I przyszła jej myśl, że chce ofiarować życie Bogu, bo to jest najpiękniejsze.

Odpowiedzią na to pragnienie była wizyta w jej parafii jednej z sióstr ze zgromadzenia służek. Opowiadała o charyzmacie zgromadzenia. – Zaimponowała mi postać ojca Honorata Koźmińskiego, rys patriotyczny jego działalności – wspomina. I wtedy podjęła decyzję, że chce wstąpić do tego właśnie zakonu.

Nie ujawniała tego zbyt szybko. Dlaczego? To nadal była komuna, choć już rok 1980: dwóch jej kolegów, którzy zapowiedzieli otwarcie, że chcą iść do seminarium, zostało na maturze oblanych.

Rodzina nie była zachwycona jej pomysłem, niektórzy znajomi, gdy się w końcu dowiedzieli o zamiarach, byli przekonani, że po krótkim czasie wróci, że to nie dla niej.

A ona poszła jak w dym. W sobotę szalała jeszcze na dyskotece, w poniedziałek całe jej dyskotekowe towarzystwo odprowadziło ją na pociąg.

- Piękne czas podejmowania decyzji. Człowiek był pewny – wspomina. I nie żałuje.

Agnieszka. Od ekipy punkowej do wspólnoty zakonnej

- Ostatnie, co mogło mi się zdarzyć to zakon – mówi siostra Agnieszka Kłosińska, rodem z Bydgoszczy, matura 1997. – Chodziłam w skórze, glanach, czerwonych spodniach, z irokezem na głowie – wspomina. – Byłam zbuntowana przeciwko Bogu, bo w moim życiu było tyle cierpienia… Przestała chodzić do kościoła.

Dziś widzi, że to był czas dorastania do wiary dojrzałej. Zauważyła, że jednak nie odnajduje siebie w subkulturze punkowej, choć tak mocno w niej tkwiła, że musi szukać czegoś innego.

Trafiła do harcerstwa, w Bydgoszczy mocny był Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej, jeździła na obozy, została nawet drużynową. Gdy był czas na modlitwę – w ZHR rzecz normalna - zbuntowana drużynowa Kłosińska odchodziła na bok.

To nie mogło tak trwać, inni starsi harcerze wzięli ją w pewnym momencie na bok, zwrócili uwagę, ale i zapytali czy chciałaby, by się nad nią pomodlili.  Zgodziła się.

Wtedy, w czasie tej modlitwy kilku osób nad nią, doświadczyła, że Bóg jest, jest żywy, jest obecny, jest przy niej.

To mocne doświadczenie naznaczyło jej dalszą drogę. Miała chłopaka, razem pojechali po jakimś czasie na rekolekcje do salezjanów w Woźniakowie pod Kutnem. Tam na modlitwie czuła, że Pan stawia przed nią dwie drogi, z których każda jest dobra i że ona jest wolna w tym wyborze: małżeństwo czy życie radami ewangelicznymi. – Poczułam wtedy mocno, że tylko Jego miłość może zaspokoić moje serce – wspomina.

Więc zakon, tylko który? Dla kobiety różne rzeczy są ważne. – Zaczęłam patrzeć na habity, miał być jasny i miał mi się podobać – wspomina z uśmiechem.

Miało stać się inaczej. Znajomy ksiądz zabrał ją w odwiedziny do swojej znajomej, siostry służki. – Gdy przekroczyłam próg tego domu w Częstochowie, wiedziałam już, że jestem u siebie, w domu – opowiada. - A dlaczego Bóg wybrał dla mnie zgromadzenie niehabitowe? Nie potrafiłabym powiedzieć dlaczego dał mi właśnie to miejsce, tę drogę… Wiem, że tu odnalazłam sens i miłość życia.

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%