Urodził się 8 sierpnia 1940 roku w Głownie. Pochodził ze znanej, powszechnie szanowanej głowieńskiej rodziny. Ojciec, Stefan Malinowski był właścicielem prywatnej mleczarni, zaś matka Florentyna Malinowska z domu Burska prowadziła sklep z artykułami kolonialnymi. Rodzina zamieszkiwała w dzielnicy Cichorajka – najpierw na ul. Limanowskiego, później na Piątkowskiej. Pan Wojciech miał dwoje rodzeństwa – brata Romana i siostrę Aleksandrę.

Jego jedyna córka Agata Zielińska wspomina dziś, że ojciec bardzo często wracał do okresu swego dzieciństwa, do lat II wojny światowej, która odcisnęła piętno na jego rodzinie. W pierwszym nalocie na Głowno, na ul. Piątkowskiej w okolicy nieistniejącego już dziś kurhanu zginął wówczas 2-letni jego brat Romek. Wraz z innymi głownianami Niemcy aresztowali ojca pana Wojciecha, którego osadzili w obozie Małszycach, a następnie powiesili na rynku w Skierniewicach. Nigdy nie odnaleziono jego ciała. Jego nazwisko umieszczono na tablicy pamiątkowej na skierniewickim rynku.

Po wojnie pan Wojciech wraz z matką przeprowadził się na ul. Bielawską do dużego domu państwa Wiśniewskich, w którym kwitło życie towarzyskie, panowały iście rodzinne stosunki sąsiedzkie, gdzie urządzano huczne przyjęcia. Z tego okresu swego dzieciństwa pan Wojciech opowiadał bliskim o wymyślnych, ekscytujących, ale i niebezpiecznych zabawach dzieci. – Ojciec bardzo często wspominał, jak przez wiele miesięcy konstruowali bombę, którą następnie odpalili w domowym ogrodzie – wspomina córka Agata. – Najlepszymi przyjaciółmi ojca z tego okresu byli dwaj chłopcy o tych samych imionach i nazwiskach – Wojtki Kittle. Jeden był synem ówczesnej dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1, drugi – synem nauczyciela tejże szkoły. Ojciec przyjaźnił się z nimi do śmierci. Wojciech Kittel, który jest profesorem biologii na Uniwersytecie Łódzkim odwiedzał ojca zawsze, gdy tylko przyjeżdżał do Głowna – opowiada córka Agata.

Po ukończeniu Szkoły Podstawowej nr 1 w Głownie Wojciech Malinowski rozpoczął naukę w Technikum Elektrycznym na ul. Wólczańskiej w Łodzi. Mieszkał wraz ze swą siostrą Leną u ciotki na Placu Wolności. – Często wracał wspomnieniami do tego okresu – przypomina sobie córka Agata. Po powrocie do Głowna rozpoczął pracę w ówczesnych Wojskowych Zakładach Motoryzacyjnych, a następnie odbył służbę wojskową w Szczecinie. W roku 1965, w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia poślubił Elżbietę Aniołczyk.

 

5 listopada następnego roku urodziła im się córka Agata. Przez wiele lat pan Wojciech pracował w głowieńskiej gospodarce komunalnej. W zakładzie oczyszczania miasta przepracował 20 lat. Był kierowcą. W każdą niedzielę jeździł autobusem na wycieczki z emerytami, młodzieżą szkolną, pracownikami. Wysłużonym i odmawiającym posłuszeństwa Jelczem zjechał całą Polskę, od Zakopanego po Wybrzeże. W wyprawach tych często towarzyszyła mu córka Agata. Podróżniczą pasję szczepił nie tylko w swej córce, ale i we wnukach. – To dzięki niemu mój syn Kacper wygrywał kolejne olimpiady geograficzne. Po odejściu z pracy w gospodarce komunalnej otworzył własną firmę w branży usług transportowych. Na taksówce bagażowej nr 3 jeździł aż do emerytury. – Ojciec był człowiekiem czynu – wspomina córka Agata. – Miał wiele pasji. W młodości był wytrawnym narciarzem. Mówił, że w Głownie nie miał sobie równych. Kiedy moi synowie rozpoczynali swoją przygodę z nartami, to właśnie dziadek uczył ich jeździć na Grabinie.

 

Kolejną fascynacją pana Wojciecha był motor. – Śmiał się, że ludzie zabierali dzieci z ulicy, gdy on „ten wariat” jechał. Kupił pierwszy motor swym wnukom. Maurycy jeździł z nim na Moto-Weteran Bazar i zaskakiwał wiedzą na temat motorów już w wieku 8 lat – opowiada pani Agata. Pan Wojciech jeździł na swym Yamaha Virago jeszcze jesienią ubiegłego roku. Budził mieszane uczucia – 69-letni dziadek na ciężkim motocyklu w korekcyjnych okularach. W młodości Pan Wojciech pasjonował się także fotografią. Robił zdjęcia i sam je wywoływał. Miał mnóstwo książek o fotografowaniu. Pasją ta zaraził wnuka Kacpra. Dumą pana Wojciecha był przydomowy ogród, który stworzył od podstaw – kamień po kamieniu, roślina po roślinie. Urządzał go 30 lat i był przekonany, że takiego drugiego w okolicy nie ma. – Każdego dnia ojciec wypoczywał w ogrodzie z filiżanką herbaty. Karmił ryby, które – może trudno w to uwierzyć – ale jadły mu z ręki, rozmawiał ze swoimi roślinami – wspomina córka Agata.

Chorował na serce, ale stronił od wizyt lekarskich i szpitala. Zmarł nagle 3 stycznia tego roku. Spoczął w grobie rodzinnym na głowieńskim cmentarzu 7 stycznia tego roku.

(rpm)

Komentowanie nie jest możliwe.